Tick, tick…BOOM!
TICK, TICK…BOOM! (tick, tick… Boom!) Reż. Lin-Manuel Miranda; Scen. Steven Leveson, Jonathan Larson; Obsada: Andrew Garfield, Alexandra Shipp, Robin de Jesús, Joshua Henry, Judith Light, Vanessa Hudgens, USA, 2021, Produkcja: Netflix
Dla wielbicieli musicali filmowych TICK, TICK…BOOM! to pozycja obowiązkowa. Dla pozostałych – świetny film, z fenomenalną oprawą muzyczną, w którego fabule każdy może odnaleźć jakże wciąż uniwersalną prawdę o tym, że talent, wielkie marzenia i jeszcze większe ambicje by dokonać czegoś spektakularnego – to życiowa lekcja pokory, a także (jakże często) konieczności utraty złudzeń co do tego, że „geniusz broni się sam”…
Tytułem wstępu:
Nie jestem znawczynią musicali – ani ich ekranizacji. Nie jestem też ich dziką fanką – choć obejrzałam w życiu i jednych i drugich – całkiem sporo. Na pytanie o mój ulubiony gatunek filmowy – zawsze odpowiadam, że to trudne pytanie, a nawet pytanie złe.…Bo choć mam swoich faworytów – nie ma to znaczenia w sprawie zasadniczej. Albo film jest dobry – albo nie!… 😎
Musical jako gatunek teatralny stworzyli Amerykanie i są w nim niekwestionowanymi mistrzami świata. Wiem co mówię, bo miałam w życiu cudowną możliwość obejrzenia kilka najbardziej znanych tytułów na Broadwayu, dzięki temu, że zapraszała mnie na nie moja rodzina mieszkająca w NYC. Dla przykładu: widziałam ”Chicago” zarówno na scenie teatralnej jak i jego ekranizację w kinie. Te doświadczenia nie są sobie równe. Są inne. W tym przypadku – każde z nich było znakomite w swoim wydaniu. Ale nie zawsze tak bywa…
Co prowadzi mnie wprost do filmu Tick, tick…BOOM! wyreżyserowanego przez artystę musicalowego w hołdzie dla innego twórcy tego gatunku: Jonathana Larsona – wybitnie utalentowanego kompozytora i autora libretta „Rent” – wielkiego przeboju scen Broadwayowskich (spektakl nie schodził z afisza przez 10 lat!), który zmarł przedwcześnie, w wieku zaledwie 36 lat, na tętniaka aorty, w dodatku w dniu poprzedzającym premierę jego dzieła w New York Theatre Workshop w roku 1996…
„Rent” jest uwspółcześnioną wersją „Cyganerii” Giacomo Pucciniego – przedstawia rok z życia grupy młodych artystów, walczących o przetrwanie (we wtedy ubogiej) dzielnicy Nowego Jorku Lower East Side w epoce AIDS. Jest jednym z pierwszych dzieł scenicznych dotykających tematyki narkomanii, homoseksualności i transseksualizmu. Porusza kontrowersyjne tematy trzymając się konwencji rock opery. „Rent” zdobył wiele najbardziej prestiżowych nagród, między innymi Tony Award za najlepszy musical oraz Nagrodę Pulitzera w kategorii dramat.
Kameralny musical na troje aktorów Tick, tick…BOOM! Jonathan Larson napisał na 6 lat przed śmiercią w 1990 roku, pracując jako kelner i nieustannie zmagając się z niemożnością ukończenia swojego najważniejszego, głównego dzieła, którego olśniewającego sukcesu miał niestety nie doświadczyć. Jest to w zasadzie jego autobiografia…
Film Tick, tick…BOOM! przenosi na ekran ten musical bardzo wiernie w stosunku do oryginału. Reżyser, scenarzyści oraz producenci słusznie założyli, że poza Ameryką, niewiele osób będzie wiedziało cokolwiek o Larsonie. Zatem, obraz kinowy Tick, tick…BOOM! zgrabnie wprowadza nas w życie postaci autora „Rent” – a także – jako że wiemy iż oglądamy historię kogoś, kogo już z nami nie ma – Miranda nadaje mu z premedytacją wzruszająco nostalgiczny rys.
Jest to też film szczególny i pod tym względem, że zrealizowany przez twórcę debiutującego w fabule, który kinem nigdy wcześniej się nie parał. W Polsce poza wielbicielami musicali – praktycznie nieznany. Ale w Stanach – to wielka gwiazda! Lin-Manuel Miranda jest aktorem, dramatopisarzem, kompozytorem, raperem i pisarzem. Napisał tekst i wystąpił w dwóch broadwayowskich hitach: „In the Heights” oraz „Hamilton”. Zdobył nagrodę Pulitzera, dwie nagrody Grammy, nagrodę Emmy, oraz trzy nagrody Tony.
* * *
Świat musicali, a szczególnie tych, którzy na Broadwayu występują czy dla niego tworzą to bardzo szczególne i hermetyczne środowisko. Ten świat ma swoich geniuszy i swoich zagorzałych (psycho)fanów. Żyje podobnym życiem co świat Hollywood, tylko bardziej niszowym, a zatem nieistniejącym w medialnym mainstreamie… Każdy kto miał szansę być kiedyś na przedstawieniu na Broadwayu wie, że wierni fani okupują budynek teatru czasami od świtu, piszczą i robią rwetes widząc swoich ukochanych wykonawców tak samo jak ci, którzy robią tłum w miejscach gdzie pokazują się na premierach gwiazdy filmowe. Wiemy o nich po prostu mniej – bo to jednak aktorzy teatralni. Ich codzienna praca jest znacznie bardziej wymagająca, bardziej żmudna i znacznie gorzej opłacana niż ich odpowiedników z fabryki snów… Być może dlatego, że ich życie zawodowe to stałe próby i katorżnicza praca fizyczna. Eksploatacja ciała i strun głosowych. Dzień w dzień, czasami w każdy wieczór tygodnia grają na żywo dla publiczności bez przerw, dubli i możliwości strzelenia focha ani odpoczynku w komfortowej przyczepie na planie filmowym – nie mają czasu ani sił na to by być „celebrytami”…
W tym miejscu przyznam się, że recepcja ekranizacji musicali przez widzów (sporo o tym myślałam przy okazji pisania tego tekstu) to bardzo osobna i zwodnicza kwestia. Znam wielu ludzi, którzy kino kochają, są otwarci na jego różnorodność i żądni poruszeń emocjonalnych jakich im dostarcza, a jednak słysząc „musical filmowy” przewracają oczami i krzywią się jakby zjedli cytrynę. W mojej opinii musical filmowy pozostaje gatunkiem niszowym bo jest postrzegany jako „ubogi krewny” opery, pozbawiony w dodatku jej eleganckiego i snobistycznego sztafażu. Dla większości współczesnych odbiorców sztuki filmowej – scena, w której aktor miast wiernie odtwarzać postać, która wypowiada słowa w dramatycznym monologu – je śpiewa, w dodatku nie najprostszym językiem, jednocześnie dość często przy tym tańcząc – jest trudna w dwójnasób. To kolejny metapoziom i kolejne piętro intelektualne do pokonania przez niewyrobionego kulturowo widza, które dzieli go od dosłowności przekazu filmowego…
Jeszcze raz zatem wrócę do tego, że w przypadku musicali i ich ekranizacji – jest to ekstremalnie trudne zadanie. Nie istnieje magiczna formuła, która z wybitnego przedstawienia musicalowego na scenie teatralnej – uczyni równy cud na ekranie kinowym. Wiele zależy od tego o czym jest sztuka i jaki świat przedstawia… „Koty” na Broadwayu to majstersztyk – wybitna praca zespołu ludzi, których ogląda się z zapartym tchem. „Koty” w kinie? – spuśćmy na to zasłonę milczenia…
W zbiorowej świadomości istnieje jedynie jedna postać z broadwayowskiego świata, której udało się pokonać „barierę dźwięku” jaką jest zaistnienie z równym sukcesem w umyśle tych, którzy musical jako gatunek teatralny mają w nosie, będąc przy tym wielbicielami ambitnego kina! To Bob Fosse. Jego „Kabaret” oraz „Cały ten zgiełk” to ewenementy na skalę światową…
Tick, tick…BOOM! jest filmem, który opowiada o kimś, kto był fenomenem w świecie musicalu i Broadwayu. Umarł zbyt młodo by móc powiedzieć czy udałoby mu się osiągnąć jeszcze więcej w swojej dziedzinie. Natomiast można powiedzieć z całą pewnością, że Lin- Manuel Miranda swoim debiutem reżyserskim w kinie postawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Opowiada o postaci prawdziwej i wyjątkowej, w dodatku takiej , której życie osobiste i działania zawodowe przypadły na wyjątkowy czas w kulturze amerykańskiej i światowej. Lata 90. zeszłego stulecia to bowiem dekada, w której dosłownie się gotowało od zmian społecznych i kulturowych. To, co dzisiaj jest dla młodych ludzi oczywiste – wtedy było nieakceptowane społecznie, kontrowersyjne i stanowiło wielki życiowy balast…. To w dużej mierze – właśnie dzięki artystom takim jak Jonathan Larson, ich odwadze twórczej i poczuciu misji – kolejne pokolenia mają choć trochę łatwiej…
* * *
Tick, tick…BOOM! śmiało można nazwać swego rodzaju hołdem – oddanym procesowi twórczemu. O którego kosztach psychologicznych ponoszonych przez artystę – nikt z odbiorców jego dzieła – zazwyczaj nie rozmyśla…A jakże często są one – ogromne. Zanim przyjdzie sukces (o ile przyjdzie) twórca jest w permanentnym procesie kwestionowania swych umiejętności – tak przez siebie samego, jak i otaczający go świat. To dlatego mówi się, że artyści to ludzie dziwni, trudni, narcystyczni i egocentryczni. Często megalomani. Bo twórczość z zasady nie istnieje bez odbiorcy. Szuka, którą nikt poza jej twórcą nie jest zachwycony – to „sztuka dla sztuki” – a raczej bezproduktywna idea, która stanowi permanentne źródło frustracji…
W ekranizacji Tick, tick…BOOM! w rolę Jonathana Larsona wciela się moim zdaniem świetnie i stając na wysokości zadania Andrew Garfield. Cholernie zdolny i jeszcze bardziej ambitny młody dramatopisarz, kiedy go poznajemy – mieszka w zagraconym, dawno nie remontowanym mieszkanku, z wieloletnim przyjacielem Michaelem (Robin de Jesús). Dzielone koszty wynajmu mało atrakcyjnego lokum w nędznej dzielnicy to jedyna możliwość poszukiwania drogi do samospełnienia zawodowego dla dwóch zdolnych „gołodupców” którym marzy się sceniczna kariera w NYC – metropolii będacej ówczesnym pępkiem świata dla ludzi sukcesu… Zbliżające się trzydzieste urodziny sprawiają, że Larson zaczyna się obawiać, iż jego moment już przeminął. Ważne jest abyśmy pamiętali, że lata 90. to czas wyjątkowo krwiożerczego amerykańskiego kapitalizmu, który dotknął swymi zaoceanicznymi mackami także Polskę. Ja i moje pokolenie wiemy o tym aż zanadto dobrze. Sukces trzeba było osiągnąć spektakularnie i szybko, najpóźniej do kilku lat po skończeniu studiów. Kto nie trzymał tempa – ten wypadał z gry. A najbardziej wypadali z gry ci, którzy nie umieli siebie, czy raczej tego co potrafili „zmonetyzować”…
Larson jest zapatrzony w ideały, chcący być tak wielkim jak jego mistrzowie – autorzy sztuk, które odniosły sukces na Broadwayu. Ówczesne legendy…
Za dnia tyra jako kelner by się wyrobić na bardzo skromne życie w NYC, po nocach tworzy, nie umie oddzielić marzeń o sukcesie od życia codziennego. Twórczość i pogoń za marzeniami definiują całe jego młode życie – łącznie z uczuciowym. Otoczony jest przez ludzi mu podobnych, tworzących artystyczną bohemę: aktorów, muzyków, malarzy, którzy tak jak on ledwo wiążą koniec z końcem, często dodatkowo borykając się z odrzuceniem społecznym i rodzinnym. Do każdego z nich prędzej czy później zaczyna docierać, że czas pędzi, lat przybywa a ich pragnienia by ktoś dostrzegł ich potencjał i talent – mogą się nigdy nie spełnić. Wielu „pęka” i „sprzedaje się” korporacjom. Z czegoś trzeba żyć, i ile można słyszeć „panu / pani już dziękujemy”… A zegar tyka. W tej epoce bardzo głośno i bardzo natarczywie – wszystkim im sącząc nieustannie do ucha obowiązujący wtedy przekaz – że zaraz będzie za późno. Na udany debiut. Na sukces w czymkolwiek za młodu, na zarobki, które nie będą o tym, że udaje się przetrwać od pierwszego do pierwszego i nic poza tym. Na na złapanie się na swój czas, ten magiczny moment, w którym zazębi się dostrzeżenie ich potencjału przez odpowiednich ludzi…
Kiedy Larsonowi udaje się w końcu zorganizować niskobudżetowy próbny warsztat dla swojego długo tworzonego orwellowskiego musicalu „Superbia” – bohater wpada w pułapkę oczekiwań, które są chlebem powszednim ludzi świata artystycznego – od zawsze. Sądzi, że już teraz, w końcu, po tylu latach harówy – sukces spadnie na niego lawinowo, spełniając jego artystyczne marzenia. Zanim jednak doprowadzi projekt do końca, jego opiekun Ira Weitzman (Jonathan Marc Sherman) nalega, by dopisał jeszcze jedną – kluczową piosenkę do drugiego aktu, co wcześniej zlekceważył, nawet gdy tę samą radę dawał mu jego idol, Stephen Sondheim (Bradley Whitford).
Choć Larson potrafi napisać świetny utwór o niemal wszystkim, tym razem dopada go blokada twórcza. Całkowicie pochłania go praca, kosztem wszystkiego jakże ważnego w jego codziennym życiu – relacji z Michaelem, który porzucił marzenia o aktorstwie na rzecz dobrze płatnej pracy w reklamie, oraz wieloletnią dziewczyną Susan (Alexandra Shipp). W miarę jak minuty odliczają czas do dnia warsztatu, który będzie jego jedyną okazją zaistnienia dla tzw. branży – Jonathan staje się coraz bardziej zdesperowany. Nawet po dokonaniu w ostatniej chwili przełomu, który – jak wierzy – doprowadzi musical do mety, Larson zmuszony jest zmierzyć się z kosztami swojej obsesji oraz z przerażającym pytaniem: co dalej, jeśli „Superbia” nie zostanie natychmiast doceniona przez krytyków i publiczność?
Pod względem czysto filmowego rozmachu – choć nie znam oryginału scenicznego – sądzę, że filmowa adaptacja Mirandy jest świetna! Reżyser znakomicie przekłada piosenki Larsona na język kina, nadając im ogromną energię, niezależnie od tego, czy widz znał je wcześniej ze sceny. Miranda bawi się tempem ujęć w sposób świeży i ekscytujący. W większości przypadków udaje mu się też zachować równowagę między prostotą teatralnych występów Larsona, romantycznym idealizmem bohemy nowojorskiej tamtych czasów i doskonale zainscenizowaną teatralnością fantazji głównego bohatera.
Trzeba też przyznać, że Mirandzie udało się doskonale dobrze utrzymać tempo filmowe. Nie ma w Tick, tick…BOOM!, które twa niecałe 2 godziny – ani jednej dłużyzny i sceny, która byłaby o niczym lub nie popychała akcji do przodu. Szacunek! Scenariusz adaptacyjny Stevena Levensona jest zwięzły i dynamiczny, prowadząc postać Larsona przez jego artystyczne zmagania i osobiste olśnienia do puenty – bez nadmiernej, operowej maniery, która na scenie mogłaby się sprawdzić, lecz w kinie szybko zaczęłaby nużyć…
Szczery, energetyczny i zaangażowany styl aktorski Andrew Garfielda idealnie pasuje do postaci zmarłego twórcy „Rent”– autora i zarazem protagonisty tego musicalu. I bez wątpienia jest to najjaśniejszy punkt tego obrazu poza – rzecz jasna – oszałamiająco dobrym librettem. Utwory Tick, tick… BOOM! – mnie autentycznie poruszały swoja „dziejową mocą”.
Krytycy amerykańscy recenzując ten obraz zarzucali Mirandzie przede wszystkim to, że nie chciał z racji na głośno deklarowane uwielbienie dla twórczości Larsona, a zwłaszcza jego jakże pokoleniowo ważnego ”Rent” poddać tej sztuki w kinie po wielu latach od broadwayowskiej premiery – bardziej współczesnej interpretacji. Wszak lata 90. minęły i dzisiejszy „mindset” ludzi pokroju Larsona i jemu podobnych jest przedmiotem krytyki, a przede wszystkim przestał być aktualny… Szczerze ? Zupełnie mnie to nie przekonuje. W mojej opinii Tick, tick…BOOM! jest świetne – właśnie dlatego, że oddaje hołd, zupełnie się z tym nie kryjąc twórcom pewnego pokolenia. I czasów, które choć minęły – odcisnęły swoje gigantyczne piętno na świecie dzisiejszym. Łącznie ze smutną konstatacją, że trzy dekady później – po gigantycznym sukcesie jaki pośmiertnie odniósł Larson – zmiany o jakich marzył – nie nadeszły. Dla większości ludzi żyjących obok postaci „marzycieli” o wielkim talencie i kreatywności – życie po prostu toczy się dalej, a samo ich „przetrwanie” na drapieżnym i uber konkurencyjnym rynku – jest często postrzegane jako wystarczające „osiągnięcie”. A łowcy talentów i menadżerowie twórców dalej są tymi, których wysiłki skupione są głównie na tym by złowić szybką okazję do tego by nabić kabzę sobie samym…










