TONY
TONY (Tony), Reż. Matt Johnson, Scen. Matt Johnson, Todd Bartels, Lou Howe; Obsada: Dominic Sessa, Antonio Banderas, Leo Woodall, Emilia Jones, USA, 2026
TONY to film biograficzny poświęcony krótkiemu, acz formatywnemu czasowi w życiu ANTHONY’EGO BOURDAIN’A – legendarnej postaci świata kulinariów. Obraz ten w sposób więcej niż udany wprowadza nas w jego młodzieńczy świat – ukazując przyszłą legendę i gwiazdę – w momencie gdy dopiero stawia pierwsze kroki w świecie gastronomii, która finalnie stała się jego wielką pasją… Myślę, że Anthony’emu spodobałby się dedykowany mu obraz Tony. Dostrzegłby bowiem ukrytą w nim przewrotną ironię i zadumę nad meandrami zrządzeń losu, których Bourdain doświadczał całe życie.
Tytułem wstępu:
Kiedy 44 letni Anthony Bourdain wydał w roku 2000 książkę zatytułowaną „Kitchen Confidential” – ja miałam lat 30. Making the long story short – nie wpadłabym na to, żeby tę bestsllerową książkę przeczytać i to po angielsku – gdyby nie poleciła mi jej wtedy moja bratowa, nowojorczanka, zakochana w NYC bez pamięci, a w wielkim jabłku mówili o niej wszyscy i wszyscy ją znali i komentowali. To dzięki tej książce – zarówno ja, jak i miliony ludzi na świecie, którzy ją kupili, a nigdy nie byli związani zawodowo czy rodzinnie z gastronomią – poznaliśmy jej prawdziwe oblicze. I co tu dużo kryć, to co ujawnił na temat funkcjonowania branży Bourdain – to było coś w rodzaju „Piekła” z tryptyku „Ogród rozkoszy ziemskich” Hieronima Boscha. Można też śmiało powiedzieć z dzisiejszej perspektywy patrząc, że była ta książka tzw. sygnalisty, w czasach, w których takich jak on zwano mniej sympatycznie -„kapusiami”…
Każdy, kto wcześniej wspominał z rozrzewnieniem – przeżyte choć raz – wzniosłe doznania dotyczące dania zamówionego w restauracji – nagle podczas lektury tej książki zaczynał sobie zdawać sprawę z tego, że jego upojne podniebienne rozkosze to finał drogi przez mękę – okupionej krwią, potem i łzami ludzi, o których istnieniu do tej pory nawet nigdy wcześniej nie chciało się mu myśleć, a bez których – jego przyjemność by w ogóle nie miała prawa zaistnieć. Przed Bourdainem – klienci restauracji żyli w całkowitej fikcji – romantyzowanej wizji świata, w którym genialny szef kuchni wyczarowuje niczym magik za pomocą czarodziejskiej różdżki boskie receptury, których emanacja zjawia się na ich talerzach po zapłaceniu odpowiedniej kwoty. Dania serwowane w najlepszych restauracjach jawiły się jako całkowicie oderwane od człowieka i harówy ludzi z krwi i kości. I nikomu, ale to nikomu nie przyszłoby wtedy do głowy, że praca zespołowa jest w niej tak bardzo istotna, że mało gdzie – jest aż tak! A co więcej, że efekt finalny – to także wypadkowa tego, czy często pozbawiony jakiegokolwiek wykształcenia (nie wspominając o akademiach kulinarnych) koleś, który od 12 godzin zap*** fizycznie przypilnuje by obrane przez niego 100 kg ziemniaków ugotowało się na czas i odpowiednio do tego co ma potem z nich powstać.…
Po „Kitchen Confidential” – nic nie było już tym co się komukolwiek, gdziekolwiek na świecie wydawało wcześniej, gdy zasiadał w jakiejkolwiek restauracji i zamawiał cokolwiek z karty…
* * *
Film Tony, to w moim odczuciu swego rodzaju kinowe „AMUSE BOUCHE” (z francuskiego „przyjemność dla ust”, w polskim określane jako tzw. czekadełko ) – co jawi mi się jako absolutnie doskonały pomysł na opowieść o człowieku, którego działalność zawodowa jako dojrzałego wiekiem mężczyzny jest znana milionom jego wielbicieli – na wylot. Bo Anthony Bourdain nigdy nie był po prostu szefem kuchni. Został KIMŚ o wiele bardziej znaczącym i podziwianym niż mógł sobie wyobrazić w czasach, o jakich opowiada film Tony. I to tak bardzo, że choć minęło już osiem lat od jego śmierci – pamięć o nim jest wciąż niezwykle żywa! Nie tylko dzięki „Kitchen Confidential”, a raczej dzięki temu co wydarzyło się potem. Stworzone przez niego formaty telewizyjne „No Reservations” i „Parts Unknown” odmieniły telewizję poświęconą jedzeniu i podróżom. Bo dla Bourdain’a (a przecież wiemy dobrze, że umiał gotować na poziomie mistrzowskim!) tworzenie dań nigdy nie było celem samym w sobie. To zawsze była droga do poznania i zrozumienia czegoś więcej – w tym siebie samego…
Film Matta Johnsona Tony przygląda się początkom jego kariery, które stały „u podstaw” niepowtarzalnej persony, którą popkultura pokochała tak bardzo, że uczyniła emblematem! Akcja obrazu Tony rozpoczyna się w 1975 roku i przedstawia 19-letniego Bourdain’a, który po tym, jak nie udało mu się zdobyć stypendium pisarskiego w Nowym Jorku, udaje się do Provincetown w Massachusetts w pogoni za niejaką Nancy (Emilia Jones) – dziewczyną, w której się zakochał. Film otwiera bezlitośnie szczera ocena siebie samego z tamtych lat autorstwa samego Bourdain’a:
Szczerze mówiąc, byłem rozpieszczonym, nieszczęśliwym, narcystycznym, autodestrukcyjnym i bezmyślnym młodym łobuzem, który bardzo potrzebował porządnego skopania tyłka….
Patrząc na zachowania bohatera i jego sposób traktowania ludzi – trudno odmówić trafności tej auto-diagnozie. Jak i trudno zaprzeczyć, że to właśnie (zrządzenie losu) zaprowadziło Tony’ego do mocno hermetycznego i „popapranego” świata gastronomii, którego z początku szczerze nie znosił – choć jemu się wydawało przez długi czas, że całkiem wbrew temu o czym marzy i zdecydowanie przez głupi przypadek. Tony przedstawia zatem jego początki relacji z branżą, która miała trwać przez kolejne dziesięciolecia. I która dała mu finalnie niebywały wręcz sukces…
* * *
Scenariusz filmu, współtworzony przez jego reżysera Matta Johnsona, luźno opiera się na historiach z „Kitchen Confidential”. To dlatego obraz Tony jest właśnie niczym amuse-bouche – małym przedsmakiem, tego, co ma nadejść, oferującym wczesny wgląd w życie przyszłej ikony. Film jest wciągającym do narracji studium postaci młodego człowieka, który ze wszech miar zasługiwał na miano „młodego gniewnego” – zanim zaczął przeistaczać się w kogoś, kogo można by nazwać dorosłym.
W rolę tytułową wciela się Dominic Sessa, który zasłynął doskonale przyjętą kreacją w „Przesileniu zimowym” Alexandra Payne’a i robi to świetnie! Słusznie zakładając, że budując rolę Anthony’ego Bourdain’a z czasów jego wczesnej młodości – nie powinien w żaden sposób próbować naśladować pierwowzoru!
Gdy go poznajemy – to młody mężczyzna – dość trudny do polubienia. Samolubny, z ewidentnym rysem narcystycznym, kompulsywnie kłamiący na swój temat wszystkim i w każdych okolicznościach. Tony – jak sam lubi być nazywany jest bowiem w tym okresie życia bardzo niepewnym siebie, za to bardzo udającym, że jest inaczej – manipulantem. Wiemy, że Tony pochodzi z tzw. dobrego domu, jego rodzice to przedstawiciele dobrze sytuowanej klasy średniej, bez wątpienia jest chłopakiem bardzo bystrym i inteligentnym. Ale coś go tłamsi wewnętrznie, i powoduje, że nie umie odnaleźć się ani w rodzinie, ani na studiach, ani gdziekolwiek.
Johnson nie przedstawia go jednak jako postaci jednowymiarowej w swym nieudacznictwie i pogubieniu. Tony to raczej portret kogoś, kto jest sfrustrowany poczuciem, że jego ambicje wymykają mu się z rąk, a przede wszystkim – z racji wieku jeszcze niepewnym, co właściwie powinien ze sobą zrobić. Film świetnie oddaje ten psychologicznie istotny moment w życiu wielu młodych ludzi – totalnego „rozjazdu” pomiędzy tym o czym marzą, a tym do czego mają prawdziwy talent czy też do czego są na jakiś sposób predestynowani – a co jest dla nich emocjonalnie i mentalnie – jeszcze wtedy niedostępne.
Provincetown jest zatem dla młodego Bourdain’a swego rodzaju rozdrożem, a praca w restauracji „The Flagship”, jakiej podejmuje się z musu i desperacko, byle tylko móc zostać w miejscu gdzie znajduje się obiekt jego nieodwzajemnionych uczuć – daje mu finalnie, choć nieoczekiwanie – poczucie celu.
Dzieje się tak dlatego, że zarządzający nią dobroduszny szef kuchni José Vatela (wspaniały Antonio Banderas w kolejnej świetnej roli w swojej karierze!), emigrant z Portugalii, to postać charakteryzująca się takim rodzajem osobowości, a przede wszystkim systemem wartości – z jakim Tony styka się po raz pierwszy w życiu. Vatel traktuje swoją codzienność, pracę w swojej knajpie i kulinaria – jako coś w rodzaju powołania, kierowany przez wiarę w to, że jego los i przeznaczenie podlegają woli Boga. A to pozwala mu na akceptowanie tego kim jest i jaki jest oraz co ma do zaoferowania innym z (niekiedy mylonym z naiwnością) – rodzajem skromności i pokory.
Jest kimś, kto pokazuje Tony’emu, że dla sensu istnienia, a szerzej radości życia – nie potrzeba wiele więcej niż to by mieć pasję i w coś wierzyć…
* * *
Vatel daje Tony’emu szansę nauczenia się podstaw fachu, w świecie gastronomii i kulinariów, które nie rządzą się żadnymi, obowiązującymi dziś zasadami „praw pracowniczych”. To rodzaj obozu przetrwania dla wyrzutków i ludzi, którym nie za bardzo udałoby się zarobić pieniądze gdzie indziej, połączonych bliżej nieokreślonym poczuciem solidarności, które jest jednak kruche i niestabilne. W kuchennej robocie, na zmywaku, gdzie Tony zaczyna w nadmorskiej knajpie, która oferuje świeże owoce morza podane w niewyszukany sposób i dostępne cenowo „dla każdego” poznaje także niejakiego Sala (w tej roli przekonujący Leo Woodall znany z doskonałej roli w drugim sezonie serialu „Biały Lotos”). To świetnie napisana postać w scenariuszu filmu Tony – rodzaj zapowiedzi tego typu postaci, z którymi w świecie gastronomii dorosły już Anthony Bourdain będzie miał do czynienia wielokrotnie i przez dekady. Branża gastronomiczna pełna jest takich typów jak Sal – ludzi, którzy pomimo potencjału – nie wykorzystali swojej szansy by w niej coś większego uzyskać, traktując ją jedynie jako „łatwy zarobek” na życie „na fali”, pozbawione większego sensu i celu…
Tony to film o tym jak młody Bourdain, który uciekł z własnej dysfunkcyjnej rodziny w poszukiwaniu drogi do siebie – trafia do miejsca, które po dość krótkim czasie – staje się dla niego swego rodzaju rodziną zastępczą, która pomimo swojej dysfunkcyjności – potrafiła jednakże otworzyć mu perspektywy i dać coś nieocenionego – wiarę w to, że nie jest nieudacznikiem…
Scenariusz filmu Tony dobrze i wiarygodnie rozpisuje psychologiczne portrety głównych postaci tej dość dramatycznej historii, która prowadzi do swoistego happy endu w życiu młodego Bourdain’a.
Sal nie jest po prostu – li i jedynie przestrogą, a Vatel nie jest jedynie życzliwym mentorem głoszącym wartość ciężkiej pracy. Film Tony w subtelny, ale czytelny sposób stara się nam pokazać drogę przemiany, formatywny czas dla transformacji swojego bohatera, który z biegiem czasu zmienia się na tyle, by z absolutnie nieogarniętego życiowo i irytującego dupka zacząć się formować w kogoś, kto ma nie tylko cel, ale przede wszystkim chęci aby go osiągnąć dzięki temu – kim jest, i jaki jest – a nie temu co sobie bezpodstawnie roił na swój temat…
W tle kuchennych zmagań młodego Bourdain’a – Tony obrazuje także wątek rozwijające się relacji z Nancy, potraktowanej w scenariuszu nieco po macoszemu. Zakładam, że jest ona specjalnie jedynie naszkicowana w ogólnym zarysie – bo cel filmu jest inny, a uczucie do Nancy ma tu wymiar raczej symboliczny – jest czymś, co bohatera zarówno uskrzydla, jak i motywuje.
Choć Tony jest filmem utrzymanym w szybkim tempie, Johnson pozwala sobie na chwile zadumy, które spowalniają akcję. Te spokojniejsze fragmenty dają historii przestrzeń, by mogła odetchnąć, dzięki czemu jej dynamika nie staje się męcząca. Dla kontrastu sceny rozgrywające się w kuchni są odpowiednio chaotyczne, a płynna praca kamery świetnego operatora Michaela Baumana (nominowanego do Oscara za zdjęcia do „Jedna bitwa po drugiej”) oddają ruch i energię tego środowiska zawodowego. Można niemal fizycznie poczuć, jak wygląda praca pod presją: zamówienia lecą jedno za drugim, naczynia się piętrzą, a wszyscy gorączkowo próbują nadążyć.
Na uznanie zasługuje także scenografia Ryana Warrena Smitha, która przekonująco i wiarygodnie, a także z nutką odpowiedniej nostalgii odtwarza lata 70.
I choć według czepialskich film Tony zawodzii wielbicieli jego brawurowo odważnej książki „Kitchen Confidential” jako „nieprawdziwa wersja” tego etapu życia Bourdain’a – bo jest zbyt uładzoną wersją wydarzeń opisanych w niej przez Anthony’ego – mnie osobiście to nie przeszkadzało. A nawet stanowiło zaletę w przypadku filmu poświęconego komuś, kogo z nami już nie ma, o którym ludzie wciąż pamietają i za kim tęsknią. Ta nieco nostalgiczna opowieść o Tonym, w momencie, w którym dopiero stawał się Anthony’m Bourdain’em ma swój niepowtarzalny urok właśnie dlatego, że jest opowieścią o dzieciaku, który uczy się, że nikt nie może stać się osobą, za którą się podaje, bez doświadczenia bycia takim jakim się naprawdę jest oraz umiejętności ponoszenia konsekwencji tego wyboru…
*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu TONY na rynku polskim: m2Films










