25
lip
2016
115

TRIBUTE TO JAMES GANDOLFINI…

 

Good writing will bring you to places you don’t even expect sometimes

JAMES GANDOLFINI (1961 – 2013)

1683251-poster-1920-1-love-live-tony-soprano-james-gandolfini

W czerwcu tego roku minęła trzecia rocznica śmierci Jamesa Gandolfiniego. Aktora, który był kochany, podziwiany i uwielbiany przez publiczność, a to za sprawą kultowego serialu Rodzina Soprano, w którym wcielił się w – jak się okazało – „rolę swego życia”. Już po jego śmierci, na ekrany kin (w tym polskich) trafił ostatni obraz z jego udziałem – komedia romantyczna pt. “Ani słowa więcej” w reżyserii Nicole Holofcener. W tym miejscu dygresja – bardzo wam ją polecam. Jest urocza, świetnie napisana i bardzo dobrze zagrana! To historia Ewy (Julia Luis – Dreyfus), samotnej matki w średnim wieku, której córka właśnie opuściła dom, by studiować w innym mieście. Kobieta wdaje się w romans z rozwodnikiem o imieniu Albert (Gandolfini), by po pewnym czasie skonstatować, że to były mąż jej znajomej Marianne (katherine Keener), na którego to eks – małżonka potwornie wyrzeka…

To gorzko – słodka komedia o trudach wchodzenia w nowe związki, po przejściach i z „cudzym bagażem”. Można by rzec – samo życie.

Smutną ironią losu zdaje mi się i trudno mi o tym nie wspomnieć, choćby w kilku słowach, że James Gandolfini – nie będzie miał już szansy być kojarzony w zbiorowej świadomości z aktorem, którego świetność warsztatowa polega na rolach zwykłych facetów. Holofcener zauważyła zdajsie to, czego inni reżyserzy przez całe dekady w jego przypadku nie byli w stanie dojrzeć – potencjał na postać komediową, a przede wszystkim na wyjście z “szuflady” z napisem “łajdak i bandyta”.

W repertuarze Jamesa Gandolfiniego – takich ról, jak Albert, w jego ostaniem filmie – praktycznie nie ma. Teraz widać wyraźnie, jeśli prześledzi się jego karierę i listę obrazów, w jakich brał udział – z perspektywy faktu, że niestety nie zagra już niczego – jak bardzo stereotypowo aktor ten był  obsadzany. Nie dowiemy się, czy Gandolfini nie mógł wybierać w rolach, po prostu przyjmując propozycje, które wszystkie kręciły sie wokół pewnego stereotypu, czy też tak mu pasowało. Możemy jednak się domyślać, że James nie był zadowolony z tego, co proponuje mu Hollywood. Są dowody na to, że bardzo się starał, by zaistnieć inaczej. Ale o tym potem.

Gandolfini – światowy rozgłos zdobył dopiero około 40tki – kiedy startował serial “Rodzina Soprano” (1999) miał 38 lat. Jego rola, amerykańskiego szefa mafii, postaci tylko połowicznie stereotypowej, bo jednakże psychologicznie mocno pogłębionej (Soprano regularnie chadza na sesje do terapeuty, gdzie próbuje się mierzyć z tym wszystkim, co go przytłacza, z czym nie daje sobie psychicznie rady – w tym z gigantycznymi pokładami agresji) można by rzec postaci “pełną gębą”, którą ten niezwykle inteligentny aktor budował przez wiele sezonów, przyniosła mu największe uznanie i honory w hollywoodzkim świecie: trzy Emmy i Złoty Glob.

I jak najbardziej na miejscu jest to, żeby powiedzieć, że to ta właśnie produkcja HBO była przełomem dla telewizji i okazała się być popkulturowym ‘wytrychem’ do decyzji finansowych, by powstawały kolejne „rewolucyjne” seriale z “Mad Men”, “Breaking Bad” oraz “House of cards” na czele. James Gandolfini a.k.a Tony Soprano był bowiem pierwszym pokochanym na całym świecie “antybohaterem” telewizji amerykańskiej!

Być może przyczyniło się do tego dziedzictwo kulturowe aktora: James – potomek włoskich imigrantów, urodzony w stanie New Jersey, w bogobojnej, prostej i tradycyjnej katolickiej rodzinie, której członkowie mówili w domu po włosku zawsze, angielskim posługując się jedynie “na zewnątrz” – było tym zapleczem. Dodatkowo, ze swoją “miśkowatą” aparycją oraz twarzą “kolesia znikąd” – Gandolfini okazał się idealny do roli kogoś takiego jak Tony Soprano.

Ale przecież zanim nim został, grał w różnych obrazach, często świetnych, niekiedy niszowych, ale powszechnie szanowanych. Były to zawsze tzw. “czarne charaktery”. Filmografia aktora wypełniona jest postaciami drugoplanowymi, pełnokrwistymi, zapadającymi mocno w pamięć, takimi jak choćby rola Nicka Murdera (sami rozumiecie – to imię i nazwisko bohatera to już jest ‘coś’) w “Romance and cigarettes” Johna Turturro (2005).

Z pewnością należy do nich także rola Virgila w “Prawdziwym Romansie” Tony’ego Scotta (1993) – brutala, damskiego boksera, chamskiego osiłka, którego głównym zadaniem jest wymuszanie “posłuszeństwa” dla mafii, o której to postaci Gandolfini zresztą powiedział, że inspirował się swoim znajomym z młodości, który był “hitmanem”. Kolejnym kultowym filmem z jego udziałem było „Dorwać małego” Barry’ego Sonnenfelda (1995). A także postać Big Dave’a Brustera w doskonałym filmie braci Cohen “Człowiek znikąd” (2001).

la-et-cm-james-gandolfini-god-of-carnage-20130-001Mało kto pamięta o tym, że James Gandolfini swoją aktorską karierę rozpoczynał na deskach teatralnych, w Nowym Jorku. Debiutował w 1992 roku i to w nie byle czym: adaptacji “Tramwaju zwanego pożadaniem” Tennessee Williamsa, u boku Jessiki Lange oraz Aleca Baldwina. Do teatru jeszcze wrócił, już po sukcesie ‘Soprano’ – świetnie przyjętą rolą (nominacja do nagrody Tony), w obsadzie z samymi tuzami aktorstwa (Marcia Gay Harden, Jeff Daniels i Hope Davis) w “Bóg mordu” Yasminy Rezy (2009).

Kiedy śledzi się dokładnie jego poczynania zawodowe, ma się nieodparte wrażenie, że “wielki misiek” miał wielki apetyt na więcej i gdyby nie przedwczesna śmierć, w wieku 51 lat – pokazałby nam jeszcze na co go stać. Rok 2012 był tym, w którym – oprócz kolejnej roli gangsterskiej: Mickey’a w “Zabić, jak to łatwo powiedzieć” Andrew Dominika, zagrał też postać Dyrektora CIA w filmie Kathryn Bigelow “Wróg publiczny numer jeden”.

Ponadto – Gandolfini po sukcesie serialu “Rodzina Soprano” – wyraźnie zaczął poszukiwać innych niż aktorstwo –  dróg realizacji swoich ambicji zawodowych. W 2006 roku założył firmę producencką, a w kolejnych latach zajął się, we współpracy z HBO filmami dokumentalnymi, poświęconymi tematyce wojennej. W 2007 roku zrealizował jako producent wykonawczy dokument o weteranach wojny w Iraku, w którym kluczowym zagadnieniem było pokazanie jak bardzo wojna i traumy zarówno fizyczne, jak i psychiczne wpływają na byłych żołnierzy, o ile mają szanse wrócić do domu. “Alive day Memories: Home from Iraq” zostało nominowane do nagrody Emmy. W 2010 zaś, po raz kolejny wziął się za temat Zespołu Stresu Pourazowego (PTSD) – tym razem – opowiadając o tym na przestrzeni dziejów wszystkich amerykańskich wojen: od 1861 do 2010 roku.

Można przypuszczać, że rola producenta filmowego nie tylko Gandolfiniemu pasowała, ale też dawała satysfakcję zawodową – gdyż oprócz wymienionych filmów dokumentalnych, w 2012 z sukcesem wyprodukował fabułę biograficzną o romansie Ernesta Hemingwaya z Martą Gellhorn, pt. ”Hemingway & Gellhorn” w doborowej obsadzie: z Nicole Kidman i Cliwe’em Owen’em.

james-gandolfini-loves-you1Po jego śmierci – amerykańscy dziennikarze zaczęli więcej pisać o tym, jak bardzo trudna psychicznie dla Gandolfiniego była rola Soprano – rola, której zawdzięczał tak wiele – gigantyczną popularność i niezależność finansową. Mówi się, że w trakcie trzeciego i czwartego sezonu serialu przeżywał załamanie nerwowe, że utrudniał realizację produkcji, odmawiając wychodzenia z domu, że nie dawał sobie rady z „dźwiganiem” zarówno ciężaru roli, która bazowała w dużej mierze na wielkiej eksploatacji emocjonalnej, jak i tego, że zwyczajnie James – facet ważący 120 kilo i mierzący 182 centymetry wzrostu nie miał jak się schować “w tłumie”. A mieszkając w NYC, prowadzić chciał także życie zwyczajnego męża i ojca. Niestety w jego przypadku – najczęstsze sposoby kamuflażu, jakie stosują aktorzy, aby nie być łatwo rozpoznawalni i namolnie zaczepiani przez paparazzi oraz fanów, w metrze, w sklepie i na ulicy, takie jak czapka z daszkiem czy kapelusz oraz ciemne okulary – nie zdawały egzaminu.

James Gandolfini kochał swoje włoskie korzenie i Italię. Wielokrotnie powtarzał w wywiadach, że czuje się wyjątkowo silnie związany z kulturą i zwyczajami tego kraju, że we Włoszech odpoczywa, ma poczucie, że w końcu może “łapać oddech”. Regularnie jeździł tam na wakacje. O okrutna ironio – właśnie podczas jednego z takich wypadów – umarł na atak serca. W hotelowej łazience. W Rzymie – zwanym “wiecznym miastem”.

You may also like

OGRODNICY
Trzeba znaleźć swój wzór – czyli o NOMAD WARSAW…
Oda do marki CELINE – czyli o osobowości, stylu i wartościach…
7 x JARMUSCH – czyli z miłości do kina…