12
kw.
2015
101

TURYSTA

TURYSTA (Force majeure). Scenariusz i reżyseria: Ruben Ostlund. Wyk. Johaness Kuhnke, Lisa Loven Konsgli, Clara Wettergren, Dania/Francja/Norwegia/Szwecja, 2014

turysta.fin

Z Turystą miałam na początku kłopot. Najpierw dziwiłam się, że film zatytułowany oryginalnie “Force majeure” (po francusku “siła wyższa”) jest dystrybuowany po tak odmienną nazwą. Potem słyszałam o nim rozbieżne opinie osób go oglądających, w tym takie, że jest to czarna komedia. Postanowiłam zatem sprawdzić sama. I nie żałuję. Nie znalazłam w Turyście –  zaznaczam to od razu – nic śmiesznego. Być może dlatego, że zbyt dużo dla mnie w nim tego, co cytując klasyka, więzi mi przy oglądaniu tego typu obrazów śmiech w gardle: “z czego się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie”…

Z pewnością jest to film z gatunku takich, które Skandynawowie robią doskonale. U nich bowiem mrok i ciemne strony ludzkiej natury zazwyczaj ukrywają się tam, gdzie nikt się ich nie spodziewa. Powierzchowne poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa, które niespodziewanie zostaje zachwiane wtedy, gdy nic na to nie wskazuje, to także jeden z motywów, które drąży od lat w swojej twórczości Michael Haneke.

Turysta to obraz dobry, a nawet bardzo dobry. Dość powiedzieć, że zdobył prestiżową nagrodę na Festiwalu Filmowym w Cannes: “Une certain regard”. Był nominowany także do Złotych Globów oraz nagrody Bafta w kategorii “najlepszy film nieanglojęzyczny”. Całkiem nieźle, jak na dzieło reżysera, który ma w dorobku, łącznie z tym tytułem, jedynie trzy fabuły.

Ale, wróćmy do sedna. Turysta zaczyna się całkowicie banalnym wstępem narracyjnym. Oto para małżeńska: Ebba i Tomas, oboje młodzi dość, ładni dość i zamożni nawet więcej niż dość. Mają dwoje dzieci – idealnie: chłopca i dziewczynkę. No, naprawdę śliczny to obrazek, nieprawdaż?! I jeszcze na dodatek, właśnie sobie z rodzimej Szwecji, przyjechali na 5-cio dniowy wypad wakacyjny we francuskie Alpy, do hotelu 5-cio gwiazdkowego. Stać ich, a co!

Apartament – boski, góry i warunki narciarskie – bajka! Żyć, nie umierać!

Aż tu nagle – w tej “słitfociowej” rzeczywistości robi się wyrwa. W trakcie sielankowego wręcz – jakby się zdawało – lunchu spożywanego rodzinnie w jednej z hotelowych restauracji, na tarasie widokowym, dochodzi do pewnego wydarzenia. Między cmokaniem nad smakowitością menu, a podziwianiem spektakularnych warunków jego spożywania, niespodziewanie z gór zaczyna schodzić lawina. Pierwszą reakcją Tomasa  jest zachwyt,  połączony rzecz jasna z uwiecznianiem zjawiska na iphonie. W końcu lawina to nie takie byle co i nakręcony filmik nie tylko można wrzucić na Fejsa albo Instagram, a i pamiątka pozostanie na wieki. Aż się prosi, żeby to doświadczenie skwitować słynnym sloganem pewnej marki kart kredytowych: “bezcenne”!

Owszem, widok jest spektakularny, ale z każdą sekundą potęguje jednakże w Tomasie zgrozę. Bo choć pociesza zarówno siebie jak i rodzinę, że to tzw. lawina kontrolowana, wywoływana specjalnie w kurortach tego typu, które bądź co bądź, żyją z turystów jedynie kilka miesięcy w roku i na żadne zagrożenia ze strony natury nie mogą ich przecież narażać – w pewnym momencie wydaje się być niestety taką, która wymknęła się spod kontroli. I zaraz stanie się tytułową “siłą wyższą”, która właśnie zmierza ku Tomasowi i jego rodzinie, by ich zmieść z powierzchni tego jakże wygodnego i zamożnego świata, w którym przebywają.

Taka sytuacja, to właśnie ta, w której pojawia się dojmująco realne pytanie o to, co powinien zrobić ojciec rodziny i mąż. No właśnie, co? Co przychodzi wam na myśl, kiedy myślicie o tym hipotetycznie: co by było gdyby?

Bo kiedy gigantyczny masyw śniegu płynnie zmierza w stronę restauracyjnych stolików, piętrząc się przed jego oczami na wysokość 50 metrów – Tomas porywa telefon i narciarskie rękawiczki i ucieka. Na oślep, przed siebie, byle dalej, zostawiając drącego się wniebogłosy z przerażenia synka i zdrętwiałą z przerażenia żonę i córkę.

To, co Turysta przedstawia dalej, jest już jedynie konsekwencją tego wydarzenia. I trzeba to przyznać: Ruben Ostlund opowiada nam tę historię w sposób przemyślany i kierując się pewna tezą, co jest najmocniejszą stroną jego obrazu.

Symbolika znaczenia słowa “turysta” nabiera mocy i okazuje się jednak słusznie wybranym tytułem dla tego filmu. Bowiem obraz ten fantastycznie metaforyzuje to wszystko, co myślimy i co kołacze się nam po głowie, gdy słyszymy to słowo. Turysta to przecież ktoś, kto jest przejazdem, kto bez względu na to gdzie by nie był i w jakim kontekście obecnie się znajduje – nie jest w tym w żaden sposób zanurzony. Nie dedykuje się ani otaczającym go ludziom, ani miejscom. Niczego istotnego nie wnosi i nie pozostawia po sobie żadnych znaczących śladów. Jest jedynie pochłaniaczem jakiś wrażeń, będącym w jakiejś “roli”, doznającym pewnych przyjemności, skrojonych na miarę zasobności portfela. Kimś, kto nie za wiele się zagłębia, ani w siebie ani w rzeczywistość. Niczego nie eksploruje. Z niczym się nie identyfikuje. Nie posiada refleksji i nie ma potrzeby by się im poddawać. Wie tyle ile trzeba, to co sobie wyobraża, że robi się w takiej sytuacji i miejscu, gdzie się właśnie znalazł. Bo przecież i tak zaraz wróci tam skąd przybył, do swoich utartych ścieżek i kolein.

Tak, Turysta to doskonały tytuł dla tego filmu. Filmu o facecie, który zostaje poniekąd zmuszony przez „okoliczności przyrody” do zweryfikowania tego kim jest dla swojej rodziny, roli jaką w niej pełni. Do zmierzenia się z tym, co to znaczy “być rodziną” a nie “mieć rodzinę”. To doskonała diagnoza i wiwisekcja roli, w której mężczyzna może się obsadzić w życiu będąc zarówno czyimś partnerem, jak i ojcem.

Bo przecież w obrębie tzw. rodziny można również przeżyć życie jako “turysta”. Obraz ten świetnie to pokazuje – świat mężczyzny, który swoje życie rodzinne sprowadził głównie do formy zapewniania jej bezpiecznego kokonu, będącego metaforą zamożnego, cywilizowanego i zachodniego świata. Świata wygodnej egzystencji i najnowszych technologii. Świata grzecznych formułek, w których frustracje i lęki są zamiatane pod dywan, fasady budowanej ze słów bez znaczenia, formy nie niosącej za sobą żadnej treści i doświadczeń fundowanych na bazie możliwości nabywczej.

Tomas reprezentuje to, w czym człowiek może ugrzęznąć na wieki, jeśli nie znajdzie się jakaś “siła wyższa”, która zmusi go do weryfikacji siebie, tego kim jest naprawdę i roli w jakiej się obsadowił.

Natura – zdaje się mówić Ruben Ostlund – to coś, co jest najbardziej pierwotne w nas jako gatunku. Ewolucja wypracowała dwa najczęstsze sposoby reakcji na zagrożenie: ucieczkę lub atak.

Turysta fantastycznie puentuje ten naukowy fakt – mówiąc: samice bronią potomstwa i jego bezpieczeństwa za wszelką cenę, samce zaś ruszają do ataku, gdy zagraża im niebezpieczeństwo. Tak było od wieków. Ale czy jest nadal?

You may also like

Wracają KONFRONTACJE FILMOWE
OJCIEC
PARYŻ, 13. DZIELNICA
WINONA RYDER: mistrzyni, outsiderka