31
Sty
2021
5

UDAWAJ, ŻE TO MIASTO

UDAWAJ, ŻE TO MIASTO (Pretend’s It’s a City), Reż. Martin Scorsese, Wyk. Fran Lebowitz, USA, 2021, Produkcja oryginalna Netflix

UDAWAJ, ŻE TO MIASTO to film poświęcony FRAN LEBOWITZ: ikonie, legendzie, postaci jedynej w swoim rodzaju i tak „wrośniętej” w Nowy Jork, że stała się jego (ludzkim) symbolem. Stanowi zatem telewizyjny unikat. Bowiem ten miniserial dokumentalny – wykracza daleko poza jego ramy – tak jak jego bohaterka: najbardziej zjadliwa, dowcipna, mająca w nosie tzw. opinię publiczną oraz średnio zainteresowana poprawnością polityczną swoich wypowiedzi – jedyna w swoim rodzaju Fran. Gdybym miała Udawaj, że to miasto jako produkcję TV jakoś podsumować, powiedziałabym, że każdy, kto chce zrozumieć fenomen zjawiska zwanego “genius loci” powinien ją obejrzeć. Fran Lebowitz jest bowiem kwintesencją Nowego Jorku, wyraża ducha tego miasta. Tak samo jak ona trudnego “w pożyciu” i tak samo jak ona posiadającego obezwładniającą charyzmę i specyficzny czar. To “coś”, co powoduje, że nikogo nie zostawia obojętnym. Jak mawiają Amerykanie: Love it or hate it…

Fran Lebowitz i słynny (także nowojorczyk) amerykański reżyser Martin Scorsese znają się tak długo, że żadne z nich nie pamięta już tego, kiedy dokładnie się poznali. Na pytanie czemu twórca ikonicznych obrazów filmowych, które rozsławiły zarówno jego samego, jak i Nowy Jork na świecie (znamienita większość najsłynniejszych jego dzieł: “Taksówkarz”; „Wściekły byk”; “Chłopcy z Ferajny”; “Wiek Niewinności”; “Gangi Nowego Jorku” powstała w tym mieście i jest mu w pewnym sensie “dedykowana”) darzy ją niekłamanym podziwem, ba! wręcz uwielbieniem – odpowiedź z pozoru wydawać się może prosta. Bo oboje żyją w nim już bardzo długo i oboje Nowy Jork kochają, oboje są jego piewcami (choć a rebour). Ale zdajsie, to jednak nie to. Dokument Udawaj, że to miasto ma bowiem specyficzna formę. Fran Lebowitz opowiada (czy raczej odpowiada) na zadawane jej pytania, a pyta Scorsese (choć nie tylko). Reżyser jest też “uczestnikiem” tego filmu. W specjalnej roli. Nazwałabym ją rolą “towarzyską”. Scorsese (w tym przypadku zarówno jako reżyser jak i producent) w Udawaj, że to miasto chce nam przedstawić Fran Lebowitz na taki sposób, na jaki mógłby pewnie to zrobić na kameralnym party: „Hej, to moja przyjaciółka Fran, poznajcie się”. I ani się obejrzymy, siedzimy obok Fran, z rozdziawioną paszczą słuchając jej opowieści, dykteryjek, anegdot, zaśmiewając się do rozpuku z tego jak jest auto-ironiczna, podziwiając jej inteligencję, dumając nad jej bezpardonowo ujawnianymi uwagami na tematy wszelakie; podziwiając jej wielką samoświadomość oraz umiejętność ujmowania rzeczy w samym ich sednie choć nie zawsze a raczej nigdy “gładko & miło”; kiwając głową z podziwem nad tym jak “wali kawę na ławę” i “nie owija w bawełnę”. A najbardziej z tego, że “siedząc w jej towarzystwie” doznajemy uczucia cudownego odprężenia, uwolnienia się z gorsetu “gadki-szmatki”, “small-talk”, poprawnych politycznie kocopałów, które w pewnych środowiskach i towarzystwach są modne, trendy i zawsze ochoczo przez wszystkich podchwytywane. Że w końcu mamy z głowy międlenie tego samego w kółko, siedzenie w sosie, w którym wszyscy gadają w zasadzie to samo, przekonani na dodatek, że ich gadanie jest takie fajne, mądre i ciekawe.

Gdy tymczasem Fran mówi wyłącznie to co myśli, nie interesuje ją to czy inni jej opinie podzielają. A już zupełnie i najmniej fakt, czy inni jej przytakują oraz wydają się do niej podobni, po to by mogła potwierdzić w ich oczach, mimice i słowach ważność swojego własnego istnienia dla siebie samej.

Boże! Jakie to odświeżające uczucie! Jaka wolność, cudowny powiew ożywczej woni.

Tym bardziej ekscytująco – fascynująca, że woń tę roztacza kobieta obecnie ponad 70letnia (urodziła się dokładnie w 1950 roku).

Ja, przyznaję się bez bicia – we Fran Lebowitz – jestem zakochana! A gdyby tylko byłoby to możliwe poszłabym na bosaka po tłuczonym szkle do samego Nowego Jorku byle tylko została moją mentorką 🙂 Kocham w niej wszystko. To, że ma niepowtarzalny styl i sznyt – nawet w tym jak się ubiera i czesze, a co pasuje do niej idealnie! Jest piekielnie inteligentna, oczytana, ba – jest erudytką! Ma zdanie na każdy temat i potrafi je błyskotliwie uzasadnić. A co więcej – ma jaja. Nigdy się nie obcyndala. I nie boi się mówić, to co myśli. Bo nie boi się tego co inni pomyślą o niej. I jak ją ocenią. Że ma mózg jak brzytwa, cięty dowcip i brylantowe riposty na każdy temat. A poziomem auto-ironii i zjadliwego kpiarstwa mogłaby napędzać reaktor atomowy.

*   *   *

Kooperacja Martina Scorsese i Fran Lebowitz to nie jest bardzo nowa rzecz. W 2010 roku słynny reżyser nakręcił dokument pt.” Public Speaking”, którego celem było przedstawienie szerszej publiczności “filozofii życiowej” Fran. Niestety go nie widziałam, więc się nie wypowiem. Ale przypuszczam, że powodem, dla którego (w zasadzie swego rodzaju) kontynuacja tamtego dokumentu pod postacią Udawaj, że to miasto powstała jest fakt, że choć przez tę dekadę świat się zmienił znacząco, a nawet sam Nowy Jork się mocno zmienił, a Fran Lebowitz została niby to “taka sama” – to jak by nie patrzeć to dziwne równanie dało wynik taki, że bohaterka Udawaj, że to miasto wciąż i nieodmiennie potrafi ujrzeć rzeczy najistotniejsze w samym ich sednie. Co stanowi zaiste niezwykle zabawny (mnie to rozpucza ze śmiechu) paradoks dla tych wszystkich ludzików, którym się wydaje, że jak ktoś nie „umie w digitale” to pewnie mentalnie zatrzymał się w epoce kredy. I obecnie można by go żywcem zabalsamować i wystawić w muzealnej gablocie niczym archeologiczne wykopalisko. No bo jakże inaczej? Jak może kumać świat, ludzi i lepiej niż świetnie rozumieć o c’mon pani starsza, która: nie ma komputera, nie ma i nie używa telefonu komórkowego (nie wspominając o smartfonie) i nie jest posiadaczką kont w mediach społecznościowych… No jak?

Będę wredna jak ch** – można. O ile się ma mózg. I intelekt, którego się stale używa. I nieustająco ćwiczy. To raz. A dwa – jak się ma w domu bibliotekę składającą się z 10.000 książek. Które się czyta 🙂

 *   *   *

Frances Lebowitz urodziła się w rodzinie żydowskich emigrantów w małym miasteczku w stanie New Jersey. Teoretycznie było z niego do Nowego Jorku mniej więcej tak daleko jak nie przymierzając z Radomia do Warszawy. Ale czasami jest tak, że odległości w świecie nie liczy się w kilometrach tylko w mentalu. I tak też było w przypadku Fran. Od dziecka interesowało ją wyłącznie jedno: czytanie. A jej rodziców wyłącznie co innego: aby znalazła sympatycznego kandydata na męża i wywiązała się z powinności rodzinnej: została żoną oraz matką. Fakt, że Fran nie bardzo interesowała się mężczyznami, bo woli kobiety uciekał z pola widzenia jej rodziców dość długo, jej samej też. Tak czy siak – pokładanych w niej nadziei tzw. porządnej, mieszczańskiej, żydowskiej rodziny spełnić nie miała ani jak, ani co lepsze – zamiaru 🙂 Ważne jest także, że Lebowitz jest tym szczególnym przypadkiem kogoś, kto, choć jak to mawiają „szkół wielu nie skończył”  a mimo to słuchanie jej jest absolutnie frapujące! Bowiem formalną edukację Fran zakończyła na szkole średniej, nie zdając nawet matury. No cóż, jak sama się z tego śmieje – przedmioty ścisłe nie były nigdy jej domeną.

O Nowym Jorku marzyła już jako nastolatka. I trafiła do niego tak szybko, jak tylko się dało, w wieku lat 19-tu, czyli roku pańskim 1969. A były to czasy w Ameryce – dodajmy – wielkich społecznych niepokojów, czasy pełne rewolt kontrkulturowych (druga fala feminizmu) i antysystemowych (wojna w Wietnamie trwała w najlepsze). Oprócz tego, że była oczytana, bystra i wyszczekana – nie umiała nic. A Nowy Jork, ten który “znamy” był wtedy zupełnie innym miastem. Znamienita część dzielnic, które dziś są horrendalnie drogie, zamieszkane przez różne ważne, wpływowe i bogate osoby (np. West Village, czy SoHo) to były wtedy dzielnice o nikłym statusie społecznym. Ale Fran nie tyle zakochała się w Nowym Jorku, co wybrała sobie to miasto na życiowego partnera i postanowiła, że choć trudny, kapryśny, nieprzewidywalny i wymagający – to z nim zostanie. Na zawsze. Przez kilka ładnych lat imała się prac wielu. W tym często fizycznych. Pracowała zarówno jako kelnerka, jak i kierowca taksówki. A znajomość NYC sprzed czasu aplikacji google maps to jest taki wyczyn, o którym nikt w Polsce nie ma pojęcia, choćby dlatego, że jest trzykrotnie większy od Warszawy. O liczbie mieszkańców nie wspominając…

Nie było łatwo, nie było miło, pieniędzy też nie było. Fran żyła na granicy ubóstwa, ale za to żyła jak chciała i miała fun. Po kilku latach, jako osoba bywała tu i tam, stale poszerzająca grono znajomych w świecie artystycznym, a szerzej świecie poza-mieszczańskim trafiła do magazynu “Interview” – legendarnego pisma wydawanego przez Andy’ego Warhola. Nie jest tajemnicą, że nieszczególnie się polubili. Niemniej, to właśnie w tych czasach Fran zaczęła jako młoda kobieta pod trzydziestkę coraz bardziej wsączać się w świat bohemy Nowego Jorku. By w końcu, niejako samoczynnie stać się kimś, kogo z biegiem lat wszystkie ważne osoby, artyści, którzy odnieśli sukcesy w różnych dziedzinach, dziennikarze, wydawcy, przedstawiciele mediów będą znać. I darzyć być może nie zawsze sympatią, ale z pewnością – szacunkiem.

Udawaj, że to miasto to fascynująca opowieść o osobie, która nie przyjechała do Nowego Jorku po to by go podbić, oraz zrobić w nim karierę. To opowieść o kimś, kto przyjechał tam po to by móc być sobą i nie musieć się tłamsić w małomiasteczkowej rzeczywistości. A która z biegiem lat – w zasadzie głównie dzięki temu, że trzymała się tylko jednego – bycia sobą i życia po swojemu – stała się kimś, kto zaczął być emanacją tego, z czym ludzie Nowy Jork utożsamiają obecnie na całym świecie!

Czyż nie jest to samo w sobie fenomenem?!?

*    *   *

Nic dziwnego zatem, że początek lat 80-tych będzie stanowił dla Fran Lebowitz czas najpełniejszy zawodowo i ugruntuje jej pozycję w nowojorskim tyglu jako kogoś, kto nie jest tylko jednym z wielu mieszkańców tej metropolii, ale kogoś, kogo głos w sprawach go dotyczących ma znaczenie. Bo też nie ma bardziej wnikliwego krytyka tego co ludzie, politycy, a przede wszystkim turyści wyczyniają z „jej miastem” nad Fran! Media liczą się z jej zdaniem, już zarabia pisząc felietony do gazet. I jest nie tylko czytana, ale uwielbiana, jako niezrównana humorystka a jednocześnie bezwzględna w szczerych opiniach krytyczka. W 1978 roku wydaje książkę pt. “Metropolitan Life” . W kilka lat później “Social Studies”. Oba te zbiory esejów i felietonów stają się bestsellerami. I tak Fran z osoby znanej i poważanej w artystycznym światku NYC – staje się coraz bardziej znana poza jego granicami. Media zaczynają o niej pisać per “najbardziej dowcipna kobieta Ameryki”. I choć Fran (co nie dziwne) nie znosi trywialności porównań, będą jej nagminnie porównywać (dobrze choć, że z wybitnościami) a to do Oscara Wilde’a, a to do Dorothy Parker. Szybko zacznie zatem być zapraszana do TV. Jej udział w talk- show jednego z najsłynniejszych prezenterów amerykańskiej TV w jej dziejach, czyli Davida Lettermana uczyni z niej postać, która stanie się znana w całej Ameryce. Z Fran – choć ona by nigdy tak o sobie nie powiedziała – staje się powoli gwiazda. I to popkultury. Co jest histerycznie wręcz śmieszne, kiedy pomyśli się jak bardzo popkultury, a zwłaszcza w jej obecnym wydaniu Lebowitz nie znosi. Ba! Dogłębnie nią gardzi!

Udawaj, że to miasto to jedynie siedem niespełna 30-minutowych odcinków. Szybka piłka, można by rzec. Ogląda się je wspaniale. Bo też Fran Lebowitz to postać, tak rzadko już w obecnym świecie występująca „w przyrodzie”, że kiedy otwiera usta aby coś powiedzieć – zamyka nam własne. Słucha się jej z uwagą i podziwem dla tego kim jest i jaka jest. A raczej dlatego, że udało się jej przez całe życie zostać sobą. Ale przede wszystkim jednak z wielką przyjemnością. Martin Scorsese – obiektywnie znacznie bardziej od niej sławny i znany – skonfrontowany z nią na scenie jako jej “interlokutor” wypada przy niej blado. Jak nieco nijaki “starszy kolega z branży”, zważywszy, że oboje zajmują się poniekąd branżą zwaną “rozrywka”. Bo na (trudno to nazwać stand-up’em – gdyż Lebowitz głównie siedzi na krześle) zabiletowane występy Fran dla publiczności, które ma zakontraktowane głównie w małych salach kinowych w NYC oraz innych miastach w USA wciąż przychodzą ludzie by po prostu jej posłuchać, a nawet więcej, musząc się liczyć z tym, że mogą być przedmiotem jej jadowitych często kpin…

Przez sześć lat grała postać Sędzi w kultowym serialu “Prawo i porządek” tak dobrze, że w “Wilku z Wall Street” Scorsese dał jej mini rólkę – także – Sędzi. Po obejrzeniu Udawaj, że to miasto dotarło do mnie to, czemu Scorsese jest Fran Lebowitz tak bardzo zafascynowany i za co ją uwielbia. Bo jest kimś, kto dla reżysera jego formatu musi stanowić swego rodzaju fenomen sceniczny, których filmowcy szukają zawsze. Jest postacią i tematem w jednym. Jest bytem absolutnym. Któremu nie trzeba ani wybitnego scenariusza, ani napisanych błyskotliwych dialogów, ani scenografii i kostiumów. Ba, nawet specjalnego oświetlenia i kamerowania. Fran Lebowitz ma światło w sobie. Jest ogniskową i soczewką w jednym. Nie ma w niej nic pysznego. A raczej duma z tego, że przez całe życie udało się jej nie sprzeniewierzyć ani swoim marzeniom, ani sobie samej. Udało się jej zostać wolnym człowiekiem. Wolnym od stereotypów, od trendów, od mód. Od powielania i kopiowania. Od aspirowania. I pogoni za innymi. Jest jedynie sobą. Tym kim chce być. Czyż – zwłaszcza w dzisiejszych czasach – jest coś bardziej imponującego?

Nie dziwi mnie zatem wcale, że nowojorczycy uznają ja za kogoś, kto stanowi personalny symbol ich miasta. W końcu to w nim, u ujścia rzeki Hudson, na wyspie Liberty Island stoi posąg, zwany Statua Wolności wzniesiony w latach 1884-1886. I od jego powstania stanowi symbol, który dla każdego przybywającego do NYC od zarania dziejów tej metropolii był zawsze o tym samym: wolności wyboru, wolności do samostanowienia, zespolenia marzeń z możliwością realizacji dla tego kim się jest lub być się chce…

You may also like

ASYSTENTKA
PROCES SIÓDEMKI Z CHICAGO
OBRAZ POŻĄDANIA
JEDZ. MAŁA KSIĘGA SZYBKICH DAŃ

Skomentuj