25
sie
2015
252

VALENTINA LISITSA PLAYS PHILIP GLASS

Zacznę od osobistego wyznania, które dotyczy muzyki. A które jest o tyle trudne, że – muzyka – jako sztuka – w moim pojęciu jest najmniej definiowalna. Oczywiście, czytuję czasami recenzje muzyczne. Są osoby, z których opinią się w tej materii liczę. I są tacy, którzy o muzyce piszą wspaniale. Niemniej – w mojej opinii – “in the end of the day” – na niewiele się to zdaje. O ile, w przypadku wizualnych dziedzin sztuki, a nawet w obrębie słowa pisanego – opinia autorytetów jest w stanie mnie otworzyć na nowe, przekonać do innej niż moja osobista interpretacji, pozwala niekiedy zobaczyć sprawy w odmiennym świetle, czy kontekście – tak w przypadku muzyki się to kompletnie u mnie nie sprawdza. Bowiem – w muzyce się zakochuję, albo nie. I jeśli się nie zakocham od praktycznie pierwszych dźwięków – nie będę chciała słuchać dalej.

Muzyka przemawia językiem, który de facto jest z rejestrów nienazywalnych. Ubieranie jej w definicje ma nikłą wartość. Bo jest głównie tym, czym jest dla duszy słuchacza. A jej bezgraniczna moc polega na tym, że w każdym z nas potrafi wywołać całkiem odmienne stany emocjonalne, wspomnienia, obrazy.

Swego czasu (a było to we wczesnych latach 90tych zeszłego stulecia) namiętnie kupowałam płyty z muzyką filmową. Nie mogę powiedzieć, że jestem posiadaczką kolekcji, bo bardziej przypomina ona mini – kolekcyjkę, niemniej kilkadziesiąt płyt CD to jest już coś 😉

Zawsze fascynowało mnie w przypadku muzyki filmowej, że jej wybitność potrafi pozostawać bez związku z obrazem, w którym występowała. Genialne ścieżki dźwiękowe towarzyszące genialnym filmom (tak jak to ma miejsce w przypadku Łowcy androidów) są rzadkie. Znacznie częściej jest tak – że świetne filmy – których jednak nikt arcydziełami by nie nazwał – mają arcygenialną muzykę, która doskonale broni się sama  – poza nimi. Często, zresztą w moim odczuciu, obrazy te czyni doskonalszymi. Gdyby je pozbawić wybitnej oprawy muzycznej, wiele by straciły.

Dla mnie na przykład kultowy Drive bez muzyki Cliffa Martineza nie wiem czym by był i w sumie nie ma sensu się nad tym zastanawiać…

Tak samo jak nad pytaniem, co by było gdyby Fortepian Jane Campion nie miał ścieżki dźwiękowej Michela Nymana, Ostatnie kuszenie Chrystusa Martina Scorsese kompozycji Petera Gabriela, a Wielki Błękit Luca Bessona miał się obyć bez Erica Serry.

Wymieniam jedynie kilka przykładów muzyki skomponowanej na potrzeby filmu, która bez obrazów towarzyszy mi od lat. I jest źródłem nieskończonej gamy olśnień i inspiracji.

Jakoś niedawno stało się tak, że po latach przerwy – wróciłam do słuchania stacji RMF Classic. Nie wiem czemu ją kiedyś porzuciłam, ale wiem dlaczego do niej wróciłam. Bo zaczęłam doceniać na powrót klasykę. Najprostsza – ale i najbardziej uczciwa odpowiedź. I ta stacja radiowa towarzyszy mi we wszystkie poranki, a czasami wieczory. Któregoś dnia, niedawno temu – nagle stanęłam jak wryta na środku przedpokoju. Z głośników w pokoju, z którego właśnie wyszłam do kuchni zrobić sobie coś do picia, popłynęły dźwięki, które wiedziałam, że znam, ale nie mogłam sobie przypomnieć z czego. A zaraz potem z moich oczu zaczęły kapać łzy. Kapały niestrudzenie, zupełnie nie przejmując się moją osobą, bo w całości należały do muzyki, która je wywołała. Ja byłam jedynie ich zakładniczką.

Kiedy utwór wybrzmiał – pani z radyjka powiedziała, że pochodził z płyty VALENTINA LISITSA PLAYS PHILIP GLASS (Decca, 2015).

Nigdy nie słyszałam wcześniej jej nazwiska i nic nie wiedziałam o ukraińskiej pianistce, która od 1991 roku mieszka w USA. A jest to pianistka FENOMENALNA!

Natomiast znałam dobrze nazwisko Philipa Glassa – jednego z moich ulubionych kompozytorów muzyki filmowej. I właśnie Glass jest tego rodzaju twórcą, którego utwory – moim zdaniem są dziełami sztuki istniejącymi poza obrazem genialnie.

Uważany za jednego z najważniejszych twórców muzyki XX wieku, amerykański kompozytor, założyciel formacji Philip Glass Ensemble jest autorem muzyki na potrzeby wielu filmów. Trzykrotnie nominowany do Oscara, nigdy go nie dostał. Pozwolę sobie tej aberracji nie komentować.

philip-glass

Najbardziej kojarzony z trylogią: Koyaanisqatsi, Powaqqattsi, Naqoyqatsi. A także z Kundun Życie Dalaj Lamy, Truman Show i Godziny. Jego ostatnia filmowa muzyka to ścieżka dźwiękowa do obsypanego deszczem nagród Lewiatana Andrieja Zwiagincewa.

Philip Glass – uznawany za przedstawiciela nurtu zwanego minimalistycznym – jest dla mnie kimś niezwykle ważnym. Każdy obraz, w którym istnieje jego muzyka dostaje dzięki niej kolejny wymiar. Dla mnie to geniusz.

Ten tekst zbliża się do puenty. Nie jestem w stanie bez trywialnej banalizacji (a narzędzi recenzentów muzycznych wraz z przynależnym mu fachowym słownictwem nie posiadam) opisać piękna dwupłytowego albumu Valentina Lisitsa plays Philip Glass.

Powiem tylko tyle: udałam się z tą płytą w jedną z najwspanialszych muzycznych podróży, jaka zdarzyła mi się w ciągu kilku ostatnich lat. Całą przeszlochałam.

You may also like

Partnerstwo przede wszystkim! – czyli o marce JOHN & MARY
FERRARI
OPPENHEIMER
JANE BIRKIN – HISTORIA IKONY…

Skomentuj