25
Lip
2021
5

WESELNY TOAST

WESELNY TOAST (Le discours), Reż. & Scen. Laurent Tirard, Wyk. Benjamin Lavernhe, Sara Giraudeau, Kyan Khojandi, Guilaine Londez, Francja, 2020

Już w tytule tej prześwietnej francuskiej komedii jaką jest WESELNY TOAST pobrzmiewa to wszystko, co potencjalnie może w sobie zawierać ten dość specyficzny rodzaj „przemowy”. Dla wygłaszającego – to stres. Dla nowożeńców – niespodzianka, ale podszyta jednak lękiem o to czy będzie taka, jak by sobie życzyli. A dla gości wesela – najczęściej zabawa cudzym kosztem. Jak by nie patrzeć – w kinie obyczajowym cudowny materiał (tragi)komiczny… Francuzi w ten rodzaj kina umieją, oj umieją! Zatem polecam Wam Weselny Toast z czystym sumieniem, ślubując, że związku biletowego z tym filmem żałować nie będziecie 🙂

Na początek garść “banałów”. Kocham francuskie kino za całokształt. Ale niektórych twórców bardziej 🙂 Porzucając na chwilę ton komediowy – doprecyzuje – nie jest trudnością dla kinofila piać z zachwytu nad wielkimi obrazami. I nazwiskami reżyserów czy szerzej – artystów znad Sekwany, które są powszechnie podziwiane i uwielbiane. To banał.

Weselny Toast należy zaś do tego rodzaju filmów, za które Francuzów cenię sobie szczególnie, bo robią je więcej niż świetnie, a co warte podkreślenia – choć są to obrazy autorskie to jednak de facto “mainstreamowe”. Kina mainstrimowego robi się dziś “po kokardę”. Tym bardziej, że znamienita większość tytułów trafia od razu na platformy streamingowe (lub jest przez nie produkowana po prostu). Problem z nimi (mam jednak) taki, że nie bardzo mogę je oglądać. Najczęściej są wtórne, głupie jak but, niczego nie wnoszą w moje życie. A jedyne, czym (ewentualnie) mogą się pochwalić to (czasami) gwiazdorską obsadą. Osobiście “gwiazdy” występujące w tego typu produkcjach w mych oczach blakną. Ale, jak tam kto lubi…

Wracając do filmu Weselny Toast – jest to obraz z gatunku komedia. A gatunek ten należy zdecydowanie do najtrudniejszych w fachu reżyserskim i aktorskim (o scenopisarskim nie wspominając), o czym wie każdy znawca sztuki filmowej (hehe). W tym przypadku mamy do czynienia z daniem przygotowanym przez zawodowca co się zowie. Za reżyserię oraz scenariusz Weselnego Toastu odpowiada Laurent Tirard. Fachura pełną gębą. Jego biografia artystyczna jest bardzo ciekawa i nietuzinkowa (a jak na reżysera francuskiego to już bardziej niż bardzo). Tirard ma obecnie sporo po 50-tce. I w swoim CV posiada również “epizod amerykański”. Tam bowiem w NYC studiował w słynnej szkole filmowej (tej samej, do której uczęszczał Steven Spielberg), by niedługo potem zostać zatrudnionym przez legendarną wytwórnię Warner Bros jako “analityk scenariuszy” (hihi). Nie wiadomo (publicznie) co mu się tam, w tych Stanach jednak nie podobało na tyle, aby w nich zostać na stałe, ale wrócił do Francji i został dziennikarzem. Szlify zdobywał w prestiżowym magazynie “Studio”. Minęło kilka lat, podczas których Tirard poznał największych twórców francuskiej kinematografii, a to dzięki wywiadom, które (bardzo udanie) z nimi przeprowadzał. To z kolei zaprowadziło go do wydania książki, w ktorej zostały opublikowane. Making the long story short: bycie dziennikarzem go jednak nie do końca satysfakcjonowało. Zatem, porzuciwszy tę robotę pod koniec lat 90-tych Tirard powolutku zaczął realizować się jako twórca filmowy. Poprawiał cudze scenariusze, potem zaczął pisać swoje, potem realizować krótkie metraże. Aż finalnie stał się filmowcem przez duże F. Brawo ten Pan!

Krytykę i widzów mocno ukontentował do tej pory co najmniej kilka razy. “Zakochanym Molierem” z 2007 roku, w doborowej obsadzie (główną rolę zagrał Romain Duris), w 2009 ekranizacją “Mikołajka” – absolutnie kultowej i uwielbianej jak świat długi i szeroki (przeze mnie też) klasyki prozy dziecięcej René Goscinnego z wybitną kreską  Jean-Jacques’a Sempego. A w 2016 “Facetem na miarę”. Nie omieszkam też wspomnieć o tym, że Tirard wyreżyserował dwa odcinki jednego z moich ulubionych seriali komediowych i gigantycznego przeboju TV zarazem, pt. “Gdzie jest mój agent?”.

*   *   *

Weselny Toast ujmuje wszystkim, w głównej mierze jednak świetnie obmyśloną i nietuzinkową konwencją narracyjną, która mocno czerpie ze świata “stand-up’u” jako osobnej i niezwykle popularnej formy rozrywki. Charakteryzuje się ona tym, że jest nie tylko zabawna. Artysta Stand-uper to ktoś, kto używa własnych doświadczeń, emocji i odczuć jako narzędzia do tego, by niczym w lustrze widzowie mogli zobaczyć także samych siebie…

Czujecie już o co chodzi? 🙂

To wielka zaleta tego filmu. Bo główny bohater – prześwietnie obsadzony – Benjamin Lavernhe (aktor legendarnego teatru Comédie-Française) jest zwyczajnym gościem. Francuzikiem z pozoru banalnym i nijakim, za którym prawdopodobnie nikt by się na ulicy z zachwytem nie oglądał. I o to właśnie chodzi! Jego życiowe i związkowe perypetie stają się nam bliskie właśnie dlatego, że uwiarygadniane są przez kogoś, kto jest “jednym z nas”. Bo my – ludzie – choć tak różni, jesteśmy pod pewnymi względami bardzo do siebie podobni. Mamy swoje, najczęściej nieidealne rodziny, nie spektakularne prace, zwykłe życia, niewyszukane stroje i mieszkania. Jak też swoje fiksacje, lęki, obawy, obsesje, etc. A przede wszystkim większości z nas zdarza się cierpieć z powodu zawodu miłosnego. I cierpienie to (wiem, że niektórzy nie lubią jak się im to przypomina, ale taka jest prawda) jest w pewnym sensie bardzo uniwersalne dla naszego gatunku i podobnie doświadczane, wraz z jego kolejnymi “fazami” (choć nam samym się zawsze zdaje, że nasze jest unikalne, jedyne i niepowtarzalne)…

*   *   *

Adrien, na oko facet koło 30tki (świetny Benjamin Lavernhe), kiedy go poznajemy – właśnie zasiadł do kolacji ze swoją zwykłą, mieszczańską, francuską rodziną. Jest mama, tato oraz siostra i jej chłopak. Tym razem jednak Adrien uczestniczy w niecierpianym przez siebie rytuale w specyficznym momencie życia. Niedawno rzuciła go dziewczyna (w tej roli Sara Giraudeau). Czy miała ku temu powody, jakie one były i jak do tego doszło dowiadywać się będziemy z retrospektywnych scen przedstawianych nam w sposób tak urokliwy i liryczny, jak i zabawny, czasami jednak z nutą gorczyczki lub wręcz z jawną kpiną. Ale przede wszystkim jednak z czułością i sympatią dla bohatera, który choć nieidealny, pełen przywar i słabości charakteru – jest (jak to z ludźmi najczęściej bywa) kimś, kogo da się lubić, kto budzi sympatie, bo jest tzw. porządnym gościem. To czego mu brak – to pewnej dojrzałości emocjonalnej. I porzucenia życzeniowego nastawienia do życia, a zastąpienia go postawą bardziej refleksyjną, świadomą, konfrontującą go z tym, od czego do tej pory neurotycznie zazwyczaj uciekał…

Traf chce, że pomiędzy obsesyjnym sprawdzaniem telefonu komórkowego pod stołem, żeby zobaczyć czy była dała jakiś “znak życia”, uwagami jego matki na temat kolejnych dań wjeżdżających na stół, złośliwymi przekomarzaniami z siostrą, pogwarkami z jej partnerem i całkowicie nie interesującą go konwersacją familii Adrien dowiaduje się, że jego starsza siostra Sophie (Julia Piaton) oraz jej partner Ludo (Kyan Khojandi) wkrótce biorą ślub. Co więcej proszą go o to, by na ich weselu wygłosił przemowę (czyli tytułowy weselny toast). To zaś w Adrienie budzi panikę, bo jego przeżywane w tajemnicy przed rodziną emocje, skojarzenia i myśli, zupełnie się do tej okazji nie nadają. No bo jak niby? On, facet ze złamanym sercem, miałby na weselu siostry brylować miłą, fajną i zabawną przemową na temat, o którym obecnie ma tyle do powiedzenia, że to jedna wielka porażka, ta cała romantyczna i wzniosła koncepcja “miłości na całe życie”? (hehe)…

*   *   *

Clue komedii Weselny Toast zasadza się właśnie na tym, że ściera ze sobą dwie skrajności. I robi to w sposób fantastycznie udany! Przede wszystkim dzięki doskonałym dialogom. Jest w tym obrazie zarówno umiejętność wnikliwej analizy ludzkich zachowań i postaw, pewnych uniwersalnych prawideł psychologicznych rządzących naszym życiem emocjonalnym, jak i doskonały komediowy sznyt. To, że Tirard wie jak ludzi bawić i jak rozgrywać rzeczy poważne na zabawnie, a zabawne przedstawiać tak żeby jednak dawały pole do refleksji – budzi mój szacunek!

Bo, będąc to niby “banalną komedią, jakich wiele” jest jednak Weselny Toast przede wszystkim świetnym kinem, warsztatowo dopieszczonym, przemyślanym i inteligentnym (co jak wiecie jest dla mnie bardzo ważne). W lekki, ale nie głupi sposób stawia nas przed pytaniami (używając do tego swego bohatera Adriena) nie tylko o to, czym jest miłość, na czym się zasadza jej sedno wobec wybranych osób, czy ma sens wiązanie się z kimś na zawsze, ale przede wszystkim punktuje to, co jest w tym wszystkim najistotniejsze. Nikt nie jest bez wad. A kocha się innych nie dlatego, że są idealni i cudowni, tylko dlatego, że czynią nasze życie bardziej pełnym. No ale to można dopiero wtedy zrozumieć, kiedy jednak poczyni się pełne wysiłki i starania o to, by być ze sobą i bliskimi szczerym, nie zgubić z oczu tego, co stanowi sens naszego joie de vivre. Bo o miłość, uczucia, związki, bliskość i relacje  – trzeba umieć przede wszystkim dbać. I żadne hihi haha anegdotki wplecione w “toasty weselne” ku uciesze zgromadzonych gości tego faktu nie zmienią…

A potem można żyć długo i szczęśliwie 🙂

 

*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu WESELNY TOAST na rynku polskim: Gutek Film

You may also like

DNA
NAJLEPSZE LATA
Przegląd Nowego Kina Francuskiego – edycja 12.
MINARI

Skomentuj