4
lip
2016
76

WIELKI BŁĘKIT

WIELKI BŁĘKIT (Le grand bleu). Reżyseria & Scenariusz: Luc Besson, Wyk. Jean Marc – Barr, Jean Reno, Rosanna Arquette, Francja / USA/ Włochy, 1988

Wakacjami. Latem. Słońcem. Kulturą śródziemnomorską, joie de vivre, fantazjami o realizacji idei życia wedle zasad, które wyznaczamy sobie sami. Wielką przygodą. Kwintesencją doświadczania i przeżywania wolności, dotykania nienazywalnych emocji. Doświadczaniem. Doznawaniem. Czymś, co niesie i jest prawdziwe, własne, namiętnie pasjonackie. A – w skrócie – wielką ucieczką od zwykłości życia codziennego. Tym właśnie był dla mnie oraz znamienitej większości mojego pokolenia WIELKI BŁĘKIT. Zakochaliśmy się w nim, od pierwszych kadrów.

 

poster-531_The_big_blue

Obraz – dla mojego pokolenia absolutnie kultowy! Który ze znajomymi wypożyczaliśmy sobie, czasami na bardzo nędznych kopiach VHS (o tak, tak!)  i oglądaliśmy zbiorowo po domach. W pełnym przeświadczeniu, że oto Luc Besson dał nam coś, czego my dzieci PRL’u domagaliśmy się nie tylko w kinie, ale … co tu dużo gadać – także w życiu! Wielki Błękit widziałam (jak i większość moich bliskich znajomych z tamtych lat) jakieś dziesięć razy! Dziś rzecz – nie do uwierzenia.

Bo był dla nas metaforą czegoś bardzo istotnego. Istotniejszego niż jego treść. Symbolizował zarówno wolność, jak i ogrom i piękno świata, który chcieliśmy eksplorować. W końcu móc to robić. Doświadczać wyswobodzenia z dotychczasowych, ciasnych ram. Nie mając – rzecz jasna – wtedy – najmniejszego pojęcia o tym, że opowiada o ramach – tylko innego rodzaju.

Wielki Błękit – trzeci – wyreżyserowany przez Luca Bessona film długometrażowy (nota bene pomyślany jako próba „ataku” na amerykański rynek filmowy) wraz z „Nikitą” oraz „Leonem Zawodowcem” – ten swego rodzaju „tryptyk”, stworzony na przestrzeni jedynie sześciu lat – złożył się na pokoleniową percepcję gigantycznych możliwości artystycznych reżysera. I uczynił go na długie lata – kultowym twórcą  kinematografii lat 90-tych zeszłego stulecia! To, co robił – było nie tylko świeże, z turbo realizacyjnym kopem, emocjonalnie poruszające – ale przede wszystkim narracyjnie – nowatorskie. Besson miał swoje pokoleniowe „15 minut” na temat tego, co każdego z nas jarało. Uderzał w nasze fantazje. Tak osobiste, jak się okazało – jak i zbiorowe.

Choć – co zawsze mnie w takich przypadkach fascynuje – uznanych krytyków filmowych Wielki Błękit – mierził. Pastwili się nad nim z lubością.

ss11-TheBigBlue3

 

Wielki Błękit – trzeba to przyznać – w swoim czasie – był sztosem wizualnym. Wydawał się też i takim w warstwie narracyjnej. Z dzisiejszej perspektywy na to patrząc – ocena ta jest nieco na wyrost. Ale jednak, byłabym okrutnie niesprawiedliwa, gdybym Bessonowi odmówiła ponadprzeciętnych umiejętności nadania formy –  opowiadanej treści. Jego film był wtedy jednym z pierwszych, w którym fabuła została osadzona w olśniewającym anturażu rodem z dokumentów przyrodniczo-podróżniczych. To po pierwsze. A po drugie – choć dość powierzchownie i w konwencji przypominającej bardziej clip MTV – ilustrowany genialną muzyką Erica Serra (jeden z moich ukochanych soundtrack’ów – ever!) oraz fantastycznymi, podwodnymi zdjęciami Carla Variniego – niż robi to kino przez duże K  – dotyka kwestii bardzo uniwersalnych, pewnych prawd o ludzkiej kondycji i złożoności naszej natury. Estetyka, jaką z premedytacją posługiwał się w tym obrazie – można by rzec – wręcz cynicznie – Besson, a znamienna dla kina późnych lat 80-tych i 90-tych zeszłego stulecia, wzięta żywcem z teledysków, reklam, zachłyśnięcia się technologicznymi możliwościami, które pozwalały epatować cudownymi obrazami, szybkim montażem, specyficznym kadrowaniem  – służyła też w tym filmie  czemuś większemu. A tym czymś jest – co trzeba przyznać – reżyser wykorzystał fantastycznie – doskonała próba pokazania pewnego świata – świata męskich fantazji i obsesji. Wielki Błękit to opowieść tak o pewnych typach realizacji męskości, jak i o męskiej rywalizacji. A także (cały Besson!) o roli kobiety w świecie męskim.

Wielki Błękit to historia, zainspirowana postacią rekordzisty świata w tzw. “free – divingu” Jacquesa Mayola, zwanego “człowiekiem – delfinem”  (Jean-Marc Barr), który jeśli idzie o życie społeczne – jest „samotnym wilkiem”. Tyle, że podwodnym. To więcej niż pasja. To coś, czego nikt, kto tego nie robi – nie jest w stanie zrozumieć. Besson ubrał napisaną przez siebie historię w cudowne kadry i nadający jego obrazowi lekkości – humor. Ale kwestie, które porusza są uniwersalne, psychologicznie nośne, więcej niż wiarygodne i bardzo mało zabawne. To te, które są z rejestrów nienazywalnych, i nieopowiadalnych.

ss11-TheBigBlue1

Dlaczego człowiek uprawia sporty ekstremalne? Czemu robi rzeczy, które permanentnie narażają jego życie? Czemu chce swoją śmiertelność pokonać, udawadniając, że go nie dotyczy? Czemu oddaje się we władanie czemuś, co go od świata „realnego” i „zwykłości” oddala? A finalnie – czemu – nie potrafi budować trwałych relacji z drugim człowiekiem?

W Wielkim Błękicie Besson – kwestie te zasadził na męskim i obsesyjnym punkcie widzenia. W którym męskość jest definiowana jako „heroizm”, czy też swego rodzaju zdolność do czynów niebywałych. Herosem (zgodnie z mitologicznym tropem) w jego opowieści jest ten, kto może więcej, bardziej, ba! – doskonale. Kto wzbija się ponad to, co do pojęcia możliwe. Pokonuje nie tylko rywali. Pokonuje niepokonane – stając się tym samym – legendą. W obrazie Bessona, dostajemy ten mit pod postacią rywalizacji Mayola z kumplem  – jeszcze z dzieciństwa – o imieniu Enzo (świetny Jean Reno), o to, który zejdzie pod wodę niżej – bez aparatury oddechowej. To nie jest de facto „gra” o to, kto jest lepszy, ani kto pobije rekord świata. To „gra” w bycie bardziej nieśmiertelnym. Nad – ludzkim – można by rzec. Świat, który maluje reżyser to świat pewnej, specyficznej idei męskości – z wyraźną i grubą linią oddzielającą przestrzeń pomiędzy tym, co męskie, a co kobiece. W tym świecie – kobiety – jako postaci z „zewnątrz” czy też z „innego świata” – grają bardzo specyficzną rolę. O ile w ogóle. I ten wątek Wielki błękit maluje wyjątkowo dobrze.

Enzo to typowo włoski „macho” –  głośny, efekciarski, frywolny i flirciarski. A w sumie – „synek swojej mamusi”. Realizacja jego męskości biegnie zatem całkiem innymi torami, niż w przypadku Jacquesa.

Jacques zaś, to mężczyzna –mroczna tajemnica. Do której klucz – wydarzenie z czasów dzieciństwa – jak sugeruje reżyser – stanowi figura ojca.

W rozgrywkę ambicji i rywalizację o palmę pierwszeństwa w schodzeniu pod wodę i bicie rekordu świata pomiędzy głównymi bohaterami – nagle „wbija się” Johana (Rosanna Arquette), agentka ubezpieczeniowa z Nowego Jorku. Która Jacquesa Mayola poznaje przez przypadek, w Peru, gdzie ten przebywa w ośrodku naukowo – badawczym. I popada w miłosną obsesję na jego tle…Udaje się zatem z nim (a raczej za nim) do Europy. Jacques wydaje się jakoś wobec tego rezonować. Ale … właśnie „jakoś”. Czyli niepełnie. W wiecznym wahaniu. Jest rozdarty pomiędzy tym, czego doświadcza z kobietą, która daje mu coś, czego jednak nurkowanie mu nie daje, a tym, czego ona mu dostarczyć w stanie nie jest i nigdy nie będzie…

W tym miejscu dygresja – część zdjęć do Wielkiego Błękitu kręcona była na bajecznej wyspie Amorgos, z archipelagu Cyklad na Morzu Egejskim. Popłynęłam tam promem w roku 1998 (sic!) czyli dekadę po powstaniu tego obrazu. Możecie mi wierzyć, lub nie. Ale wciąż, po tak długim czasie  – przybywali tam turyści z całego świata uwiedzeni przez obraz Bessona! I istniała tam wtedy knajpa, która od 10 lat żyła z ich karmienia, nie że lepiej niż gdzie indziej. Lepiej – bo puszczali tam na rzutniku trzy razy w tygodniu wieczorami ten film! 

Wielki Błękit – teraz, gdy go wspominam, po tylu latach – nad którym ja oraz moje kumpele wylałyśmy morze łez, w czasach, w których nic nie rozumiałyśmy z kwestii damsko – męskich – opowiedział nam kawał czegoś bardzo istotnego. Bessonowi udało się zawrzeć prawdę, pewną uniwersalną prawdę, zarówno o mężczyznach, kobietach, jak i tym, o czym jego obraz (choć mimochodem) traktuje – o dramatycznej niemożności związkowej z kimś, kto fantazmatycznie goni i owija się wokół tego, czego znaleźć nie sposób, ale czego rozpaczliwie, desperacko – szuka.

Tak, Wielki Błękit – to tyleż uproszczenie, co metafora. Jest w tym obrazie jakaś wielka życiowa prawda – o tym, że dla naszego gatunku – fascynujący świat (tak pasjonacko jak i ludzko)  – to „gonienie króliczka”. Gonienie siebie samego w kimś lub czymś innym. Gonienie za niemożliwym. Ucieczka w świat, który wydaje się najwspanialszą odskocznią od tego, co nuży i co można przewidzieć i kontrolować. Gdzie zawsze można próbować sięgnąć poza punkt „ostateczny”. Stale mieć coś do zdobycia. Gdzie to „coś”, co się goni jest nieznane, nieprzewidywalne, de facto –  niedostępne… Nigdy nasze. I nigdy „na zawsze”.

The_Big_blue_Barr+Arquette

 

Porywanie się na niemożliwe, swego rodzaju ciągle ponawiana próba transgresji – jest odwiecznie przypisywane „męskości”. Wzorzec kulturowy, w jakim wychowało się moje pokolenie – to niestety ten, w którym fascynujący facet to był właśnie taki ktoś: heros, o którego „posiadaniu” się marzyło – dlatego, że nie można go było mieć. Bo przecież nie da się być w satysfakcjonującym związku z mężczyzną  emocjonalnie niedostępnym, z kimś, kogo realnie – nie ma. Stanowi zagadkę, tajemnicę, znikający punkt…

Dlatego dziś wiem – że my wszystkie – kobiety z pokolenia Wielkiego Błękitu – chlipałyśmy histerycznie do tego filmu dlatego właśnie. Bo właśnie to nam pokazywał. Choć wtedy nie miałyśmy o tym bladego pojęcia.

 

You may also like

C’MON C’MON
(NIE)DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE
NIE PATRZ W GÓRĘ
OSLO