WYSOKIE I NISKIE TONY
WYSOKIE I NISKIE TONY (En fanfare) Reż. Emmanuel Courcol, Scen. Emmanuel Courcol, Irène Muscari, Khaled Amara, Obsada: Benjamin Lavernhe, Pierre Lottin, Sarah Suco, Jacques Bonnaffé, Anne Loiret, Yvon Martin, Francja, 2024
WYSOKIE I NISKIE TONY to film z gatunku „feel good movie”, których wszyscy raz po raz potrzebujemy, tak jak kubka kakao i puchatego kocyka w gorszy dzień. Komediodramat Wysokie i niskie tony wzrusza do łez, a przede wszystkim przypomina, że choć czasami życie brzmi niczym zgrzytliwa kakofonia, w tonach zdecydowanie niskich – najpiękniejsza muzyka dla naszych uszu to ta, którą dyktuje serce i która z serca płynie!
Tytułem wstępu:
Wysokie i niskie tony chciałam obejrzeć z kilku powodów. Po pierwsze – dla doskonałej obsady. Kreujący postać głównego bohatera Benjamin Lavernhe (związany na stałe z Comédie-Française) to jeden z najlepszych aktorów młodego pokolenia. A po drugie – mam słabość do kina francuskiego, zwłaszcza tego, które kochają francuscy widzowie. Głęboko wierzę w to, że akurat Francuzi mają wyjątkowo dobry smak jeśli chodzi o jakość wytworów kultury masowej – zaszyty w swoim narodowym DNA… I tak właśnie jest z tym obrazem. Wysokie i niskie tony obejrzało we Francji prawie 3 miliony widzów, a na MFF w San Sebastian – film w reżyserii Emmanuel’a Courcol’a (znanego z wcześniej bardzo dobrze przyjętych „Komediantów Debiutantów”) zdobył nagrodę publiczności. Dla mnie to zawsze najistotniejsza rekomendacja.
* * *
Fabuła Wysokich i niskich tonów zawiązuje się w momencie, gdy Thibaut – dyrygent orkiestry symfonicznej o międzynarodowej sławie (w tej roli świetny Benjamin Lavernhe) dowiaduje się, że jest chory na białaczkę i pilnie potrzebuje dawcy szpiku kostnego. Największe szanse na to by przeszczep się przyjął daje mu zgoda bliskiego krewnego, z którym dzieli materiał genetyczny. Thibaut wychowany w zamożnej rodzinie z klasy średniej, od lat odnoszący sukcesy zawodowe i mieszkający na stałe w Paryżu – ma młodszą siostrę, więc to do niej jako pierwszej zgłasza się ze swoim zmartwieniem. Jednak jak wynika z badań – jej szpik nie jest zgodny z jego DNA… I tak po nitce do kłębka bohater odkrywa, że ma brata o imieniu Jimmy (bardzo dobry Pierre Lottin), z którym rozdzielono go w dzieciństwie, a który mieszka na północy Francji i zajmuje się pasjonacko muzyką w sposób skromny, z dala od wielkich scen i wysublimowanej publiczności…
Obiektywnie rzecz ujmując – to jak super sprawnie zrealizowane są Wysokie i niskie tony zasługuje na podziw i brawa. Gdybym bowiem chciała się koniecznie przyczepiać – powiedziałabym, że Emmanuel Courcol zrealizował kino, które jest oparte na sprawdzonym wielokroć, niemalże szkolnym modelu kina gatunkowego (bohaterowie, których da się lubić, obfitość dobrych intencji, wiara w człowieka; krytyka nierówności społecznych i klasowych; komedia pomyłek, szczypta rodzących się uczuć i zwycięstwo idei braterstwa i zespołowego wysiłku na rzecz większej i wspólnej sprawy).
Komediowo-dramatyczna formuła oparta na relacji między biednym a bogatym bohaterem przyniosła już wcześniej ogromny sukces filmowi Nietykalni (2011) w reżyserii Toledano i Nakache’a. Zatem historia dwóch braci rozdzielonych przy narodzinach, skazanych na dorastanie w skrajnie różnych środowiskach społecznych – skromnego proletariusza i dziecka elity – nie jest nowa.
A z kolei północ Francji, w jej kinematografii – od czasu „Jeszcze dalej niż Północ” (2008) Dany’ego Boona, wciąż uosabia symbol „prawdziwej Francji” – tej gdzie żyje klasa robotnicza, której reprezentanci to ludzi życzliwi i serdeczni przeciwstawiani nowoczesnemu cynizmowi elit zamieszkujących miasto świateł. Również tutaj film opiera się na sprawdzonych receptach. Jednakże w przypadku Wysokich i niskich tonów argumenty te są jedynie retoryką z cyklu: obiektywnie tak właśnie jest… bo kino, które chwyta za serce i powoduje, że seans filmowy jest ogromną przyjemnością – nie rządzi się tego typu zasadami! W przypadku Wysokich i niskich tonów – nie ma to żadnego znaczenia – właśnie dlatego, że film ten ogląda się bajecznie dobrze, a sprawność realizacyjna i doskonała gra aktorów sprawia, że jesteśmy nim autentycznie poruszeni i wzruszeni. A jesteśmy – także dlatego, że choć kanwa scenariusza do tego obrazu – co do zasady – nie jest niczym nowym, to już pomysł na jego poprowadzenie a i owszem. Głównie dzięki temu, że muzyka – jako taka – w gra w nim pierwsze skrzypce!
Wiemy to wszyscy (niejako podświadomie), że muzyka to język, który nie zna barier – ani społecznych, ani terytorialnych, ani finansowych. To język, który rozumie każdy i światło dla duszy każdego. I ten fakt Emmanuel Courcol w swoim najnowszym obrazie rozgrywa doskonale dobrze. Podziały na klasę i kulturę „wysoką” i „niską” – a muzyki na „elitarną” i „dla pospólstwa” to pięknie zaszyta metafora podziału świata w jakim żyją Thibaut i Jimmy. Braci dzieli niemal wszystko – poza więzami krwi i miłością do muzyki. Jak się okaże bowiem Jimmy, skromny pracownik stołówki w jednym z podupadających zakładów pracy „na zadupiu” Francji gra na puzonie w lokalnej orkiestrze marszowej. Spotkanie Jimmy’ego z Thibaut będzie więc dla każdego z nich nie tylko wyzwaniem, nacechowanym dużym napięciem, ale wzbudzi w każdym z braci szereg niełatwych pytań natury osobistej i konieczność skonfrontowania się z tym jak mogą czy raczej powinni poradzić sobie w sytuacji, w której nagle w ich dojrzałym życiu pojawia się ktoś całkowicie obcy, a jednak najbliższy…
Braterska więź nie stworzy się od razu ani bez przeszkód. Nie będzie wolna ani od zazdrości ze strony Jimmy’ego ani od frustracji po stronie Thibaut, który po raz pierwszy zazna sytuacji braku pełnej kontroli nad swoim życiem i poczucia, że jednak nie wszystko zawdzięcza wyłącznie sobie i swojemu talentowi. Wysokie i niskie tony doskonale rozgrywają wątek, który obecny jest w życiu wielu z nas, a który zawiera się w pytaniu o to – na ile to co zwykliśmy sądzić na temat naszych sukcesów jest wypadkową tego, jak świetni jesteśmy w jakiejś dziedzinie, a na ile łutu szczęścia i uśmiechu losu, którego fartowne rozdanie przypadło nam, a nie komu innemu i niekoniecznie sprawiedliwie…
Kiedy Thibaut wiedziony wdzięcznością i empatią wobec kłopotów brata przejmie rolę dyrygenta orkiestry, w której gra Jimmy, chcąc pomóc jej wygrać regionalny konkurs – Wysokie i niskie tony wkroczą także w rejestry kina obyczajowego i komediowego zarazem. A całość moim zdaniem udało się reżyserowi skomponować doskonale – tym bardziej, że wielkim „niewidocznym” bohaterem tego obrazu jest muzyka – wspaniale dobrana do jego treści i cudownie budującą klimat poszczególnych scen w filmie. Wysokie i niskie tony mówiąc o podziałach w gatunkach muzycznych starają się uzmysłowić nam ich konwencjonalność. Bo przecież sedno piękna muzyki i fascynująca różnorodność jej gatunków zasadza się dokładnie na tym jak wielki wpływ ma lub może mieć na każde życie ludzkie.
To muzyka, ta symfoniczna, wielka i wspaniała, takich gigantów jak Verdi, Mahler, Ravel, jak i ta popularna: Charles’a Aznavour’a, Johnny’ego Holliday’a, jak też swojska ludowa tworzy między ludźmi więzi, bo potrafi dokonać cudu zasypania przepaści jakie wytwarza kultura, która ją stworzyła. Oczy zaszklone ze wzruszenia przy jej słuchaniu, umiejętność szukania w niej otuchy, nadziei, piękna, dobra, rozwoju duchowego czy intelektualnego nie jest przecież zarezerwowana dla jakichś konkretnych grup społecznych. Muzyka łagodzi obyczaje i łączy.
Dzięki charyzmatycznemu duetowi aktorskiemu Benjamina Lavernhe i Pierre’a Lottin’a – Wysokie i niskie tony posiadają wszystkie cechy szlachetnego komediodramatu. Obraz ten jest wolny od tandetnego sentymentalizmu i patosu, nie stara się poczynań bohaterów tłumaczyć za pomocą taniej pop-psychologii, za to jest przepełniony czułością, delikatnym humorem, grą kontrastów osobowościowo-charakterologicznych i ma doskonałe tempo. Na tle problemów klasowych, odnalezionego braterstwa i robotniczej solidarności film Emmanuela Courcola umiejętnie omija pułapki moralizatorstwa oraz iluzorycznego happy endu, nie bojąc się sięgać również po elementy groteski.
Choć niewiele z opowiedzianych w obrazie Wysokie i niskie tony wydarzeń można uznać za w pełni realistyczne, całość tego niby to wtórnego pomysłu na scenariusz – działa z ogromnym wdziękiem, a przede wszystkim – z wewnętrzną logiką. Emmanuel Courcol mądrze wybrał tezę na jakiej zbudował swój obraz: zamiast skupiać się tym by wypunktowywać, że dorastanie w zamożnym paryskim środowisku nie prowadzi do tego samego losu co dzieciństwo spędzone w skromnych warunkach, na prowincji i z dala od instytucji kultury – pokazuje, że wobec życia i miłości podziały społeczne mogą zawsze zostać unieważnione. I za to kocham ten film jeszcze bardziej!
*** Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tekście pochodzą za materiałów prasowych dystrybutora filmu WYSOKIE I NISKIE TONY na rynku polskim: Aurora Films





