4
kwi
2016
51

Z cyklu: kapele mojego życia – MASSIVE ATTACK

Niedawno, po sześciu latach milczenia –  ukazał się singiel promujący – najnowszą – płytę MASSIVE ATTACK, pt. Ritual Spirit W teledysku kultowego Masywu z Bristol, wystąpiła sama Kate Moss.

 

Reprezentuję pokolenie, dla którego dość sporej części – zespół zwany Massive Attack  – był rodzajem kultu wyznaniowego. Rozmyślałam nad tym przy okazji Ritual Spirit  i o tym (poniekąd) jest ten tekst…

Muzyka – jako „byt” najsłabiej kontrolowalny przez tzw. system –  była tym wymiarem, po którym – my młodzież PRL – poruszaliśmy się – jako po jednym z pierwszych – określających wybór przynależności grupowej. Poruszaliśmy się – dodam – wpierw – całkowicie analogowo, i to w świecie, w którym dostęp do niej, a zwłaszcza tej zachodniej – był bardzo utrudniony. Zresztą – to jedynie dygresja „sytuacyjno – historyczna”. Bo  – jeśli pomyśleć o tym – nazwijmy to socjologicznie – najbardziej jaskrawie widocznym wykwitem młodzieńczej jaźni (jako takiej), wychylającej się ku samodzielnym gustom, niczym przebiśnieg w marcu i kreacjom późniejszego dorosłego “ja” w kontekście społecznym –  jest to, jakiej muzyki się słucha. Zawsze tak było, bez względu na epokę i łatwą, czy też  nie – tejże „muzyki” dostępność. To właściwie – podstawowy wymiar, który stoi u podwalin tego wszystkiego, co tworzy taki, a nie inny młodzieńczy „styl życia”. A ten nierozerwalnie połączony jest zazwyczaj z pewnymi wartościami, przekonaniami, ideami i ideałami. Pod którymi – być może – w wieku lat nastu – nie całkiem jeszcze świadomie – ale się podpisujemy. Stanowią istotny zalążek tego, kim kiedyś się staniemy.

W moim pokoleniu, kiedy miałam naście lat  – muzyczne  grupy odniesienia były podzielone dość mocno. Nikt się nie pytał dlaczego. I z czego to wynika. Tak było. I już. Byli więc i popersi i punkowcy. Były zespoły, które się kochało lub nienawidziło. Były subkultury oparte i wyrosłe na brzmieniach muzycznych i tekstach im towarzyszących. Życie towarzyskie, ba! – miłosne, wiązało się tak samo, jak rozwiązywało  – w oparciu o słuchaną muzykę. Zwłaszcza, że muzyka była tym „bytem”, który w czasach PRL pozwalał się ludziom bawić. Nie było dla niej zbyt wielu alternatyw.

Wyrosłam w czasach, w których “słuchanie lub nie słuchanie” czegoś – pewne mocno deklarowane muzyczne gusta – że użyję tego porównania – mogą się prawdopodobnie równać z dzisiejszymi deklaracjami politycznych sympatii…

 

Massive Attack – powstało w roku 1987, na muzycznej scenie brytyjskiego miasta Bristol. W  tamtym czasie była to wylęgarnia – zwana soundystemem – czy nawet lepiej byłoby powiedzieć  – kuźnia talentów – dla artystów mieszających różne gatunki muzyczne i tworzących nową jakość brzmieniową pod wspólnym tytułem “Bristol sound”.

Najnowszy ich krążek – wydaje się być zapowiedzią powrotu do tego, co w Massive było najlepsze. Bierze w nim udział, znów  –  po latach przerwy  – TRICKY, a także ROOTS MANUVA.

Z Massive Attack  – ja osobiście –  zapoznałam się już sporo po 1989 roku. Z pewnością w czasach, kiedy ta formacja – najważniejsza dla gatunku muzycznego zwanego trip – hop się formowała – nie miałam o niej jeszcze bladego pojęcia. Kiedy w 1990 roku wydali pierwszy album pt. Blue Lines – pewnie usłyszałam u kogoś jedynie kilka kawałków. Zaczęłam z nimi swój własny “trip” dopiero w roku 1994, kiedy ukazała się ich druga płyta pt. Protection.

protection

Massive Attack stało się dla mnie kapelą, którą ukochałam. Weszła we mnie jak w masło. Słuchałam ich płyt do zrypania. Radowałam się przy nich i dołowałam się przy nich. Ich muzyka, towarzyszyła mi lata całe. W ich muzyce się zatapiałam. Gubiłam i odnajdywałam. Robiłam przy ich utworach pewne rzeczy po raz pierwszy, a czasami pierwszy i ostatni…

Czemu tak bardzo ich uwielbiałam? Być może dlatego, że zespół ten utożsamiał dla mnie wiele spraw i kwestii łączących się w bliżej nienazwany konglomerat, który tworzył moje poczucie odrębności od tzw. mainstreamu. Na pewno ich muzyka przemawiała więcej niż bardzo do mej emocjonalnej wrażliwości, ale była też łącznikiem w towarzyskim ambience, towarzyszyła życiu, które lubiłam prowadzić i ludziom, z którymi się prowadzałam. Była o wszystkim tym naraz i pospołu. Lata 90 – te zeszłego stulecia, z pewnością należały (pokoleniowo) w moim poczuciu  – “całe do mnie”. A na pewno – kiedy o nich myślę z dzisiejszej  – “piernikowej” perspektywy 😀

Mogę śmiało powiedzieć, że większość lat 90-tych spędziłam na nauce (studia) i zabawie. Z przewagą tej drugiej. Nawet, jak już zaczęłam pracować zawodowo.

Massive Attack mi jakoś do tych wspomnień pasuje bardziej, niż mniej 😉

Towarzyska i klubowa scena – to była wtedy – najważniejsza scena mego ówczesnego świata. Byłam młoda, bardzo chciwa życia, wolności, swobody i poczucia, że o coś mi chodzi. A  to coś – choć nie wiedziałam jeszcze jakie ma być  – wiedziałam, że nie chce by było banałem. Off’em w pełnym znaczeniu tego słowa nigdy nie byłam. Ale od zawsze ciągnęło mnie jednak w rejestry dalekie od dyskoteki.

I chyba to właśnie stawało się nie tyle coraz ważniejsze, co – coraz bardziej wyraźne. Moje wybory muzyczne, latami dokonywane wokół takich, a nie  innych zespołów, wespół zespół z takimi, a nie innymi ludźmi – w końcu dookreśliły mój styl życia i wyznawane przeze mnie wartości oraz całkiem dorosłe już decyzje. Choć nie miałam tego jeszcze tak pełnej świadomości – jak dziś. I w sumie – jak bym miała wyciągać jakieś szersze wnioski z tych wspomnień – skonstruowałam się jednak wokół świata, który lubił kontestować ograniczenia, a z pewnością nie znosił – jak się mu coś narzucało siłą.

Moje do tej pory aktualne znajomości, relacje kumpelskie czy przyjaźnie – oparte są o podwaliny, wynikłe z młodzieńczych dyskusji na temat różnorodności idei, wartości, wielości wyboru dróg życiowych, poglądów, opinii, wzorców – które –  wtedy, gdy byliśmy młodymi szczawiami – stawiającymi pierwsze nieporadne kroki zawodowe w wolnej Polsce – były najistotniejsze. Bo w końcu zaczęły do nas swobodnie docierać, spływać strumieniem, a nie sączyć się tamowanymi przez system bocznymi, czy zakazanymi kanałami. Bo to, co nas łączyło – pomimo rysujących się już w innych kwestiach różnic – miało jeden wspólny mianownik. Jeśli taka metafora ma jakiś sens – różnorodność muzyczna, które nas dotyczyła w początkach samookreślania się – kiedy byliśmy młodziakami – była dla nas wartością. Zaś mieszanie i łączenie stylów muzycznych, które przewijały się przez nasze uszy –  symbolicznie – wyrazem niezwykle ważnej dla nas kwestii – „wielokulturowego” świata, w którym dla wszystkich starczało miejsca, a nawet więcej – uważaliśmy, że tak właśnie powinno być.

W tym roku Massive Attack przyjedzie do Polski w sierpniu, do Krakowa na koncert w ramach Live Music Festival.

Ja zaś, nigdy  nie zapomnę ich pierwszego występu  w Polsce – w roku 1997 w sali kongresowej PKiN w Warszawie! To było prawie 20 lat temu! A ja miałam dwadzieścia kilka lat. I był to dla mnie jeden z tych koncertów, które w mojej pamięci zapisały się jako SZTOS.

Totalne zjednoczenie. Nie dające się nakreślić słowami poczucie wspólnoty, bycia poniesionym przez zespół, przez muzykę, przez obezwładniające wrażenie uczestnictwa w zbiorowym misterium. Bo wszyscy, którzy tam byliśmy – byliśmy jednością w i z Massive Attack!

Massive Attack jest jedną z kapel mojego życia. Kapel, która wlazła mi pod skórę w czasach, kiedy się kształtowałam, nawet nie za bardzo o tym reflektując. Była we mnie i ze mną w moich najpiękniejszych chwilach życia. Współtworzyła moją młodość – być może durną i chmurną. Ale moją. Własną.

W tym miejscu –  na chwilę  – wrócę do teledysku, promującego najnowszą płytę Massive Attack –  pt. Ritual spirit. Według mnie to świetny utwór i wyjątkowo piękny klip. Metaforyczny i symboliczny.  Zjawiskowa, ikoniczna Kate Moss, która w nim wystąpiła  – przypomina mi to wszystko, co w mojej głowie odpala się na myśl o latach 90-tych. Och! „My sweet ninteties”!

You may also like

Partnerstwo przede wszystkim! – czyli o marce JOHN & MARY
FERRARI
OPPENHEIMER
JANE BIRKIN – HISTORIA IKONY…

Skomentuj