14
gru
2025
15

ZGIŃ KOCHANIE

ZGIŃ KOCHANIE (Die My Love), Reż. Lynne Ramsay, Scen. Lynne Ramsey, Enda Walsh, Alice Burch na podstawie powieści Ariany Harwicz, Obsada: Jennifer Lawrence, Robert Pattinson, Sissy Spacek, Nick Nolte, Wielka Brytania / USA 2025 



Tytułem wstępu:

Lynne Ramsay należy do bardzo wąskiej grupy twórców filmowych, których nazwisko wryło mi się w pamięć na zawsze, po zaledwie jednym filmie. Każdy kto widział „Musimy porozmawiać o Kevinie” (2011) – wie o czym mówię… 

Nic dziwnego, że czekałam na jej kolejny obraz niecierpliwie, choć kazała na niego czekać – długo. Było warto… „Nigdy Cię tu nie było” (2018) charakteryzowało się hipnotycznie wręcz poprowadzoną narracją, której warstwa wizualna wspierana wybitnym aktorstwem Joaquina Phoenixa zasysała w historię tajemniczego bohatera z taką magnetyczną intensywnością, że Złota Palma za najlepszy scenariusz i dla najlepszego aktora na MFF w Cannes nie zdała mi się jak w wielu innych przypadkach – na wyrost…

W przypadku jej najnowszego obrazu Zgiń kochanie   Lynne Ramsay przesuwa granice percepcji świata realnego i wyobrażeniowego, często łącząc je tak płynnie i bezszwowo, jakby chciała i nas zmusić do życia życiem swojej bohaterki. Wszystko jest tu hiperrealistyczne, a jednocześnie duszne, oniryczne i nie do strząśnięcia – jakby prześnione w koszmarze nocnym. Tak bardzo, że trudno odróżnić to co roi się wyłącznie w głowie bohaterki – od tego, co ma lub miało miejsce…  „Mamidła” – w konwencji jak w najlepszych dokonaniach Davida Lyncha,  jakie ją osaczają  – niepokoją nawet bardziej, gdyż tym razem koszmar ma inny posmak, nie kryje się pod osłoną nocy, w ciemnych, lepkich i brudnych zaułkach, ale w sielankowej scenerii domu z ogrodem, gdzieś w podmiejskiej, bezpiecznej i miłej do życia okolicy…

Podstawę scenariusza w przypadku Zgiń kochanie stanowi proza autorstwa Ariany Harwicz – pierwszej powieści argentyńskiej pisarki, którą krytyka szybko uczyniła znaną. W 2018 kiedy jej debiut literacki został przetłumaczony na angielski – była nominowana do międzynarodowej Nagrody Bookera razem z Olgą Tokarczuk za „Biegunów”… Harwicz słynie z tego, że jej proza jest brutalna, odważna, pełna erotyzmu, a przede wszystkim konsekwentnie poruszająca tematy tabu. 

Niespecjalnie dziwi mnie zatem, że Ramsey chciała ją zekranizować. 

Choć nie znam tej prozy, mogę powiedzieć, że film Zgiń kochanie jest brawurową ekranizacją powieści poświęconej  tematyce, która wciąż w naszej kulturze napotyka na zmowę milczenia. A jest nią depresja poporodowa, kryzys psychiczny w związku dwojga ludzi, którzy stają się rodzicami i emocjonalność kobieca, w czasie, w którym kobiece ciało i jego biologia – po urodzeniu dziecka – jest niczym rollercoaster na dopalaczach… 

Nie jestem matką, ale jestem psycholożką z wykształcenia i wiem, że to, z czym się rozprawia w swoim najnowszym filmie Lynne Ramsay – jest a raczej bywa częściej niż często udziałem wielu młodych kobiet, które urodziwszy dziecko nagle znajdują się w świecie, którego przewidzieć nie byłyby w stanie – nawet przy najlepszych chęciach i wiedzy. Kryzys goni kryzys. Biologia nie nadąża za rozumem i na odwrót, a ciało wysyła sprzeczne komunikaty. A przede wszystkim – o czym jakże często i boleśnie trzeba się przekonać – partner i ojciec dziecka to ktoś, kto – owszem – z bycia ojcem jest może i nawet zadowolony, ale już tego jak bardzo wywrotowym wydarzeniem jest to dla kobiety, która to dziecko wydała na świat – rozumieć nie chce lub nie potrafi…

*     *    *

Z pozoru Zgiń kochanie to prosta historia o pewnej parze młodych ludzi około 30tki, o których już za sprawą sceny początkowej wiemy jedno: łączy ich dzika namiętność i pożądanie. Będąc w stanie zaczadzenia erotycznego – piękna, inteligentna i żywiołowa blondynka o imieniu Grace (w absolutnie fenomenalnej kreacji z cyklu „tour de force” Jennifer Lawrence!  słusznie nominowana do wielu prestiżowych nagród: BIFA, Gotham Awards i Złotego Globa, a mówi się o Oscarze) decyduje się na przeprowadzkę do domu poza miastem, tam gdzie kiedyś, jak się domyślamy spędził dzieciństwo jest mąż Jackson (Robert Pattinson). Jak wynika z dialogów Grace jest pisarką, którą dopadł kryzys twórczy, być może roiła sobie, że w spokojnym i odludnym miejscu, poza metropolitalnym zgiełkiem – wróci do niej wena. Tak się jednak nie dzieje. Za to pojawia się dziecko. I wnet okazuje się, że życie Grace to nieustanne bycie matką, i tylko matką. W dodatku matką, której mąż zarabiający na ich życie zostawia w tym czymś co miało być sielanką – na całe dnie samą…

Samotność, brak przyjaciół  i znajomych, wyrywających z rutyny i stagnacji, a jedynie stała konieczność zajmowania się dzieckiem w domostwie na odludziu otoczonym piękną i dziką naturą  – niczemu już nie sprzyjają. Są jedynie  obojętnym świadkiem życia bohaterki, która jest uwiązana do dziecka, stale z nim zespolona, nie mająca poza nim niczego innego, pozbawiona jakichkolwiek stymulacji intelektualnych czy poznawczych. Drzewa szumią, muchy brzęczą w letnim upale, czasami drogą niedaleko domu przejdzie ktoś na motorze. Czas się rozlewa w upiornej powtarzalności działań każdej matki niemowlaka: pieluchach, praniach, karmieniach, zakupach spożywczych, w której jedynym alarmem, stawiającym do pionu jest płacz dziecka.  

Dom i jego otoczenie staje się niczym w horrorze – pułapką, z której nie ma wyjścia. Wszystko przestaje być obiecujące i piękne, jest zamiast tego potwornie nudne, powtarzalne, jałowe. Grace nie nawiedzają duchy, ani demony z przeszłości. Jest sportretowana jako kobieta w pełni sił fizycznych i umysłowych, która nagle znalazła się w sytuacji gdzie to co ją „nawiedza” to szczęsne chwile, momenty wolności, swobody wyborów – wspomnienia  z czasów, które bezpowrotnie minęły. Grace często nie zachowuje się racjonalnie kiedy Jackson pojawia się w domu po pracy,  nie zachowuje się też tak jak sobie wyobrażamy matki malutkich dzieci. Ramsay z premedytacją wiele scen montuje tak, byśmy nie byli pewni czy to wykwity jej wyobraźni, fantazje czy realia, w przeciwieństwie do tych, które pokazuje nam ją w reminiscencjach – kiedy Grace była w ciąży lub tuż przed nią. Czy bohaterka popada w obłęd, czy może jest całkowicie „normalna”, ale z tym co odczuwa, co przeżywa w związku z tym, że nie znajduje zrozumienia u swojego męża – taką się sama sobie i innym wydaje? 

I co znamienne dla Zgiń kochanie – jest to też obraz, który bardzo mocno podkreśla kolejny temat tabu – czyli seksualności kobiecej, która przecież nie znika magicznie na zawsze w czasie ciąży i połogu, kiedy biologia nastawiona jest na dbanie o bezpieczeństwo dziecka. Młoda matka, której ciało zmienia się po wydaniu dziecka na świat – nie staje się kimś, kto utracił potrzeby seksualne, erotyczne, kogo libido zniknęło. Zmienia się autonomia jej świata, z racji opieki nad dzieckiem, ale nie oznacza to, że nie chce być dalej postrzegana jako atrakcyjna, zmysłowa, że przestała chcieć być pożądana. Grace dosłownie „nosi”. Fizycznie i psychicznie. Jej sensualność jeszcze nie tak dawno była czymś, na co jej mąż reagował z zachwytem. Teraz nie wywołuje już odzewu. Choć  Jackson jest młody, owszem, pewnie nieco zapracowany – to jednak taki, którego Zgiń kochanie portretuje aż nadto wyraźnie jako kolesia, który po ślubie, a zwłaszcza zostaniu ojcem szybko popadł w konserwatywno – stereotypowy „mindset”.  Jest teraz „tatuśkiem”, „głową rodziny”. Grace z jej temperamentem, potrzebą szaleństwa, stymulacji  intelektualnej, towarzyskiej – czyli potrzebami, które poród i połóg jedynie na chwilę uśpiły – już go nie interesuje. Ta sama dziewczyna, która jeszcze rok, dwa lata temu była dla niego kimś, kto rozpalał jego żądze do czerwoności, z kim uprawiał gorący i dziki seks wszędzie – jest teraz tylko niezborną panią domu, a przede wszystkim – matką jego dziecka, którego dobrostan jest najważniejszy…

Ramsay z rozedrganych nerwów bohaterki i jej tęsknoty za przeszłością, która przejmuje nad nią panowanie i nie pozwala funkcjonować jedynie w trybie „zadaniowym” matki karmiącej –  tworzy swego rodzaju portal – rodzaj przestrzeni, w której fantazje Grace zaczynają się zlewać z rzeczywistością. Trudno jej być mentalnie obecną w „teraz”, kiedy jej cała jej osoba „wyrywa się” do świata, do którego drzwi – wydają się być zamknięte na głucho. W moim odczuciu Grace to postać, którą Jennifer Lawrence kreuje jako kogoś, kto nie znajdując innego sposobu na pomoc sobie samej  – próbuje zatem je „staranować”… 

Wszyscy dookoła, a są to nieliczne osoby jakie ma okazje w swoim podmiejskim, i „sielskim” życiu poznać szybko nadają jej łatkę niezrównoważonej, czy wręcz szalonej, bo też nie ma wokół niej żadnych młodych kobiet z podobnym do niej problemem czy też niezaspokojonymi potrzebami. 

Jedynie jej teściowa Pam (w tej roli sama Sissy Spacek) wydaje się z nią współodczuwać i próbuje ją jakoś zrozumieć, ale z racji wieku, i dość pogmatwanej własnej historii życiowej i nieporadnej relacji  z synem – niespecjalnie jej się to udaje… 

Im więcej nieproszonych rad i diagnoz dostaje, tym bardziej Grace popada w jakiś rodzaj psychotycznego rozdzielenia. Można więc śmiało stwierdzić, że to bohaterka iście ramsayowska – a więc tragiczna, głęboko wyalienowana i stopniowo i konsekwentnie tracąca możliwość harmonijnego i satysfakcjonującego połączenia się z otaczającym ją światem. Jak sama powtarza, problem nie leży w dziecku, które Grace kocha miłością biologiczną,  pierwotną i bezwarunkową. Jest jego opiekunką, niczym lwica troszcząca się o jego bezpieczeństwo i podstawowe potrzeby…  Jak stwierdza „on jest idealny, po prostu wszystko inne takie nie jest”.

Grace to postać kobiety, która jest zbyt młoda i zbyt inteligentna – by zaakceptować taki stan rzeczy, w którym jej życie ma być już teraz, od teraz i bezpowrotnie tym czym się stało. I to właśnie, ostatecznie, po wielu podejmowanych próbach walki  – staje się dla niej dramatem – nie do udźwignięcia… 

*     *     *

Formalnie Zgiń kochanie jest filmem olśniewającym wizualnie, którego klimat niepokoju, wyobcowania i narastającego szaleństwa, czyli tego wszystkiego co odbywa się w głowie bohaterki – absolutnie genialnie  budują zdjęcia wybitnie zdolnego operatora  irlandzkiego pochodzenia: Seamusa McGarvey’a (dwukrotnie nominowanego do Oscara za „Pokutę” i „Annę Kareninę” Joe Wrighta), autora zdjęć do „Zwierząt nocy”, z którym Ramsay pracowała już wcześniej przy „Musimy porozmawiać o Kevinie”. Nastrój  tego obrazu bezsprzecznie buduje także muzyka, z której istotności w kinie ta akurat twórczyni  zawsze zdawała sobie sprawę. Zgiń kochanie to obraz, w którym uszy pieszczą nam utwory Lou Reeda, Davida Bowiego i Cocteau Twins  – doskonale dopełniając opowieść o stanach psychicznych bohaterki. Bo dużo czasu obraz ten poświęca na to, abyśmy spróbowali wczuć się w doznania Grace, która niespodziewanie boleśnie w najbardziej wrażliwym momencie jakim jest wczesne macierzyństwo i odpowiedzialność za malutkie dziecko  – zaczyna doświadczać kompletnego krachu fantazji o życiu w uroczym domku, w którym zrealizuje się jako twórczo jako pisarka. Rzeczywistość skrzeczy, zagłuszając wszystko to, co kiedyś było talentem czy też „weną”…

Jest to także obraz, którego trudno nie doceniać za coś, z czego akurat ta reżyserka słynie: z wybitnej umiejętności pracy z aktorami. Choć w moim odczuciu w przypadku Zgiń kochanie – obsadzenie Roberta Pattinsona w roli męża Grace – nie było jej najlepszym posunięciem. Ten skądinąd zdolny aktor nie umiał nadać głębi granej przez siebie postaci tak bardzo niełatwej do obrony, ale możliwa jest także i taka interpretacja, że przy roli Lawrence, która dosłownie rozsadza ekran w każdej scenie, w jakiej jest obecna – wypada bezbarwnie… 

Tak, czy siak – Zgiń kochanie – jest w mojej opinii obrazem trudnym w odbiorze, niejako pękniętym. Takim, który moim zdaniem mógłby być lepszy, ale trudno powiedzieć w czym i jak – bo tak bardzo jest o tym, o czym nikt nie chce mówić na głos…

Podobnie jak w swoich poprzednich dwóch filmach i tym razem Ramsay posługuje się realizacyjnie i narracyjnie zarówno skalpelem jak i młotkiem by oddać sedno przekazu. Zgiń kochanie jest najlepsze wtedy – kiedy skupia się na Grace i tym czego ona doświadcza, co przeżywa i jak odbiera świat w jakim przyszło jej funkcjonować w apogeum kryzysu jako kobiety, która została sprowadzona do roli matki. I w kontekście tego jak bardzo pozbawione satysfakcji okazało się ono być dla kogoś, kto chce od życia znacznie więcej…

Bo też dawno nie widziałam roli kobiecej, ani kreacji aktorki tak intensywnie i tak mocno zaangażowanej w to aby przekazać sedno tego, co w zasadzie – jest w naszej kulturze – niewysławialne!

Podkreślę zatem jeszcze raz, że Jennifer Lawrence należą się pokłony do samej ziemi dla tego jak wyjątkowo pięknie udało się jej uchwycić w środkach wyrazu sensualność, biologię, ekstazę cielesną, psychiczny ból, jak i gigantyczne rozczarowanie i pogubienie – kreowanej przez siebie postaci. 

Jako kobieta – niezwykle szanuję w tym filmie także to, że pokazuje postać kobiety, która pomimo wszystkiego co ją niszczy – pozostaje silna i nie jest portretowa jako ofiara, ale ktoś, kto za wszelką cenę stara się ocalić siebie w świecie, w którym „ja” musi podjąć walkę o swoją podmiotowość, nawet jeżeli koszty tego będą miażdżące. Krytycy amerykańscy chętnie porównywali kreacje Lawrence w Zgiń kochanie do pamiętnej roli Isabelle Adjani w „Opętaniu” Żuławskiego, czy też do postaci jaką kreowała Catherine Deneuve we „Wstręcie” Polańskiego. Być może oba te filmy, a raczej postaci kobiece w nich przedstawione były referencjami dla reżyserki…

Dla mnie postać Grace – to jednak bohaterka  na wskroś inna, pomimo pozorów „odklejenia” od rzeczywistości – znacznie bardziej współczesna, „normalna”,  realna i  „zwyczajna”. Choć film może być odebrany jako portretujący kobietę, która popada w obłęd, czy też stacza się w psychozę… 

I to właśnie uważam za największą siłę najnowszego obrazu Ramsay, który nie jest  wolny od wad – raczej scenariuszowych – niż koncepcyjnych. Bo też – bardzo osobiście – sądzę, że głównym celem jednej z najzdolniejszych reżyserek współczesnych było opowiedzenie właśnie o tym, że to co kiedyś stanowiło spektrum świata, diagnozującego kobiety takie jak Grace  – jako„chore na głowę” – dzisiaj jest przeżytkiem! 

To patriarchat i kultura wmówiły nam, że macierzyństwo i zmiana statusu z „wolnego” na „matczyny” –  jest czymś co powinno ulegać tak dogłębnej przemianie, że każda kobieta powinna przyjmować to jako stan nie tylko że naturalny, ale wspaniały. Zgodnie z przekazem społecznym – dostosować się do wymogów, w których to wszystko o czym marzyła i kim chce być – odłoży na półkę na dwie najbliższe dekady – kiedy jej dziecko stanie się dorosłym…Ale dziś już wiemy, że to nieprawda, a przede wszystkim wielka psychologiczna – pułapka!   

Świat kobiet współczesnych bowiem, to raczej świat, w którym dziewczyny takie jak  Grace – podobnie do reżyserki Lynne Ramsay – to kobiety, które jeżeli zostają matkami – nie zamierzają nagle dostać „amnezji” i zapomnieć o wszystkim tym, co stanowiło ich życie, plany, marzenia i ambicje – zanim do tego doszło. Nie chcą ani wypierać ze świadomości, ani godzić się z tym że miłosne uniesienia, ekstaza erotyczna, seks, zmysłowość, sensualność w związku – to rozdział zamknięty. A najmniej chcą być tak postrzegane przez mężczyzn, którzy je zapłodnili… To boli, bardzo – skonstatować po tak krótkim czasie, że te same piersi, pośladki, usta, biodra, włosy, ręce, stopy i uszy nie budzą już niczego co przyprawia o motyle w brzuchu, błysk w oku i rozpala serca ich partnerów prowadząc jak kiedyś do spontanicznych aktów na dywanie … I w tym znaczeniu Zgiń kochanie staje się niejako brutalnie-liryczną, smutną i na jakiś sposób „straszną” apoteozą twórczej oraz seksualnej wolności i elegią dla gasnących namiętności – zarazem… 

Ramsay swoim filmem nie próbuje przekonać nas, że w związku bohaterów zawiniła tylko jedna osoba. Nie mówi, że miłość zawsze wystarcza by uratować to, co stracone. Raczej pokazuje, że miłość to „coś” co spina stany między wszystkim tym co w pojedynczym życiu jednostki – jest  najważniejsze. A najważniejszy stan dla każdej jednostki – to miłość do samego siebie. Ufanie temu co jest dobre dla nas i nie grzęźniecie w świecie, który zadaje naszemu „ja” kłam i ból. W przypadku Lynne Ramsay jako twórczyni, z pewnego pokolenia i osoby, której trudno jest w dzisiejszym świecie kinematografii istnieć w pełnej wolności twórczej – jej obraz ma dla mnie podwójną symbolikę, nie tylko dlatego, że w finale wybrzmiewa ikoniczny utwór pokolenia, które odpływa w niebyt: „Love Will Tear Us Apart” Joy Division.

ZGIŃ KOCHANIE | Oficjalny zwiastun | Tylko w kinach od 12 grudnia

*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu ZGIŃ KOCHANIE na rynku polskim: Monolith Films

You may also like

WARTOŚĆ SENTYMENTALNA
Tick, tick…BOOM!
BYĆ KOCHANĄ
PRZESILENIE ZIMOWE

Leave a Reply