19
lut
2024
20

ANATOMIA UPADKU

ANATOMIA UPADKU (Anatomie d’une chute), Reż. Justine Triet; Scen. Justine Triet & Arthur Harari; Obsada: Sandra Hüller, Swann Arlaud, Milo Machado Graner, Francja, 2023

ANATOMIA UPADKU to jest złoto, czyste filmowe złoto! Obraz nieskazitelnie doskonały scenariuszowo i inscenizacyjnie, który robi piorunujące wrażenie choć jest skromny w środkach wyrazu! O wielkości Anatomii upadku decyduje nie rozbuchana forma – a wspaniale przemyślana koncepcyjnie, precyzyjna niczym skalpel chirurga fabuła, nie efekciarstwo – a efekt jaki wywołuje w widzach i last but not least – brylantowy warsztat aktorski kreującej główną rolę wspaniałej Sandry Hüller. Chapeau bas po stokroć!

Tytułem wstępu:

Nie będzie przesadą powiedzieć, że nawet dla wielu festiwalowych wyg  zeszłoroczna Złota Palma w Cannes wręczona 45-letniej Justine Triet, która natenczas w swoim dorobku miała dwa bardzo cenione i nagradzane filmy dokumentalne oraz dwie niezbyt ciepło przyjęte przez krytykę fabuły – była sporym zaskoczeniem. A tu trach! – zgarnęła najważniejszą europejską nagrodę filmową, mając za konkurentów tuzów i starych wyjadaczy. Gwoli kronikarskiej rzetelności dodam, że była to dopiero trzecia Złota Palma przyznana kobiecie  – reżyserce w dziejach liczącego sobie bez mała 80 lat festiwalu!…

Byłam zatem Anatomii upadku więcej niż bardzo ciekawa. Napiszę wprost: wszystkie nominacje i nagrody jakie ten obraz otrzymał do tej pory – zupełnie mnie nie dziwią. Należy się! To jest film  d o s k o n a ł y przyjmując, że słowo to definiuje najwyższy możliwy poziom wykonania dzieła. Jestem Anatomią upadku zachwycona bezbrzeżnie właśnie dlatego, że dawno nie oglądałam filmu, o którym mogłabym powiedzieć z pełnym przekonaniem, że nie mógłby być lepiej zrobiony. 

Ale co tam ja i moje opinie –  Anatomią upadku od zeszłego roku zachwyceni są wszyscy najważniejsi w branży z całego świata: krytycy filmowi, festiwale filmowe i gremia rozdające prestiżowe nagrody. 4 nominacje do Złotego Globa, 5 nominacji do Oscara w najważniejszych kategoriach (najlepszy film, reżyseria, montaż, scenariusz oryginalny oraz pierwszoplanowa rola kobieca), 80 nagród filmowych (w tym Bafta za scenariusz) i prawie 200 innych nominacji – mówią same za siebie!

*    *    *

Scenariusz do Anatomii upadku Justine Triet napisała wspólnie ze swoim partnerem życiowym Arthurem Harari. Zdjęcie ich obojga patrzących na siebie roziskrzonym ze szczęścia wzrokiem podczas sesji fotograficznej po ogłoszeniu zwycięstwa Triet i wręczeniu jej Złotej Palmy na MFF w Cannes – jest jednym z moich ulubionych, z dziesiątek jakie obejrzałam na okoliczność śledzenia w internecie tej imprezy. Tym razem nie jest to po prostu „osobista dygresja” – tym razem to dygresja merytoryczna i de facto mocno powiązana z treścią tego obrazu. Bo Anatomia upadku (poza niewątpliwie wielkim talentem reżyserskim Triet oraz aktorskim Sandry Hüller) stoi na wybitnym scenariuszu! A ja – jak wiecie – na punkcie scenariuszy filmowych mam kota! Fabuła fenomenalnie dobrze zszywa ze sobą kilka gatunków (kryminał, dramat sądowy i obyczajowy) i w sposób brutalnie szczery, prawdziwy i wiarygodny zagląda pod podszewkę związku dwojga ludzi o artystycznych zawodach… Ten  błyskotliwie niejednoznaczny i brylantowo inteligentny thriller zachwyca tym bardziej, gdy ma się świadomość, że nie jest adaptacją doskonałej prozy uznanego pisarza i jego wybitnie mięsista treść została obmyślona na potrzeby planu filmowego. Chapeau bas po raz pierwszy!

*     *    *

Francuskie Alpy. Zima. Trzypiętrowy dom położony jest w odludnym miejscu, dość wysoko w górach – bez auta z napędem na cztery koła – bardzo trudno się tam dostać. Dom jest drewniany, bezpretensjonalnie urządzony, sprawia wrażenie przytulnego, z okien rozpościera się bajeczny widok. Wygląda na idealne miejsce do pracy twórczej. Akcja Anatomii upadku zawiązuje się gdy główna bohaterka udziela wywiadu. Sandra Voyter (w genialnej  kreacji Sandry Hüller) jest znaną pisarką. Jej książki cieszą się uznaniem krytyki i dobrze sprzedają…

Na śniegu, z potężną raną na głowie leży trup mężczyzny w sile wieku. Wypadł z najwyższej kondygnacji budynku. To Samuel Maleski (Samuel Theis) – jak się dowiemy wkrótce – mąż Sandry. Z biegiem postępowania akcji dowiemy się dosłownie jeszcze kilku innych rzeczy, o których z  c a ł ą  p e w n o ś c i ą można powiedzieć, że to niepodważalne fakty. 

Z braku ewidentnych i jednoznacznych dowodów wskazujących na samobójstwo, jak i z powodu niefortunnego zbiegu okoliczności: nie ma żadnych świadków śmierci denata, bo syn pary zamieszkującej dom w górach, akurat w tym czasie poszedł na spacer z psem – Sandra staje się główną podejrzaną w procesie poszlakowym o zabójstwo.

*    *    *

Anatomia upadku rozpoczyna się od intro, które kinofilsko położyło mnie na łopatki. Już w piątej minucie trwania filmu wiedziałam, że mam do czynienia z czymś, co nosi wszelkie znamiona absolutnie doskonale skonstruowanej historii, która z dużą dozą pewności trzepnie mnie w łeb niczym obuchem i to jeszcze wiele razy podczas seansu. A było to dokładnie wtedy, gdy (bez spoilerów) zaczął rozbrzmiewać utwór muzyczny, który do sceny oglądanej na ekranie pasował, jak to się mówi „jak pięść do nosa” – powodując pierwszy szok poznawczy, gdyż tak wielki kontrast stanowił wobec tego, czego się spodziewamy w oglądanej scenie… 

Chapeau bas po raz drugi!

W dodatku – od  tego miejsca – jest coraz bardziej intrygująco. A to we współczesnym kinie jest już najrzadszą rzadkością z możliwych. 

Chapeau bas po raz trzeci!

Oś centralną fabuły Anatomii Upadku stanowią przygotowania Sandry do rozprawy sądowej, w której bohaterka przy pomocy swojego adwokata (w tej roli dwukrotny zdobywca nagrody Cezara świetny Swann Arlaud) będzie się bronić przed zarzutem umyślnego spowodowania śmierci Samuela. I zaręczam Wam, że śledzenie tego wszystkiego, co będzie nam „odkrywane” na potrzeby rozprawy sądowej, w kolejnych wizjach lokalnych policji i śledczych próbujących zrekonstruować okoliczności zgonu męża Sandry, ekspertyzach i symulacjach wszystkich możliwych wariantów, jakie według oskarżenia mogłyby prowadzić do tego, że kobieta miała motyw by zabić, a przede wszystkim tego, jak bohaterka będzie sobie radziła z coraz bardziej osaczającym ją aparatem sprawiedliwości i atakami oskarżenia oraz prokuratury – dosłownie przykuło mnie do kinowego fotela. Śledziłam akcję napięta jak struna, a jednocześnie nią zahipnotyzowana.

Kiedy już ochłonęłam z nadmiaru emocji i zaczęłam Anatomię upadku analizować na chłodno, dotarło do mnie kilka kwestii, nad którymi podczas seansu w kinie nie mogłam się pochylić, bo akcja co i rusz robiła zwrot i przybywało nowych informacji. Miarą wspaniałości tego filmu jest także i to, że dosłownie zasysa do swojej narracji, czas spędzony na jego oglądaniu przelatuje w okamgnieniu. Po pierwsze jego tytuł. Fenomenalnie zmyślenie i inteligentnie dobrany do treści, która nie tylko że do samego końca jest niejednoznaczna, to jeszcze zaszywa w sobie kilka warstw interpretacyjnych. Co tak na prawdę oznacza Anatomia upadku? Rozłóżcie te dwa wyrazy w nim razem ze sobą splecione. I pomyślcie z czym każdy z nich się Wam kojarzy, z osobna. A potem złóżcie na powrót. Już przestają być tak jednoznacznie sklejone ze sposobem, w jakim umarł Samuel. Anatomia to nauka o budowie organizmów żywych. W przypadku tego obrazu – organizmem żywym jest rodzina jaką tworzyła Sandra, Samuel i ich syn Daniel (bardzo dobry Milo Machado-Graner). A ta rodzina (jak się okaże) z biegiem lat przeszła przez kilka kryzysów, w tym jeden o szczególnym znaczeniu dla nich wszystkich, a związany bezpośrednio ze stanem zdrowia Daniela. 

Związek Sandry i Samuela – Triet z pełną premedytacją przedstawia widzom wyłącznie w retrospekcjach i bardzo niejednoznacznych oraz mocno subiektywnych sugestiach odnośnie tego jak wyglądał. Nie dowiemy się nigdy jaki był „na prawdę”. Samuel nie żyje, a ich syn jest wrażliwym dzieckiem, które cierpi na poważną dysfunkcję – niedowidzi. Sandrę  jako centralną postać fabuły  i okoliczności jej związku z nieżyjącym mężem (znowu z pełną premedytacją!) Anatomia upadku przedstawia od początku jako postać, którą możemy poznać wyłącznie „jej słowami”. A ten zabieg scenariuszowy powoduje, że cała koncepcja jej postaci –  a raczej to jak rezonuje w odbiorcach – oparta jest niemalże automatycznie, podświadomie i bezwarunkowo na czymś, czego nigdy nie da się zweryfikować i co podlega milionom bardzo subiektywnych i delikatnych czynników. Triet i Harari’emu udało się napisać postać, zbudować portret psychologiczny kogoś kto niejako staje się tym – kim jest w odbiorze widza w danym momencie akcji filmu, filtrowany przez jednostkową percepcję tego kim postać Sandry mu się wydaje i emocji jakie w nim wzbudza! 

Niby wszystko co mówi Sandra wydaje się z racjonalnego punktu widzenia uzasadnione, jasne, klarowne. Logiczne. Ale czy w każdym budzi zaufanie? Czy się jej wierzy? I za to, że ten podejrzliwy, niejednoznaczny, konfundujący klimat filmu Triet umiała zbudować dosłownie od samego początku i utrzymać do scen finałowych – należą się jej pokłony do samej ziemii.

Chapeau bas po raz czwarty!

Anatomia upadku jest zatem filmem, którego sedno – czyli pytanie „czy zabiła?” reżyserka (poniekąd) zostawia w rękach widzów. To widzowie – stanowią w przypadku tej historii niewidzialny skład ławy przysięgłych. Tak jakby Triet chciała wręcz z nas zakpić – mówiąc – i co teraz z tym zrobicie? Jak to ocenicie? Jesteście pewni, że to co wiecie wystarcza Wam do do tego żeby oceniać człowieka? Ba! Do tego by ferować wyroki? Czy z całą pewnością możecie powiedzieć, że wzięliście pod uwagę wszystkie, ale to dosłownie wszystkie okoliczności, że znacie wszystkie fakty, czy możecie powiedzieć, że jesteście bezstronni, obiektywni? Jak dobrze znacie prywatne życie dwojga ludzi, którzy znali się bardzo długo, wiele lat przed czasem, kiedy zawiązuje się akcja filmu, jak i wiele lat przed tym gdy na świecie pojawił się ich syn. Czy uznajecie, że jeżeli znacie treść jednej awantury między małżonkami to wiecie wszystko? Jak wyglądała ich relacja poza tym kiedy się kłócili? A nawet jeżeli wyglądała bardzo źle, nawet jeżeli ten organizm żywy – upadł dawno temu – to czy jest to jednoznaczne z tym, że Sandra jest sprawczynią śmierci Samuela? 

To kolejny trop interpretacyjny, który wybitnie wspaniale inscenizacyjnie pokazuje Triet. 

No i jest jeszcze jedna kwestia, którą jako wielbicielka dobrej prozy w Anatomii upadku kocham najbardziej, a mianowicie to, że scenariusz Triet i Harari’ego wnosi się na wyżyny literackiego rzemiosła. Sandra jest pisarką, u której (tak się składa) klucz interpretacyjny do jej twórczości tkwi w jej życiorysie. Wszystkie napisane przez nią książki inspirowane są przez osoby i  wydarzenia z jej życia…

*     *     *

Obiecałam sobie, że zrobię wszystko co w mojej mocy by nie napisać w recenzji Anatomii upadku czegokolwiek, co mogłoby Wam popsuć przyjemność z oglądania tego wspaniałego filmu, o którego szczegółach im mniej się wie – tym lepiej. I słowa dotrzymuję. Na koniec zatem, jedynie, garść refleksji post – filmowych. 

W przypadku literatury – od kryminałów wolę dramaty psychologiczne i obyczajowe oraz tzw. beletrystykę. W czytaniu bowiem najbardziej interesuje mnie intelektualna i emocjonalna siła fabuły, na tyle mocna, by zmusić mnie do refleksji i przemysleń oraz wysiłku poznawczego jaki muszę wykonać wobec samej siebie w konfrontacji z bohaterem_ami (poglądy i system wartości, uprzedzenia, lęki, obsesje, blokady, psychologiczne bariery i niemożności) niż  tzw. akcja i jej „sensacyjna” wielowątkowość. Za to w kinie – kocham wątki kryminalne – bo napędzają akcję, pozwalają się oderwać od codzienności, dają swoistego kopa. W Anatomii upadku Triet udało się (z mojego osobistego punktu widzenia) osiągnąć coś absolutnie niesamowitego! Jej film odpowiada w sposób mistrzowski na obie moje potrzeby! Jest w nim mięso psychologicznego wglądu w związek dwojga ludzi, którego kulisy są przed nami odkrywane, fenomenalnie dobrze sportretowana życiowa prawda o tym, że to co uważamy na temat innych – nigdy nie jest tym czym się nam wydaje, jak i zagadka czysto kryminalna, która stale jest nam pokazywana z kolejnej, nowej perspektywy – narażając na kolejną porażkę naszą usilną chęć by mieć pytanie o to czy Sandra jest winna czy nie – z głowy. 😎

Film Triet zachwyca mnie bezgranicznie tym, jak bardzo pięknie  udaje się jej na sposób brutalny i cyniczny, a jednak nie pozbawiony elegancji i stylu udowodnić swoim nowszym dziełem jakże wypieraną przez nas prawdę o tym jak funkcjonuje świat realny w związkach – a nie wyobrażony, życzeniowy czy też ten, który znamy z tabloidów. Bez przerwy sądzimy po pozorach, permanentnie chodzimy na skróty myślowe, nie dokonujemy wysiłków zrozumienia istoty rzeczy, nawet w tak ważkich sprawach jak instytucjonalne ferowanie wyroków i karanie za przewiny. Wątpliwości pokrywamy butą, a personalne niechęci czy uprzedzenia tuszujemy za pomocą frazesów, klisz myślowych i manipulacji faktami na taki sposób aby były „po linii” naszego toku rozumowania. Udajemy sami przed sobą, że wiemy, że jesteśmy pewni, że rzeczy, kwestie i sprawy są dokładnie takie – za jakie – je uważamy. 

Wszyscy się permanentnie mylimy – sugeruje Triet i stawia widzów w pozycji bardzo niewygodnej – każąc nam przyglądać się życiu Sandry z pozycji jej oskarżycieli. I zmuszając nas do refleksji nad tym, że tak samo jak ława przysięgłych, tak i my – mamy jedynie taki materiał dowodowy do oceny, i takie argumenty, jakie dla nas zebrano, i mniej lub bardziej przekonująco – przedstawiono. Czy to jest prawda? Czy może to jedynie coś, co pozwala nam żyć z mniejszym poczuciem winy czy odpowiedzialności. A może – kiedy nie ma dowodów i świadków brak – nie można tego wiedzieć, z tzw. całą pewnością nigdy (?) –  jedyne co można zrobić – to się z tym pogodzić, uwierzyć w jakąś wersję wydarzeń… Życie, jego najprawdziwsze wydanie zawsze jest niewidoczne dla jego „świadków” – zawsze istnieje poza widzianym przez nich kadrem. Można je porównać  do zdjęcia zrobionego polaroidem, wyjętego ze starego albumu. Gdy je komuś pokazujemy – aby było zrozumiałe – musimy także opowiedzieć cały kontekst jego powstania. A jeżeli jest na nim więcej osób – powinni móc zrobić to wszyscy, którzy zostali na nim uwiecznieni. Inaczej jest tylko przyczynkiem do dyskusji nad jego – bardzo dowolną – interpretacją. A tych jak wiemy – może być multum…

I dlatego właśnie Anatomia upadku jest filmem, z którego wychodzi się w stanie swego rodzaju wstrząśnięcia – w tym samym sobą. Ten obraz bowiem w genialny sposób przypomina o tym, że nie istnieje coś takiego jak „obiektywy osąd” – nawet w sądzie. Nie mamy pełnego dostępu do wiedzy o nikim, nawet o najbliższych, ani możliwości kontrolowania niczego i nikogo – poza sobą. A  jeżeli wydaje się nam inaczej – to się oszukujemy. To wtedy zaczyna się proces – upadku. Życie w kłamstwie, z deficytem szczerości wobec siebie, potrzeb własnych i osób nam najbliższych, karmienie się poczuciem winy i wszelkimi innymi złymi emocjami – jest bardzo destrukcyjne i dewastujące. Czasami ze skutkiem śmiertelnym. 

 

 

***Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu ANATOMIA UPADKU na rynku polskim: m2films.

Skomentuj