23
Maj
2017
16

ODA DO KAZIMIERZA DOLNEGO NAD WISŁĄ…

Kazimierz Dolny nad Wisłą. Jedno z kilku (dosłownie kilku) miejsc w Polsce, z którymi – poza Warszawą – jestem emocjonalnie związana. Tak do trzewi i na zawsze. I które kocham miłością pierwszą i bezgraniczną.

Jak głosi “legenda rodzinna” – ma to swoje (poniekąd) – racjonalne uzasadnienie. W Kazimierzu Dolnym nad Wisłą, a konkretnie w miejscu, które kiedyś zwane było potocznie “Domem Prasy” (czyli Domu Pracy Twórczej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich) – zostałam “zrobiona”. Którego to określenia używam specjalnie, gdyż wolę jego trywialną, acz swojską konotację, miast “bycia poczętą” – co kojarzy mi się nazbyt wzniośle, jak na dziecko dwojga ludzi pełnych dalekich od świętości przywar 😉

 *   *   *

Moje całe dzieciństwo i znamienita część nastolectwa jest z Kazimierzem Dolnym związane trwałą, nierozerwalna nicią. Jeździłam tam z rodzicami, którzy to miejsce kochali i do niego wracali stale i permanentnie – co najmniej dwa razy w roku. Spędzałam tam i ferie zimowe i czas wielkanocny, często także kawałek lata. A i też kilka post-bożonarodzeniowych chwil i sylwestrów.

To znamienne wspomnienie – dzisiaj przeze mnie przywoływane ze szczególnym rozczuleniem – ale bardzo dobrze pamiętam wyprawy z rodzicami do tamtejszego kina, które mieściło się w rynku głównym. Pamiętam wciąż jego skrzypiące, welurem pokryte fotele i aurę niczym z mojego ukochanego programu TV, czyli “W starym kinie”, prowadzonego przez genialnego gawędziarza – erudytę i krytyka filmowego w jednym – pana Stanisława Janickiego.

Jednak – większość moich dziecinnych wspomnień – dziś oglądam z zupełnie innej perspektywy. Jako wchłaniane bezrefleksyjnie, bez należnej im atencji. Z dzisiejszej perspektywy – kobiety po 40tce – wiem, że nie kumałam w ogóle doniosłości pewnych chwil i znaczenia pewnych wydarzeń, których byłam świadkiem. Bo tak mają dzieci. Kiedy moi rodzice spotykali podczas naszych pieszych wędrówek po Kazimierzu wybitne osobistości świata sztuki, czy literatury, z którymi wdawali się w pogawędki – mnie się nudziło (szloch). Dzisiaj bardzo wiele bym dała za to, by móc osobiście choć parę słów zamienić z tymi osobami (znamienita większość z nich niestety już nie żyje). I tak na przykład – zupełnie nie pojęłam doniosłości chwili – jednej z najważniejszych w życiu zawodowym mojej mamy – kiedy udało się jej namówić na “wywiad rzekę” – u schyłku już wtedy bardzo długiego życia wybitnej pisarki – swoją idolkę (moja mama obroniła pracę magisterską na filologii polskiej poświęconą “Cudzoziemce”) panią Marię Kuncewiczową. Jednym słowem – nic wtedy nie rozumiałam z rzeczy, które dziś jako osoba dorosła – wiem, że miały na mnie gigantyczny wpływ. Ale i tak dziękuję za nie losowi bardzo! J

Ale coś do mnie, nawet kiedy byłam głupiątkiem-pacholątkiem – jednak  – “docierało”. Kazimierz jako taki – od zawsze – jawił mi się jako miejsce magiczne! W nieco już stlałych obrazach, ale wciąż obecnych w mej głowie mogę przywołać wciąż to miejsce jako bardzo ciche, spokojne, żeby nie powiedzieć senne. Spowite aurą swej wspaniałej przeszłości, nigdy nigdzie nie pędzące, pełne kontemplacji i artyzmu. Bardzo bohemeChoć znaczenia słowa tego nie rozumiałam wtedy nic a nic… 

Kochało Kazimierz Dolny wielu najwspanialszych polskich malarzy, którzy zaczęli doń przybywać już w końcówce XVIII wieku, wiedzeni na pokuszenie jego plenerami, architektoniczną urodą, czarem i aurą miejsca specjalnego, które nigdy z niego nie wyparowało… 

Istnieje w rysunkach i na płótnach Wojciecha Gersona, Aleksandra Gierymskiego, Józefa Pankiewicza, Władysława Ślewińskiego, Leona Wyczółkowskiego, Tadeusza Pruszkowskiego – że wymienię tylko te najbardziej znane nazwiska…

*   *  *

Jeśli miałabym wskazać na mapie Polski jedno jedyne miejsce, które symbolizuje dla mnie pojęcie genius loci – to byłby to właśnie Kazimierz Dolny nad Wisłą…

Nie mam złudzeń co do tego, że jak bardzo bym się nie starała – nie oddam czaru tego miejsca. To jest bowiem takie miejsce, o którym można sobie długo gawędzić, wysłuchać zyliona opowieści, googlac za zdjęciami od rana do wieczora, etc. Ale żeby się w nim zakochać, trzeba go poznać, pobyć z nim i w nim. Najlepiej – niespiesznie. A jeszcze lepiej nieco dłużej. A obecnie – kiedy Kazimierz stał się miejscem bardzo turystycznym – to sensownie jest to robić poza sezonem i zdecydowanie poza utartymi szlakami. Kiedy mamy czas na to, by się w nim nieco zagubić i rozsmakować, a przede wszystkim oddalić od rynku, góry trzech krzyży i bulwaru / deptaku nad Wisłą…

 IMG_2018_Kazimierz_Dolny-4

To cudowne miejsce na mapie Polski, w którym do czasów II wojny światowej istniała jedna z najznamienitszych diaspor żydowskich – zostało jakimś cudem w czasach PRL – „puszczone” – poniekąd – sobie samopas. Stanowiąc przez całe lata powojenne, a potem – nieco dla Kazimierza już “łaskawsze” 70-te i 80-te osobną i dziwną oazę dla twórców wszelkiej maści. PRL wraz z jego polityczną propagandą – się Kazimierzem Dolnym niezbyt interesował. Dlaczegóż miałby? Żyła tam na co dzień garstka ludzi, była to tzw. dziura zabita dechami. Owszem – miejsce gdzie pomieszkiwali lub żyli na stałe i tworzyli ludzie wielcy. Legendy … Ale to wiedza dzisiejsza. Wtedy – nikt sie nią nie zajmował. I być może właśnie dlatego Kazimierz Dolny nad Wisłą utrzymał swój status quo miejsca, które można śmiało nazwać “polską Szwajcarią”… Każdy, kto tam tworzył, miał dom, czy przyjeżdżał na dłużej – miał zapewnioną anonimowość (nawet jak był znany). A rzeczy działy się leniwie, w odosobnieniu, poza obiegiem, po cichu, w otoczeniu natury i niepisanej zasady, że nikt nikomu nie włazi w drogę i z butami w jego prywatność. I z prywatności nie odziera. Szczęśliwie dla Kazimierza –  zawsze było to tam mocno respektowane.

Pamiętam, że kiedy zaczęłam pracować (połowa lat 90-tych) – myślałam sobie, że kiedyś kupię sobie tam mały domek, albo kawałek ziemi. A potem jeździłam tam coraz rzadziej i rzadziej. Lata mijały mi na zwiedzaniu świata, bo taką wtedy miałam potrzebę. Ale tu wszystko się też zmieniło. I nagle okazało się, że Kazimierz Dolny nad Wisłą to jest zaprawdę “polska Szwajcaria”. Bo ceny nieruchomości obecnie wynoszą tam niebotyczne sumy…

Smuteczek. Głupia byłam, że nie pojęłam tego jakieś 20 lat wcześniej L

*   *   *

Z moim partnerem podzielamy kilka istotnie ważnych dla naszego związku kwestii. A miłość do Kazimierza Dolnego nad Wisłą jest jedną z nich. Dlatego, spontanicznie, kiedy pierwsze pomruki wiosny dotarły do Polski – postanowiliśmy, że pojedziemy tam w pierwszy nadążający się, cieplejszy weekend. Żeby było zabawniej – wydarzył się on nam – w prima aprilis 😉

 IMG_2011_kazimierz_Dolny-6

IMG_2012_Kazimierz_Dolny-5To była moja kolejna wyprawa do Kazimierza – po bardzo wielu latach przerwy. Tak się złożyło i nie czas i miejsce obecnie dlaczego – to roztrząsać. Jezusku Nazareński! Jaka to była rozkoszna wycieczka! Wiosna jeszcze nie w pełnym rozkwicie. A dopiero w “blokach startowych”. Jedyny taki moment w roku, w którym mam także poczucie, że we mnie samej dokonuje się „przebudzenie wiosny”. Że ja też wchodzę w kolejny, nowy cykl życia. Na drzewach i krzewach jaśniały w poświacie słońca nabrzmiałe z rozkoszy wygrzewania się w jego promieniach ledwo powstałe pąki, trawa dopiero co się zdążyła ledwo zazielenić. A ptaki świergoliły jak oszalałe….

Spieprzyliśmy, rzecz jasna, z rynku i jego najbliższych okolic w podskokach, gdzie tłum nieprzebrany przelewał się wzdłuż i wszerz konsumując dobra wszelakie. Auto-prezentując się niczym panie i panowie “z miasta” jak nie przymierzając, a może jednak przymierzając ;-)… na Krupówkach.

Oddalając się w boczne drogi i w wąwozy – prowadzące nas półkoliście na Mięćmierz. Nie było niestety całkowicie bezludnie, ale bywało miejscami bardzo pustawo. Co jedynie nas cieszyło. W sumie okrążyliśmy Kazimierz z prawej i lewej – popasając tu i ówdzie i ciesząc się jak dzieci tym, że jest tak pięknie, tak dobrze, i tak bardzo “poza cywilizacją”. Szwendaliśmy się bez celu. A może lepiej byłoby powiedzieć, że jedynym celem było szwendanie się ku jednemu słusznemu celowi: naszemu własnemu “joie de vivre”. 

IMG_2027_Kazimierz_Dolny.1 

Nie będzie miał ten tekścik jakowejś specjalnej konkluzji. Jest on raczej natury sentymentalnej, a takowa zdaje mi się zupełnie wniosków nie potrzebująca. Choć może jeden się by mógł wykluć…

 IMG_2024_kazimierz_Dolny.2

Moje ucieczki z miasta są coraz częstsze. A nawet coraz bardziej lubieżnie wyczekiwane… I coraz bardziej się w nich rozsmakowuję. Coraz bardziej ciągnie mnie do życia w naturze, całkiem daleko od metropolitalnego zgiełku. Choć całe dekady mówiłam o sobie per “miastowa dziewucha” J

 *   *   *

Byc może zmienił to czas, a być może digitalna cywilizacja, a może to kompilacja obu tych czynników naraz. Lubię wielkomiejskość dalej. Uważam, że ma swój urok. Ale też coraz bardziej mnie ona nudzi. Wszystko jest w niej na swój sposób – trywialnie – nastawione na stałą i permanentną ekscytację „nowym”. Ale jednak mało znaczące. W znaczeniu moich emocji. Kiedyś każda nowa knajpa, miejsce balangowe, trendowy sklep, możliwość pójścia tu i tu i tu – mnie strasznie jarała. Dziś jara mnie umiarkowanie. Może dlatego, że żyjemy w świecie, które „nowe” czyni „starym,” zanim to nowe w ogóle o byciu starym pomyśli… A ja jednak – jestem z pokolenia – dla którego brak historycznej ciągłości, brak konotacji wykraczających poza marketingowy banał – nie jest zaletą…

I jak tak sobie pojechałam znowu do Kazimierza Dolnego nad Wisłą, to zamarzyło mi się, że jak wygram w totka – to będę mogła sobie do was to wszystko pisać pomiędzy czymś, co koi moją duszę brakiem pędu, co pieści moje oczy widokami, które kocham. A w tzw. międzyczasie będę się mogła przyglądać temu, jak mi rosną własnoręcznie wyhodowane pomidory, żreć truskawki z grządki, a w zimne wieczory wpatrywać się w ogień w kominku i szaro – stalowe niebo nad Wisłą i słuchać szumu drzew. I cieszyć się byciem “poza nowości (o)biegiem”…

Tak. Rozmarzyłam się jak cholera. J

Bo taki właśnie jest Kazimierz Dolny nad Wisłą…

You may also like

ERUDYTA – czyli o prozie Alaina De Botton…
Wakacje & Inspiracje # 8 – Meksyk
Film ‚HAIR’ dla Rag & Bone – czyli znowu się zachwycam narracją marki luksusowej…
IT IS FRAMED – czyli o pierwszej wystawie street art’u w PL :-)

Skomentuj