17
maj
2016
140

BODYMAPS – czyli o kostiumach kąpielowych, które ubierają…

Z projektami ubrań Ewy Stepnowskiej zetknęłam się ponad rok temu. Pisma kobiece pisały o kolekcji dyplomowej zarówno jej, jak i kilku koleżanek z roku – absolwentek warszawskiej Katedry Mody na ASP – w samych superlatywach. Rośnie młode, zdolne pokolenie kreatywnych kobiet – ucieszyłam się. A potem o tym zapomniałam…

Kiedy, jednak, w tym roku, całkiem niedawno okazało się, że marka BODYMAPS stworzona przez Ewę w rok po dyplomie – nie tylko ma się bardzo dobrze, ale swoją najnowszą kolekcję kostiumów kąpielowych promuje za pomocą jednej z najbardziej wysublimowanych, obłędnie pięknej kampanii wizerunkowej, jakiej na polskim rynku nie widziałam od dawna – pomyślałam sobie, że bardzo chciałabym tę niezwykle utalentowaną osobę poznać i z nią porozmawiać.

Kolekcja Glass to dla mnie przykład tego, co w modzie uwielbiam. Kostiumy Ewy Stepnowskiej emanują bowiem tym, co dla mnie jest w ramach świata fashion najistotniejsze: kunsztem wykonania, elegancją, wyrafinowaniem i last but not least – bardzo inteligentnym wychodzeniem poza utarte schematy i oczywistości w tej kategorii.

 

Autorką zdjęć Kolekcji Glass dla Bodymaps jest Zuza Krajewska

 

Bodymaps.3

Jak się to wszystko zaczęło? Jak zostałaś projektantką?

Zawsze marzyłam o pójściu do szkoły modowej, ale jakoś tak wyszło, że zaczęłam się mocno przygotowywać do tego, dopiero na dwa miesiące przed egzaminami.

Nie pochodzę z artystycznej rodziny, z wieloletnią tradycją wizualnego przygotowania do odbioru sztuki. Wiele lat, całe liceum w sumie, interesowałam się modą, szyłam coś sobie, ale wydawało mi się nierealne, żeby się tym zająć zawodowo. Przynajmniej nie na tym etapie życia. Stało się jednak inaczej – w liceum wyjechałam z Polski do Monachium i poszłam do szkoły amerykańskiej, w której był bardzo rozbudowany program doradztwa zawodowego. Spotkałam tam ludzi, którzy są dedykowani do tego, żeby siedzieć z dzieciakami ze szkoły i gadać z nimi o tym, co chciałyby robić w przyszłości, w czym są dobre, jakie mają talenty, a potem to omawiać z ich rodzicami. To zresztą jest rzecz, moim zdaniem, której bardzo brakuje w polskim szkolnictwie. Bo ja po tych rozmowach dostałam coś niebywale cennego – kopa motywacyjnego i zwyżkę pewności siebie, wraz z przekazem, że jeśli projektowanie ubrań jest tym, co na prawdę chcę robić, to powinnam się tym zająć już, natychmiast. Bo jeśli to teraz porzucę, zrezygnuję, to pewnie i tak do tego wrócę, ale po innych studiach, czyli po 5 latach zmarnowanych na rzeczy które nie są tym, o co mi chodzi.

To było bardzo ważne, bo wcześniej – mieszkając w Polsce – nie miałam w ogóle szansy się z takim myśleniem zetknąć. I myślę, że gdybym nie wyjechała – nie odważyłabym się wtedy na egzaminy do ASP.

Z dzisiejszej perspektywy, jak na to patrzę – to wszystko się pięknie jakoś spotkało w dobrym czasie i momencie. Ja zawsze byłam dobra z przedmiotów ścisłych, pewnie gdyby nie ten wyjazd do Monachium, to poszłabym na studia na jakiś ścisły kierunek. Miałam zresztą takie plany. A tak, szybciej po prostu doszłam do wniosku, że “to jest to”. Na początku roku okazało się, że będzie się właśnie otwierać Katedra Mody w Warszawie, na ASP. To było tak, jakby się wszystkie elementy złożyły w całość w jednym momencie. Bo ja bardzo chciałam wrócić do Warszawy. Monachium to jest trudne miasto dla młodych ludzi, tęskniłam do Polski. Tu zostawiłam wszystkich przyjaciół, cały swój młodzieńczy świat.

Jesteś absolwentką Katedry Mody. Dlaczego zajęłaś się kostiumami kąpielowymi? To wydaje mi się dość ciekawe, zwłaszcza, kiedy pomyślę, że raczej po tego typu studiach idzie się w projektowanie “kiecek”, że tak się brzydko wyrażę…

Tak, to prawda, na studiach projektuje się całe sylwetki. I dla wielu wybór tej opcji jest naturalny. Dosyć szybko się zdecydowałam na projektowanie kostiumów i właściwie kilka miesięcy po moim dyplomie zaczęłam szukać materiałów i szwalni. Zawsze byłam skoncentrowana na tkaninach. Być może też wzięło się to z tego, że przed dyplomem na ASP zafascynowałam się strojami sportowymi w XX -leciu międzywojennym, a szczególnie tymi, które projektowano dla graczy w piłkę nożną. Zresztą inspiracje – jako takie – są dla mnie niezwykle ważne. Skupiam się zawsze w moich research’ach na smaczkach, na tym jakie  – kiedyś używane tkaniny – były w dotyku, jak wyglądały i układały się na ciele.

Fascynuje się także starymi zdjęciami. Wiele czasu poświęcam na przeszukiwanie Narodowego Archiwum Cyfrowego, dostępnego online. Uwielbiam oglądać cudze zdjęcia rodzinne, nie tyle w kontekście historycznym – co kulturowym. To mnie bardzo ciekawi, w tym kontekście właśnie. Takim powiedzmy socjologicznym.

Dlatego na moim profilu na Tumblerze prezentuję to wszystko, co jest opowieścią o tym, jak ludzie używają strojów kąpielowych, jak w nich  funkcjonują, żyją. Szukam – jeśli idzie o moje działania jako projektantki – klimatów, odniesień dla pewnych, konkretnych sytuacji.

Tak postrzegam tworzenie pewnego stylu. Bo chce tworzyć dla kobiet, w kontekście innym od tego, jak to zazwyczaj jest opowiadane i prezentowane: opalona kobieta w kostiumie na egzotycznej plaży. Ja chce moim kostium nadawać “klimat lokalny”, z uwzględnieniem historii o tym, jak kiedyś się wypoczywało, jakie mamy tradycje z tym związane.

 

Najnowsza kolekcja i jej kampania wizerunkowa, która dzieje się na basenie – jednak moim zdaniem  – zupełnie nie jest opowieścią o “Polce na wczasach”…

Tak, jak najbardziej. Absolutnie nie chce pokazywać moich rzeczy w kontekście ‘Polka na wczasach’. Wspaniałe zdjęcia, piękne modelki – to jest coś – od czego nie uciekam. To przecież sprzedaje produkt. W kampanii dla kolekcji Glass chodziło o punkt odniesienia i inspiracje – sesja została zrealizowana w kultowym miejscu, na basenie w Pałacu Młodzieży, w PKiN. Całe pokolenia warszawiaków się tam “wychowały”.

Moje inspiracje są zazwyczaj bardzo luźno transponowane na projekty. Na moim koncie na Instagramie – też chodzi mi o to, żeby się dzielić pewnym klimatem.

Bodymaps_Glass_Wiosna_2016_fot.ZuzaKrajewska_3

 

Twoją ostatnią kolekcję kostiumów kąpielowych – ja osobiście – odbieram jako inspirowaną retro. Przywodzi mi na myśl złote lata Hollywood i szyk wielkich gwiazd, którym zależało, żeby zawsze wyglądać bardzo elegancko. Nawet na plaży. Twoje kostiumy to dla mnie “stroje kąpielowe” (kiedyś się tak zresztą mówiło), coś znacznie bardziej wyszukanego niż zwykłe “bikini”.  Być może dlatego, że część z nich jest mocno zabudowana. Mogą śmiało tworzyć na przykład górę od spódnicy, czy spodni i grać w innym kontekście – przy letnim stole, z lemoniadą w dłoni.

Taki był cel. Nie celuję, w to żeby być zamiennikiem kostiumu z H&M, który się kupuje bo jakiś trzeba mieć, jak się jedzie na wakacje. Chce by moje kostiumy były takimi, które kobiety kupują, bo chcą wyglądać pięknie. Nawiązania do strojów retro, owszem tam są, ale nie jest to inspiracja 1 do 1. 

Bodymaps.4

Jak zatem Ty sama o nich myślisz? Odeszłaś od projektowania tzw. całych sylwetek na rzecz czegoś, co stanowi jedynie fragment kobiecej garderoby, nieczęsto używany zresztą w naszym klimacie…

Ja po prostu myślę, że wszystko może być produktem. Tak samo bluzki, czy sukienki. Kostiumami się fascynowałam i weszłam w to, bo jest to mała forma, na której się chciałam skupić. Nie chciałam się jako projektantka na początku drogi zawodowej porywać na całą kolekcję modową, tylko chciałam się skupić na jednej rzeczy, nad którą będą pracować. Ja zawsze nie lubiłam tych kostiumów, które były możliwe do kupienia, kiedy byłam nastolatką. Nie podobały mi się, ja się sobie w nich nie podobałam. Najlepiej wspominam takie kostiumy, które dostawało się kiedyś w paczkach z zagranicy, z lat 80-tych czy 90-tych.

Mnie też kostiumy kąpielowe fascynują, bo są jednym z niewielu “bytów odzieżowych”, które diametralnie inaczej wyglądają na wieszaku – jakoś tak nieporadnie, jakby pomarszczone – niż na ciele. Bo to na ciele muszą się rozciągnąć, przylgnąć do niego, żeby się móc wyeksponować. Z ubraniami często jest inaczej, na wieszaku potrafią być same w sobie zjawiskiem. Teraz, kiedy się zajmuję kostiumami – bardzo dużą wagę przywiązuję do tego, żeby ktoś kto je nosi – się świetnie w nich czuł. Żeby, to co projektuje było tym, czym moim zdaniem powinno być. Dawało przyjemność z noszenia i poczucia, że się wygląda dobrze i czuje tak jak się chciało je kupując – czuć. Ja nie robię z ubrań fetyszu. Dla mnie to nie jest temat życiowy – największej wagi. Uważam, że ubrania to jest przyziemna część naszego funkcjonowania. I dlatego najbardziej cieszy mnie, kiedy klientki twierdzą, że się w moich kostiumach czują dobrze, że świetnie spędziły w nich czas, na przykład wakacje. To mnie najbardziej satysfakcjonuje.

 

Skąd nazwa Bodymaps?

Ta nazwa to wynik burzy mózgów, przeprowadzonej ze znajomymi. Dla mnie samej nazwa mojej marki jest najmniej o jej dosłownym znaczeniu. Nie chodzi o mapy ciała. Raczej o cielesność, wypoczynek cielesny, a z drugiej strony – o przygodę, wakacje, czas kiedy się przemieszczamy, kiedy zmieniamy punkty na mapie świata. 

Moi znajomi i przyjaciele to ludzie głównie niezwiązani z modą. Trzymamy się razem, wymieniamy pomysłami.

Mówię o firmie jak o grupie – ale tak na prawdę jest to jednoosobowa firma, którą prowadzę sama, bez wspólnika czy partnera biznesowego. Ale mam mnóstwo przyjaciół, doradców, którzy specjalizują się w konkretnych dziedzinach, którzy pomagają mi w różnych kwestiach, takich jak marketing, media społecznościowe, czy sprzedaż. Ja nie na wszystkim się znam – więc jest to dla mnie bardzo ważne. Wiadomo, jestem po studiach projektowych, które są o tyle specyficzne, że skupiają sie na kwestiach kreatywnych, a pomijają biznes.

Processed with VSCO

pracownia Bodymaps na warszawskim Starym Mokotowie

Jak zatem pracujesz –  dużo mówisz o inspiracjach – ale jak to wygląda w praktyce?

Pracuje cały czas takim powiedzmy szkolnym trybem, którego nas nauczono na Akademii. To jest zbieranie bardzo wielu inspiracji, przez długi czas, łączenia ich ze sobą pod względami, które nie są oczywiste. Tak, aby nie była to jedynie prosta opowieść o czymś, co się kiedyś wydarzyło. Tylko, żeby to były różne rzeczy, które są ze soba zbliżone, się jakoś spajając. Na podstawie szeregu tych inspiracji, głównie zdjęć, powstaje moodboard. Na jego podstawie zaczynam rysować. Rysuje zawsze ręcznie. Teraz uczę się upraszczać ten proces, bo jednak po szkole mam skłonność do rozbudowywania moich pomysłów. Uczę się je ciąć, skracać, sprowadzać do takiego minimum, esencji, która maksymalnie prezentuje idee, pomysł.

Można powiedzieć, że idę pewnym trybem: inspiracje – moodboard – projekty – tkaniny.

Jak ważne są tkaniny?

Bardzo. Część sprowadzam z Włoch, część robię na zamówienie w Polsce. Wszystkie tkaniny to mieszanka elastanu i poliamidu, potocznie zwana Lycra. W poprzedniej kolekcji zaprojektowałam sama nadruki na moje kostiumy, w przyszłej też mam taki plan. Autorskie nadruki sprawiają, że kolekcje są bardziej wyraziste i zapadające w pamięć.

Opowiedz, zatem, czemu najnowsza kolekcja Twoich kostiumów “Glass” ma takie, a nie inne kolory?

Bodymaps.2

Robiąc kolekcje stale coś próbuję, robię prototypy w różnych zestawieniach kolorystycznych, które w jakiś sposób wynikają z inspiracji, ale później trzeba też to tak zestawić, żeby było ze sobą spójne, żeby pracowało ze sobą razem jako kolekcja. Robię też wtedy spotkania dla koleżanek i klientek. Kiedy one przymierzają te kostiumy i mówią co im się podoba, co by założyły, a co nie –  cenię sobie wtedy bezwzględną szczerość (śmiech) i na tej podstawie wyciągam wnioski – bo  to jest jednak kompromis pomiędzy tym, jaki feedback dostaję – a tym  – co chciałam pierwotnie zrobić. Więc użyte w Glass kolory eksponują te cechy kolekcji, które chciałam żeby były  wydobyte – ten klimat retro, elegancję, ale też jednak, swego rodzaju prostotę. 

Tę kolekcję trudno mi sobie wyobrazić, a zwłaszcza kilka modeli – w innym entourage‘u, niż powiedzmy – dostojne miejsce, bo jednak te kostiumy mają w sobie “zaszyty” jakiś rodzaj glamour. Zamykam oczy i nie widzę ich na trawie, na kocu na łączce, przy jakimś bajorku, w sytuacjach takich powiedziałbym “wiejsko – sielankowych”…

Bodymaps.1Tak, to było jedno podstawowe założenie dla tej kolekcji, nawet przed inspiracjami, ale właśnie myślałam o niej jako takiej – basenowej, czy do SPA, nawet tkaniny wybrane przeze mnie do niej pasują, sa grubsze, mięsiste, dają to wrażenie “ubioru”, stroju użytego do pewnego celu. I te tkaniny właśnie przeznaczone do jej uszycia – to są te najbardziej wytrzymałe, takie które zniosą długie kąpiele w chlorowanej wodzie.

 

Opowiedz o wariantach “body”, na specjalne zamówienie z tej kolekcji, tych z aplikacjami…

To są projekty, które były robione pod sesje zdjęciową, we współpracy w Robertem Kiełbem – stylistą, który produkował tę sesję i współtworzył koncepcję artystyczną razem z Zuzą Krajewską. Rozbudowaliśmy kolekcję o modele, które mają ręcznie naszywane aplikacje, a to jest bardzo trudna rzecz w produkcji.Bodymaps_Glass_Wiosna_2016_fot.ZuzaKrajewska_11Cały czas pracuję nad ofertą, która będzie spersonalizowana, na zamówienia indywidualne. Bo są osoby, które takich rzeczy właśnie szukają. Można powiedzieć, że te warianty kostiumów, nazwane przeze mnie “body” są bardziej “zjawiskowe”, choć jest to nie do końca dobre określenie. Ale są klientki, które tego właśnie pragną. Czegoś, co jest odczuwane jako unikalne.

“Body” to tylko nazwa, bo zakłada się je tak samo jak inne kostiumy kąpielowe. Ponieważ są – jednak – bardziej “ubraniowe” – są uszyte z cieńszej tkaniny. Można się w nich – oczywiście kąpać, ale jednak nie są tak mocne, jak te powiedzmy – praktyczne kostiumy basenowe. Szyte są w sposób taki jak bielizna, czyli system bezszwowym.

W Twoich kolekcjach fascynuje mnie to, że widzę, że kochasz nietuzinkowe kolory, barwy, desenie. Te body są dla mnie opowieścią o tym, że traktujesz zestawienia kolorystyczne bardzo inaczej niż większość Polek / Polaków. Moim zdaniem – jako naród – nie umiemy sie bawić kolorami w ubraniach i rzadko wychodzimy poza banalne oczywistości, typu “czarny plus biały”. Nie jesteśmy krajem, w którym beż i czerwień, pomarańcz i amarant, czekoladowy brąz i jasny błękit to kombinacje kolorystyczne, które widać na ludziach na tzw. ulicy. Opowiedz o swoich inspiracjach w tym zakresie, projektantach, których cenisz… 

Tu powinnam wrócić do opowieści o kolorach, do mojej kolekcji dyplomowej w Katedrze Mody. W “Glass” bardzo chciałam użyć czerwieni, jednak w czasie podejmowania decyzji jak ma finalnie wyglądać – czerwień została wyeliminowana. Ale chodziła mi po głowie, dlatego została użyta w tych projektach “body”, które są robione ręcznie. I bardzo czasochłonne. Nie nazwałabym ich kostiumami “haute cauture”, ale jednak blisko mi do myślenia o nich w ten sposób (śmiech), bo są to pojedyncze egzemplarze, z ręcznie naszywanymi aplikacjami.

Jesli chodzi o „body” – to połączenie odcienia nude z czerwienią jest dla mnie ważne i intrygujące w kontekście myślenia o nagości. O ludzkim ciele.

Sztuka naiwna, patrzenie oczami dziecka, kolory były zawsze dla mnie ważne, zawsze lubiłam barwy, nietuzinkowe zestawienia, a kostiumy kąpielowe się w kolorach bardziej bronią, niż na całej sylwetce.

Lubię brać rzeczy z jednego kontekstu i osadzać je w całkowicie innym. To dla mnie jest najważniejsze. Ja cały czas przyglądam się rynkowi i chcę robić rzeczy inne od głównych nurtów. Na szczęście kostiumy kąpielowe to jest coś, co można zrobić na sto sposobów.

Dzieci, wraz z ich estetyką i użytkowaniem barw, stare zdjęcia – to moje główne źródła inspiracji. Jeśli chodzi o projektantów – nie mam jednego ulubionego. Nigdy nie miałam, nawet kiedy aplikowałam na staż do Marca Jacobsa, którego uwielbiam. Ale podziwiam też Driesa Van Notena i Haidera Ackermanna.

To porozmawiajmy o tym stażu. Dla wielu ludzi to wielka rzecz taki staż. Jak to się stało, że pół roku spędziłaś w studio projektowym Marca Jacobsa w NYC i co Ci to dało?

W szkole jest obowiązek robienia staży. My – jako pierwszy rocznik – postanowiliśmy, że będziemy mierzyć wysoko (śmiech).

Dlaczego akurat Marc Jacobs?  – ja zawsze chciałam pracować właśnie u tego projektanta, do niego (ale kilku innych też) aplikowałam i do niego – ku mojemu zachwytowi – się dostałam. Spędziłam tam pół roku. To było tym bardziej ważne, bo w przypadku takiego stażu potrzebny jest zwyczajnie fart. Bo ogłoszenia o stażu ukazują się jedynie raz na jakiś czas, ale trzeba też mieć szczęście i trafić na moment, że kogoś potrzebują, albo coś zwróci ich uwagę akurat w twoich pracach.

Ja Marca Jacobsa uwielbiałam “od zawsze”, jest dla mnie przykładem projektanta bardzo indywidualistycznego i “chodzącego pod prąd”. Jest swego rodzaju rebeliantem. Mnie to zawsze strasznie pociągało. I to, że ciągle tworzy coś nowego. Ze stażu pamiętam wyraźnie, że mnie zawsze zachwycało to, że na wybiegu jego rzeczy były bardzo widowiskowe, a na wieszakach w studio – jak najbardziej użytkowe. To mój ideał tworzenia. Chciałam też bardzo, nie ukrywam, jechać do Nowego Jorku. To było pierwsze miejsce, najważniejsze o którym myślałam, że chciałabym móc pomieszkać, pożyć choć trochę. Miałam dziesiątki wyobrażeń na jego temat, na temat tej wspaniałej mieszanki kulturowej, jaka tam jest. I przyznaje – nic a nic mnie nie rozczarował.

Nauczyłam się tam bardzo dużo. Są takie staże gdzie się siedzi i takie gdzie się jest. To był ten drugi przypadek. To jest małe studio. Jest trzech projektantów, dwóch asystentów. Nie ma wielu stażystów, najwyżej pięciu – przed pokazem. I wszyscy pracują na niedużej przestrzeni, więc  jest nieograniczony dostęp do tego wszystkiego, co robią. Pomaga się im cały czas. Od jeżdżenia po tkaniny, szukanie ich w sklepach, pomaganie przy próbnikach, po chodzenie po kawę. Dzisiaj pewnie bym oczekiwała czego innego, bardziej chciałabym się skupić na projektowaniu, ale wtedy to doświadczenie bliskości, obecności w studio projektowym u kogoś, kogo się podziwia było bezcenne. To, że widziałam cały proces produkcji, jak są odszywane produkty, zbiór inspiracji, moodboard, jak czerpać z rzeczy vintage, jak wyglądają rysunki. To wszystko jest dla mnie absolutnie nieocenione przy okazji mojej dzisiejszej pracy. To są niby małe, techniczne rzeczy, ale bardzo, bardzo cenne. Choć być może nie najbardziej kreatywne. 

Ale jednak wróciłaś na studia…Dlaczego?

No tak, bo jednak bez studiów w modzie nie bardzo sobie siebie wyobrażałam w pracy. Jeśli nie zakłada się swojej marki, dyplom licencjacki jest niezbędny. A wtedy zakładałam jeszcze, że może będę chciała wyjechać z Polski i pracować dla kogoś. To jest najbardziej klasyczna droga kariery w modzie – po studiach idzie się swego rodzaju drogą korporacyjną – idzie się na staże do dużych producentów odzieżowych, do domów mody i później awansuje, jak w każdej innej dużej firmie, jest się w “teamie projektowym”. Myślę, że to fajna praca. Czasami wybitni projektanci z teamu przejmują nadzór nad kreacją dla jakiegoś domu mody, czy marki (np. Sarah Burton z teamu Alexandra McQueena), ale rzadko kto pracując w domach mody ma taki cel. I niewielu osobom się też to udaje.

A ciebie to nie pociągało?

Nie, zupełnie. Gdybym nie miała swojej firmy, bardzo chciałabym pracować w teamie projektowym. Nie mam potrzeby promowania swojego nazwiska, dlatego Bodymaps to Bodymaps, a nie Ewa Stepnowska. Wydaje mi się że większość projektantów uwielbia pracę w grupach, nie ma potrzeby wybijania się.  Bo ich celem nie jest przecież przejęcie tego biznesu, tylko to, żeby projektować na najwyższym poziomie. I tak tych nazwisk, którym się udaje zarządzać kreatywnie największymi domami mody jest jedynie kilkadziesiąt na świecie.

Mimo, że teoretycznie mam na to dyplom, nie lubię określać siebie jako “projektantka mody”, w języku polskim to takie górnolotne określenie. Bliżej mi do projektanta produktu. „Projektant mody” brzmi napuszenie, kosmicznie nawet…

Tak naprawdę bycie projektantem to jest bardzo odosobniona praca. To są godziny spędzone na próbach, samemu z tkaniną. I nie wszyscy umieją sobie radzić z tym, że żeby się wybić, trzeba wychodzić do ludzi, robić mnóstwo rzeczy, które z projektowaniem jako takim nie mają nic wspólnego. Najlepiej by się czuli, gdyby robił to za nich ktoś inny. I mnie osobiście praca projektanta mody się tak właśnie kojarzy. Zupełnie inaczej, niż to jest postrzegane w Polsce.

Za granicą mamy mnóstwo takich przykładów. Jeden z moich ulubionych projektantów – Raf Simons – nigdy nie był na przykład medialny. Nie udzielał prawie w ogóle wywiadów, nie było wielu jego zdjęć w Internecie, choć był bardzo znany i szanowany w branży. Dopiero, kiedy zaczął pracować dla Diora – zaczął być osobą medialną. Pewnie tego od niego wymagano.

Genialnie – jak ktoś nie ma z tym problemu – tak jak Karl Lagerfeld. To jest dla marki cudowne. Ja wierzę, że się można tego nauczyć.

Bodymaps_Glass_Wiosna_2016_fot.ZuzaKrajewska_2

Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?

Dwie kolekcje rocznie, rozłożenie akcentów, takie mam założenie obecnie, chcę by firma była elastyczna i dostosowywała się do tego co się sprzedaje, oraz do tego, co słyszę od klientek.

Ten rok już odczuwam jako ogromny progres. Nie mam bardzo mocno sprecyzowanych planów, a na pewno nie duży, rozpisany na lata plan. Jestem zwolenniczką małych kroków. Chcę by moja firma rosła organicznie, powoli, by się rozwijała razem ze mną, w moim – swoim rytmie. Jeśli chodzi o markę i jej asortyment – to jeśli myślę o jakimś konkretnym rozwoju – to trzymać się on będzie dalej kontekstu wakacyjnego, wypoczynkowego. Powiedzmy zatem, że bliżej mi w przyszłości do kolekcji wakacyjnych sukienek, niż do bielizny, do której od kostiumów kąpielowych byłoby w moim przypadku najbliżej. No tak, chyba jednak nie lubię chodzić najbardziej utartymi szlakami (śmiech).

You may also like

Partnerstwo przede wszystkim! – czyli o marce JOHN & MARY
FERRARI
OPPENHEIMER
JANE BIRKIN – HISTORIA IKONY…

Skomentuj