5
sty
2024
21

FERRARI

FERRARI (Ferrari) Reż. Michael Mann, Scen. Troy Kennedy Martin i Brock Yates na podstawie książki jego autorstwa „Enzo Ferrari: The Man, The Cars, The Races, The Machine”; Obsada: Adam Driver, Penelope Cruz, Shailene Woodley, Patrick Dempsey, Giuseppe Bonifati, Derek Hill, USA, 2023

W przypadku obrazów biograficznych o postaciach takich jak Enzo FERRARI poprzeczka oczekiwań widzów zawsze jest ustawiona wysoko. Bo nazwisko Ferrari to IKONA. LEGENDA. W mojej opinii Ferrari film jest absolutnie świetny w oglądaniu i zagrany mistrzowsko! Ale kunszt narracyjny tego obrazu będą mogli docenić w pełni jedynie widzowie o sporej wiedzy na temat kultury i historii Italii. Reszcie zostaje „rozrywka na wysokim poziomie”…

 

Tytułem wstępu:

Co roku czekam na pewne filmy na polskich ekranach – bardziej niż na inne. To dość banalna przypadłość kinofilska. I Ferrari – najnowszy obraz samego Michaela Manna – reżysera, którego nazwisko na zawsze już zapisało się w wielkiej księdze kina („Gorączka”, „Ostatni Mohikanin”, „Informator”) – do nich należy. Mann to facet, który na biznesie filmowym zjadł zęby. Przez ponad 40 lat kariery wyprodukował więcej filmów niż nakręcił (a tych jest ponad ćwierć setki), do wielu na dodatek napisał także scenariusze. Nie byłabym sobą, gdybym nie dodała również, że uchodzi za twórcę, który świetnie pracuje z aktorami i z pionem operatorskim. A te dwie kwestie plus ciekawa historia są esencją kina jako sztuki!

Nie będę zanudzać Was dygresjami o moich kinofilskich podnietach,  radosnych piskach i przyspieszonym tętnie – gdy kolejne szczegóły dotyczące tej produkcji wpadały na moje internetowe radary. Byłam pewna, że Adam Driver i Penelope Cruz stworzą rewelacyjne kreacje jako Enzo i Laura Ferrari, a Erick Messerschmidt  doskonałe zdjęcia, itp itd. Do realizacji filmu Ferrari została zatrudniona światowa crème de la crème kinematografii we wszystkich najważniejszych pionach produkcyjnych (montaż, scenografia, kostiumy, muzyka). Dawno przy żadnym obrazie nie pracowało tylu posiadaczy oraz nominowanych do statuetki Oscara – jak przy tym 😎

Kiedy Ferrari wjechał z głośnym piskiem opon na zeszłoroczny MFF w Wenecji, a wyjechał z niczym – trochę się zdziwiłam, no ale festiwale filmowe rządzą się swoimi prawidłami  – to po pierwsze, a  po drugie – konkurencja w zeszłym roku była na serio poważna i wielka. Przegrać z Yorgosem Lanthimosem – wstydem nie jest…

Kiedy jednak okazało się, że polscy recenzenci i to ci „lepsi” zaczęli pisać o Ferrari w trybie „przyczepię się do czego się da” – wiedziałam, że tym bardziej muszę skonfrontować się z tym obrazem sama… 

**UWAGA DYGRESJA! – będę wredna i będzie ulewanie jadu – w myśl zasady: muszę bo się uduszę. 

**Od wielu już lat obserwuję proces pauperyzacji zawodu recenzenta filmowego, co piszę ze smutkiem, bo moją kinofilską wrażliwość kształtowały opinie tuzów tej profesji w Polsce. Ale to było w czasach analogowych, gdzie teksty poświęcone danemu tytułowi drukowało się na papierze, w periodykach dedykowanych miłośnikom kina, a periodyki te były czytane przez ludzi, którzy mieli inne oczekiwania oraz inny poziom wiedzy na temat kina niż obecny widz. Resztę katastrofy dopełniły media społecznościowe oraz kult tzw. zasięgów. Dziś o filmach „opowiada” czy raczej filmy sprzedaje ludziom każdy kto chce, wystarczy, że ma spersonalizowane medium (np. kanał na youtube albo konto na IG, czy X). Social media pełne są zatem „recenzji filmowych” popełnianych przez dwudziestoletnich masterów zasięgów, zatem ich poziom najczęściej przybiera postać: „Elo kochani, wjechałem wczoraj na Ferrari, polecam ten vibe i sound. No i te włoskie widoki, a furki wiadomiks – każdy kocha ten klasyczek”.

Co gorsza „profesjonalni recenzenci” (czytaj ci, którzy się takimi nazywają, nie zawsze po filmoznawstwie, najczęściej pracujący jako dziennikarze dla różnych redakcji zamawiających u nich teksty na temat kina) w swoich recenzjach poświęconych obrazowi Ferrari wykazywali się tak nikłym poziomem wiedzy dotyczącym osoby o jakiej traktuje bądź co bądź film biograficzny, jak również o kulturze włoskiej i epoce o jakiej ten film opowiada – że aż było mi głupio 🫣

Nie mam dla nikogo (a zwłaszcza siebie 😂) słów pociechy. Nie zanosi się żeby było lepiej… 

Kwękania na temat tego, że amerykański film jest grany w języku angielskim – są moim zdaniem zwyczajnie głupie. To nie jest pytanie do Michaela Manna (a tym bardziej nie może być to zarzut) czemu Włosi nie zrobili filmu o człowieku, którego legenda zbudowała wizerunek tego kraju, ze swoimi aktorami i po włosku. On o możliwość nakręcenia biografii Enzo Ferrari zabiegał od dekad….

Podkreślę więc jeszcze raz – wszystkie zarzuty jakie wyczytałam wobec filmu Ferrari świadczą moim zdaniem o bardzo niskim przygotowaniu merytorycznym odnośnie postaci i kontekstu o jakim traktuje ten film. Budzi to moją skrajną irytację. I nie zamierzam się z tego tłumaczyć, ani tego ukrywać. 

Ferrari to film co najmniej bardzo dobry, który doskonale buduje napięcie i ogląda się go świetnie, dzięki fenomenalnym kreacjom Drivera i Cruz. Piękno Włoch jako kraju i sylwetki bolidów wyścigowych marki Ferrari dopełniają wizualną ekstazę jaką obraz ten stanowi dla każdego estety. Dodatkowo chylę czoła przed twórcami, że zadali sobie trud aby pokazać postać Enzo Ferrari na tle czasów i kulturowych uwarunkowań w jakich dosłownie wykuwała się jego legenda światowa. Dostajemy zatem pełnowartościowy dramat o człowieku, który był genialnym konstruktorem i innowatorem i wybitnie utalentowanym projektantem. Był jednym z pierwszych biznesmenów na świecie, który zrozumiał znaczenie wpływu designu na wizerunek marki! A jednocześnie – jako człowiek prywatny – klasycznym włoskim machismo: szarpanym namiętnościami i pożądaniem do kobiet, targanym wyrzutami sumienia, poczuciem winy, spętanym przez kulturę swego kraju, upupionego od zawsze w religijnej i społecznej hipokryzji – synkiem nie mogącym się „odpępnić” od matki i mężem, który przysięgał w kościele i na zawsze. Rozwody we Włoszech w tamtych czasach były nielegalne!

 

*     *     *

Aby zrozumieć dlaczego Michael Mann w filmie Ferrari opowiada jedynie fragment biografii człowieka, którego nazwisko jest znane globalnie – trzeba podejść do tego od właściwej strony. A jest nią fakt, że obraz ten  opowiada o kimś, kto stworzył nie tylko jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek na świecie, ale który sam stał się marką osobistą. Enzo Ferrari był fenomenem na skalę światową. Wybitny kierowca rajdowy, samouk bez studiów inżynieryjnych – nie tylko zbudował imperium motoryzacyjne i ustanowił rodzaj wzorca z Sevres dla myśli konstrukcyjnej w przypadku samochodów wyścigowych. Był też człowiekiem, który jak mało kto umiał widzieć we właściwym świetle  potegę mediów masowych i ich krwiożerczy charakter. Całe życie kreował swój wizerunek publiczny tak jak chciał. I zanim powstała jego biografia książkowa – przez dekady swego długiego życia (zmarł mając 90 lat w roku 1988 – do końca zarządzając swoją firmą!) o jego życiu prywatnym było wiadomo niewiele i uchodził za wyjątkowo nieprzeniknionego i więcej niż powściągliwego w słowach… 

Poproś dziecko, aby narysowało samochód, a na pewno narysuje go na czerwono…

Jest rok 1957. Dobiegający 60-tki Enzo Ferrari (absolutnie doskonały Adam Driver!) ma w rodzimej Modenie status niemalże boski. Cóż się dziwić, Włochy odbudowują się z mozołem po wojennym upadku właśnie dzięki takim ludziom jak Ferrari. To on i podobni mu przemysłowcy i przedsiębiorcy pracują w pocie czoła na sukces zbudowanych przez siebie marek na rynkach zagranicznych. To dzięki takim ludziom jak Enzo, który jest wrażliwy nas sztukę i piękno – projektowanie przemysłowe i design staną się w przyszłości osobnymi dziedzinami nauki. Przyjrzyjcie się kiedyś logotypowi Ferrari, które rozpoznają ludzie na całym świecie i spróbujcie sobie odpowiedzieć na pytanie z czym się Wam kojarzy, a potem zestawcie je sobie z odcieniem czerwieni samochodów wyścigowych, które rozsławiły tę markę. Ten kolor jest symbolem i metaforą wszystkiego co jest esencją życia i nadaje mu pęd: władzy, pożądania i krwi….

Ale my – widzowie – poznajemy Enzo od strony prywatnej, tej do której nie mają dostępu ani mieszkańcy Modeny, ani dziennikarze, ani pracownicy jego fabryki, w której po porzuceniu kariery kierowcy rajdowego od dekady buduje swoje „magiczne” auta, którymi chcą jeździć wszyscy, łącznie z koronowanymi głowami państw. 

W bukolicznym pejzażu, w ogrodzie pełnym drzew owocowych skryta przed ciekawskich wzrokiem stoi stara willa. To tam bladym świtem budzi się Enzo Ferrari w pierwszej scenie filmu, budzi u boku kobiety (Shailene Woodley), a potem wymyka po cichutku, po drodze odwiedzając sypialnię małego chłopczyka…

Kilka minut później  widzimy go w scenie ze „ślubną”, już w Modenie, w wielkim, pięknym kamienicznym apartamencie, w którym Enzo Ferrari  – jak na „prawdziwego Włocha” przystało pomimo 60tki na karku wciąż mieszka razem z matką…

Pracoholik, człowiek do bólu pragmatyczny, racjonalny, doskonały strateg  w biznesie – jest w najtrudniejszym momencie swojego życia osobistego. Jego firma stoi na skraju bankructwa, zaś małżeństwo z Laurą (fenomenalna Penelope Cruz!) niegdyś ukochaną żoną i partnerką w firmie, kobietą piękną i inteligentną – leży w gruzach. Oboje są w żałobie po zmarłym niedawno dorosłym synu, który od lat cierpiał na nieuleczalną chorobę. Michael Mann wymownie, subtelnie i esencjonalnie portretuje obraz stadła, którego nie da się uratować. I Enzo i Laura są świadomi tego, że śmierć syna, a wcześniej wieloletnia walka z jego chorobą, nawet bardziej niż niewierność Enzo – zrujnowała do cna wszystko, co było między nimi piękne i co ich łączyło kiedyś jako parę. Teraz łączą ich jedynie żałoba, smutek, gorycz i wspólne interesy…

Ferrari nie umie i nie chce przegrywać – kiedy więc jego zaufany prawnik przedstawia mu opłakany stan finansów firmy i możliwości wyjścia z impasu – a jednym z nich jest sprzedaż biznesu Amerykanom, a konkretnie Fordowi (recenzję filmu „Le Mans 66” w którym znajduje się ten wątek z biografii obu motoryzacyjnych gigantów znajdziecie tu) Enzo postanawia, że choć nie planował znowu brać udziału w wyścigach samochodowych, tym bardziej, że konkurencja z roku na rok rośnie i najlepszych kierowców werbuje też Ernesto Maserati – postawi wszystko na jedną kartę i weźmie udział w jednym z najtrudniejszych wyścigów na świecie. Liczącym ponad 1500 kilometrów rajdzie przez całe Włochy, znanym jako Mille Miglia. Zwycięstwo to szansa na ocalenie firmy. Przegrana oznacza stratę wszystkiego.

*     *     *

Opis fabuły filmu, która w dużej mierze wbrew temu co wypisują pismaki jest jednak poświęcona scenom rajdów samochodowych – postanowiłam skrócić do minimum i unikać wszelkich spoilerów – z premedytacją. Przyznaję szczerze, że walnie dlatego, że dawno mnie nie zirytowało tak niesprawiedliwe, a przede wszystkim płytkie intelektualnie potraktowanie przez ludzi piszących czy gadających o  filmach – jak w przypadku obrazu Ferrari! Nie twierdzę, że jest to obraz wybitny. Ani najlepszy w dorobku Michaela Manna. Natomiast twierdzę, że jest to film świetny – tym bardziej gdy wiem z jak skomplikowaną materią mierzył się reżyser i wszyscy, którzy przy tym obrazie pracowali. Ja doceniam gargantuiczną prace Amerykanów nad tym by pokazać nam postać o statusie legendy – jak najbardziej „po włosku” – jak się da. Co więcej uważam to za największa zaletę tego filmu – szacunek wobec kultury, która Enzo Ferrari ukształtowała i która uczyniła go – na swój sposób – tym kim był. Zarówno jako przemysłowiec jak i figura męska i osoba prywatna. 

Trzeba umieć czytać ten film. Kiedy wie się o czym jest opera Don Giovanni Mozarta i zna się film „Małżeństwo po włosku” z ikonicznymi rolami Marcello Mastroianni i Sophii Loren – jakże znamiennymi dla kontekstu kulturowego Italii z tamtych lat – film Ferrari nabiera głębi – tej, o jakiej –  jak sądzę – jego twórcom chodziło. 

Enzo Ferrari stał na niewidzialnych pomnikach już za życia z wielu powodów i stanowił jakiś nieodgadniony „ideał” dla wielu ludzi. Kiedy byłam dzieckiem, w czasach PRL, mali chłopcy marzyli o zabawkach – tzw. żelaźniakach Ferrari. A duzi o prawdziwym samochodzie tej marki w swoim garażu. Kiedy dorosłam i zaczęłam studiować i uczyć się o markach i marketingu – słowo Ferrari wymawiano z nabożną czcią. I to ostatnie akurat ma miejsce po dziś dzień. 

Kiedy, już po seansie Ferrari w kinie – zadumałam się nad tym obrazem – dotarło do mnie, że najbardziej podoba mi się w dziele biograficznym Michaela Manna podejście, czy też perspektywa z jakiej patrzy na swojego bohatera. Jego Enzo Ferrari – jako mężczyzna w roli męża, syna i kochanka to przeciwieństwo tego kim był jako projektant, konstruktor i przedsiębiorca. Prywatnie: miękki, chwiejny, uległy. Zawodowo: racjonalny, pragmatyczny, władczy, cyniczny, twardy, konsekwentny, waleczny. A przede wszystkim pełen skrywanego przed opinią publiczną ognia i pasji. Myślę, że czerwień samochodów, które wzbudzały pożądanie na całym świecie – jest metaforą. To w nich i dla nich lojalnie i do końca biło serce Enzo Ferrari. I to właśnie chciał zostawić jako swoje dziedzictwo… 

 

 

***Wszystkie zdjęcia i przytoczony cytat pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu FERRARI na rynku polskim: Monolith Films

You may also like

CZASEM MYŚLĘ O UMIERANIU
OBSESJA
CHŁOPIEC I CZAPLA
BIEDNE ISTOTY

Skomentuj