20
lut
2015
92

VIVIANE CHCE SIĘ ROZWIEŚĆ

Viviane chce się rozwieść (Gett. The trial of Viviane Amsalem). Reżyseria i scenariusz: Ronit Elkabetz i Shlomi Elkabetz. Wyk. Ronit Elkabetz, Simon Abkarian, Francja / Niemcy / Izrael, 2014

plakat_vivianechcesierozwiesc

Nieprawdopodobnie wspaniały film! Nakręcony praktycznie w dwóch pomieszczeniach z kilkoma aktorami – ma moc najlepszego hipnotyzera!

Żebym nie wiem jak się starała – nie wymyślę nic innego – ten obraz jest kwintesencją wszystkiego co najlepsze w tzw. kinie zaangażowanym społecznie i bez zbędnych frazesów – wybitnie zrealizowanym.

Pokazywana na najważniejszych festiwalach filmowych (Cannes, Toronto, San Sebastian, Londyn) izraelska produkcja nominowana do Złotych Globów w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny – to kolejna rewelacyjna fabuła z bliskiego wchodu po “Rozstaniu” Asghara Farhadiego z 2011 roku, w którym wnikliwa diagnoza społeczna prowadzi do zekranizowania historii– posiadającej najważniejsze zalety filmów dokumentalnych.

Viviane chce się rozwieść jest trzecim obrazem – owocem współpracy – rodzeństwa Elkabetz, stanowiącym (jak u Linklatera) trylogię, opowiadającą historię pewnego małżeństwa. Ale ani “To take a wife” (2004), ani “7 days” (2008) – nigdy nie trafiły do dystrybucji kinowej w Polsce.

Nie zmienia to faktu, że ostatnie ich dzieło jest filmem, który jest zamkniętą opowieścią, absolutnie doskonale zrozumiałą i bez oglądania dwóch wcześniejszych ‘części’.

Viviane chce się rozwieść należy do gatunku “dramat sądowy” – i nie będzie przesadą stwierdzenie, że jest w tej kategorii więcej niż świetny.

Wieloletnie zmagania tytułowej bohaterki – śledzi się – przepraszam – za być może niefortunne (ale moim zdaniem trafne) porównanie – jak najlepszy mecz w tenisa. Nasza uwaga i emocje przez dwie godziny “krążą” nieustannie (niczym piłka) pomiędzy rozwodzącymi się małżonkami a składem sędziowskim.

Viviane… w niezwykle poruszający sposób metaforyzuje palący problem żydowskich kobiet, “uwięzionych” w procedurach, z którymi Izrael jako państwo wyznaniowe się obecnie boryka. Bowiem w Izraelu – o rozwodzie decyduje fakt, czy mąż udzieli go żonie – wręczając tzw. “gett” – a jest to coś w rodzaju religijnego uprawomocnienia (coś, co w rzymsko – katolickiej wierze i obrządku można by porównać do przysięgi jaką składają sobie ślubujący w kościele – tylko że przysięga ta – składana również niejako przed Bogiem – dotyczy zerwania więzów małżeńskich), bez którego żadna para nie jest w stanie oficjalnie być uznana za rozwiedzioną, bez względu na wyrok sądu. A jest to nie sąd świecki – tylko rabiniczny.

A kobieta, która nie uzyska rozwodu (czyli zgody małżonka) tak długo, jak formalnie pozostaje żoną jakiegoś mężczyzny, nie może założyć nowej rodziny ani rozpocząć nowego życia. Wciąż nosi na sobie stygmat „mamzer” (nie mogącej formalnie wejść w nowy związek).

Zresztą, moim zdaniem – ten obraz jest wybitny także z innego względu. Skupiając się na trwającym 5 lat procesie, w którym tytułowa Viviane Amsalem (wspaniała rola Ronit Elkabetz), z pomocą swojego adwokata walczy o prawo do samostanowienia, godności, wolności osobistej: do tego, by móc oficjalnie “rozłączyć się” z mężem Elishą (również świetny Simon Abkarian) – człowiekiem, z którym zwyczajnie i po prostu przestała chcieć żyć – zmusza do refleksji nad znacznie głębszymi i poważniejszymi sprawami… Pokazuje właściwie Izrael “w pigułce” jako państwo. Państwo, którego ostoją jest wiara i wartości uznawane za niepodważalne.

Małżeństwo Viviane i Elishy zawarte zostało w młodym wieku, ani z wielkiej miłości, ani pod szczególnymi naciskami – jednakże zawarte niejako głównie w umocowaniu tradycji. Poznali się, przypadli sobie do gustu, on był z odpowiedniej rodziny. Miało to sens. Oboje od tamtego czasu żyli, wypełniając, jak umieli najlepiej swoje powinności wobec religii, tradycji, wyznawanych przez ich otocznie wartości. Do czasu. Przyszedł taki moment bowiem, w którym “względne współobcowanie” stało się niemożliwe. Dla każdej ze stron, a szczególnie dla Viviane – choć każde z małżonków ma zupełnie odmienne na to zapatrywania, inną optykę i postrzeganie przyczyn nieznośnej koegzystencji. Viviane chce rozwodu. Jej mąż nie. Dochodzi w sądzie rabinicznym do wieloletniej “wojny”, w której argumenty każdej ze stron są opowieściami o czymś, co “adwersarz” uznaje za poniżające i niezrozumiałe.

Muszę przyznać, z całą pokorą i szacunkiem, że obrazowi Viviane chce się rozwieść udało się dokonać czynu niebywałego. Film ten jest bowiem powieścią znacznie większą i wnikliwszą niż można by się spodziewać.

Religia, jej doktryny, dogmaty, kręgosłup moralny, który tworzy dla rzeszy jej wyznawców – pozbawiona cząstki “ludzkiej” wraz z jej ułomnościami jest gigantycznym problemem. „Oliwy nie da się połączyć z wodą” – pada takie zdanie w tym filmie. Prawda stara jak świat. I to o tym jakże przenikliwie i mądrze mówi głównie ten film: najgorszy rodzaj więzów jaki może łączyć ludzi to tzw. freudowskie “love&hate relationship” czyli relacja typu “miłość – nienawiść”. Relacja “chora”, cholernie silna ale i wyniszczająca – obie strony. Prędzej czy później staje się nie do zniesienia.

 

You may also like

PARYŻ, 13. DZIELNICA
WINONA RYDER: mistrzyni, outsiderka
MIĘDZY DWOMA ŚWIATAMI
MEN

Skomentuj