23
Maj
2018
11

ELLA i JOHN

ELLA i JOHN (The Leisure Seeker). Reż. Paolo Virzì, Scen. Stephen Amidon, Francesca Archibugi, Francesco Piccolo i Paolo Virzì na podstawie powieści Michael’a Zadooorian’a. Wyk. Helen Mirren, Donald Sutherland, Christian McKay, Janel Moloney, Francja / Włochy, 2017

Do filmów takich jak ELLA i JOHN mam bardzo osobisty stosunek. I nie zamierzam go w poniższej recenzji ukrywać.

Bowiem Ella i John to obraz, który ma dla mnie niezbywalnie poważną zaletę. Opowiada o rzeczach niezwykle istotnych – tak społecznie, jak i jednostkowo. I robi to w sposób na wskroś humanistyczny i wzruszający.

Jego dodatkowym walorem jest pozbawione cierpkiej ciężkości i weredyzmu podejście do tematu wciąż tabuizowanego – jakim jest starość i miłość (w tym fizyczna). I w ogóle do problemów ludzi w wieku, w którym zaczynają odchodzić z tego świata – tak literalnie, jak i metaforycznie.

Ale przede wszystkim stanowi Ella i John piękną, acz nie pozbawioną realizmu opowieść o tym, co większość z nas wypiera ze świadomości. A jest tym czymś fakt, że prawdziwa miłość i związek z drugim człowiekiem to kwestia wyboru. I ponoszenia jego konsekwencji. Tak samo w dobrym, jak i złym. I że żyjemy w świecie, w którym zdajemy się już o tym zupełnie nie pamiętać…

Ella i John - plakat

Ella i John to anglojęzyczny debiut włoskiego reżysera Paolo Virzì (znanego z filmu, który spotkał się z bardzo przychylnym odbiorem wśród widzów: “Zwariować ze szczęścia”). W dodatku ze zdjęciami samego Luca Bigazzi (“Wielkie Piękno”; “Młodość”; “Młody Papież Paolo Sorrentino), zwycięzcy na MFF w Cannes w roku 2008 za pracę operatorską przy “Il divo”. Już same te fakty znamionują, że Ella i John to obraz, który mieć powinien szereg kinematograficznych zalet.

Ale i tak najważniejszym z nich – w przypadku tematu, który Ella i John porusza – pozostaje OBSADA!

Ellę gra (nominowana za tę rolę do Złotego Globa w s p a n i a ł a – jak zawsze – Helen Mirren), a Johna – Donald Sutherland, legenda Hollywood (“Klute”, “Parszywa dwunastka”), posiadacz “honorowego Oscara” za całokształt twórczości i zdobywca dwóch Złotych Globów.

Polecam ten obraz gorąco wszystkim tym, którzy kiedykolwiek oddali się refleksji nad sprawami ostatecznymi i znaczeniem pojęć takich jak: radość życia, miłość, związek, seks, przyjaźń, rodzicielstwo. A jeszcze bardziej tym, którzy oddali się refleksji nad nimi – stawiając sobie pytania o to, jak sami zamierzają się uporać z odpowiedziami na nie w obliczu nieuleczalnej choroby, niedołęstwa czy też utraty sprawności umysłowej.

A ponieważ żyjemy w kulturze, w której powyższe kwestie są wciąż tabuizowane, a problemy ludzi zwanych “staruszkami” są marginalizowane – delikatnie chcę przypomnieć, że wszyscy nimi kiedyś będziemy…

Ella_i_John_2

*   *   *

Ella i John Spencer to małżeństwo nie tylko z bardzo długim stażem, ale bardzo udane. Kochają się i lubią ze sobą spędzać czas. Mają swoje kody porozumiewania się, ulubione zwroty i sposoby spędzania czasu wolnego. Darzą się wzajemnym szacunkiem i tym rodzajem uczuć, które stanowią sedno udanego związku: są wobec siebie czuli i uważni na potrzeby partnera.

Im więcej scen z ich udziałem, tym bardziej rozumiemy, że ich wspólnota jest oparta o podwaliny, których nikt i nic nie jest w stanie zastąpić. I choć mają odrębne charaktery i osobowości – ona jest pragmatyczna, mocno stąpająca po ziemi, rzeczowa, a jednocześnie bardziej od niego skłonna do ryzyka, spontaniczna i radosna, on zaś – pedantyczny, monotematyczny ale także spokojniejszy i bardziej  refleksyjny. To razem się wspaniale uzupełniają. I tworzą tandem. Jedyny w swoim rodzaju.

Poznajemy ich w dość specyficznym momencie życia. Oboje są już starzy. I oboje chorują. Poważnie. Czytaj – nieuleczalnie. Ona wydaje się radzić sobie ze swoim opłakanym stanem zdrowia lepiej. On praktycznie nie jest już świadomy tego, jak bardzo radzić sobie przestał. Ma postępującą demencję. Kiedyś był profesorem literatury, specjalistą od prozy Ernesta Hemingwaya. John wielbi pisarza tak bardzo, że Elle postanawia, że w ich ostatnią podróż po Ameryce pojadą z Bostonu gdzie mieszkają aż na Florydę, a dokładnie do Key West, gdzie znajduje się dom (obecnie muzeum) Hemingwaya. Wybierają się tam swoim ulubionym, wielgachnym camperem, pieszczotliwie zwanym przez nich “Leisure seeker” (tropiciel radości).

Ella_i_John.3

Jest zatem w pierwszej, najpłytszej warstwie narracyjnej Ella i John wariacją na temat gatunku, jakim jest kino drogi. Bo bohaterowie będą przemieszczać się do celu przez kolejno odwiedzane miejsca – z przygodami. Ich podróż będzie miała zatem charakter sentymentalny, choć także podszyty komizmem sytuacyjnym.

Lecz w zasadzie – w swej głębszej warstwie – jest Ella i John zarówno hołdem dla piękna jakim jest związek dwojga kochających się ludzi. Jak i w ogóle pochwałą miłości, oddania i poświecenia w imię uczuć i w imię wyznawanych wartości. Czyniąc tym samym ten obraz w najgłębszych pokładach narracji – melodramatycznym.

Ella_i_John.5

Bo też ta podróż, czy też chwilowa ucieczka od tyranii obecnego świata choroby dwojga starych ludzi, którzy najlepsze lata mają już dawno za sobą jest de facto opowieścią o świecie, w którym wybrany i ukochany partner stanowi wartość najwyższą. Sedno życia. Stanowi o jego sensie. Dla Elli i Johna – ich wielodekadowy związek stanowi wartość tak wielką, że próbują zmierzyć się, w imię tego wszystkiego co ich łączyło, w imię ich wielkiej miłości i w hołdzie dla swojego związku z wszystkimi okrutnymi przeciwnościami, jakie ich choroby przed nimi postawiły. Robią to wbrew woli swoich dzieci i wbrew “zdrowemu rozsądkowi”.

Spiritus movens tej ich ostatniej przygody jest Ella. Która boryka się ze starością swoją i męża w dwójnasób. I to jej postać jest punktem ciężkości, na którym oparto scenariusz.

W moich oczach czyni on film Verzi’ego jak najbardziej wiarygodnym. I życiowym. Bo John z racji demencji, z mężczyzny, w którym Ella kiedyś się zakochała, którego wybrała na życiowego partnera, który całe życie jej imponował wiedzą i erudycją, dowcipem i wdziękiem – zamienił się w “duże dziecko”. Wymagające stałego nadzoru i opieki. Demencja zrobiła z niego kogoś, kto jest po trosze ‘nieobliczalny’. To raz. A dwa – kogoś, kto nie jest właściwie już sobą. Czasami, w lepszych momentach przypomina kogoś, kogo Ella zna i kto zna ją i ich wspólny świat. Częściej jednak to jakiś “obcy”, któremu to kim jest i co w ogóle razem robią – musi mu tłumaczyć.

Czy można go za to winić?

I czy można mieć mu to za złe?

Nie zmienia to faktu, że Elli jest trudno się z tym pogodzić, a jeszcze trudniej dźwigać to na swoich barkach, które same są już stare i wymagają wsparcia.

Czy można jej frustracji nie rozumieć?

I czy można jej nie współczuć?

*   *   *

Ella_i_John_jpg

Ella i John jest w moim odczuciu udaną próbą połączenia wody z ogniem. Filmem, w którym Virzi’emu nad podziw dobrze i sprawnie udało się opowiedzieć o kwestiach, z którymi na poziomie mistrzowskim, acz dojmująco smutnym zmierzył się swego czasu Michael Haneke w swym arcydziele “Miłość”.

Włoch także w swoim filmie rysuje studium przypadku, opowiadając o ludziach, których starość i przypisany jej szereg okrutnych niemożności – ich wzajemną miłość i los w przyszłości wraz z bagażem coraz bardziej podłych doświadczeń – stawia przed znakiem zapytania.

Co dalej?

Czy życie stanowiące ogromny ciężar i cierpienie ma sens?

Zastanawiałam się podczas seansu tego filmu nad tym jaki jest mój osobisty stosunek do tego, że scenariusz z kwestiami de facto dojmująco poważnymi radzi sobie posiłkując się tonem głównie lekkim (choć nie zawsze), a często – komediowym. Porzuca minorowy ton i stara się nam powagę sytuacji bohaterów przedstawić tak, byśmy nie czuli znoju unurzania w ich problemach, a jedynie stanowili obserwatorów, próbujących spojrzeć na to co jest ich udziałem bez poczucia bycia dręczonym…

Zastanawiałam się aż do kulminacyjnych scen. I do puenty, której Wam nie zdradzę…

Ale mogę powiedzieć Wam jedno. Zrozumiałam, że miało to swoje bardzo dobre uzasadnienie. Jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Virzì wziął na warsztat kwestie, które z zasady nie są atrakcyjne. I od których cały mainstreamowy dyskurs nie tylko kinowy ale społeczny – ucieka. Bo na końcu filmu Ella i John miałam oczy mokre od łez.

I dotarło do mnie, że jeśli kino ma możliwość aby budzić w ludziach pytania, by zmuszać do refleksji, by dawać powody do zastanowienia się nad najważniejszymi kwestiami – to każdy kto potrafi to uczynić – zasługuje na brawa. Bo “in the end of the day” kino to także sztuka mówienia o tym co najtrudniejsze w sposób łatwiejszy. A czasami nawet zabawny. A Ella i John to obraz, który powstał po to, by przyciągnąć do kina ludzi, którzy nie lubią lub nie chcą mierzyć się z ciężkimi tematami na sposób ciężki. To film, któremu udała się trudna sztuka: uciekając przed tym co nieznośne do myślenia, wypierane, zamiatane pod dywan – naokoło, na swój ciepło-zabawny i ironiczny sposób doprowadza widzów i tak do miejsca, w którym pytania o kwestie najważniejsze nie unikną.

*** Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu ELLA i JOHN na rynku polskim: UIP Polska.

You may also like

CZŁOWIEK DELFIN
CZŁOWIEK, KTÓRY ZABIŁ DON KICHOTA
TIMOTHEE CHALAMET-świat oszalał na jego punkcie :-)…
McQUEEN

Skomentuj