2
sie
2016
79

ASHTANGA – czyli jak wsiąkłam w YOGĘ …

YOGA w moim życiu pojawiła się po raz pierwszy jakieś 5 lat temu. Wzięła się z pytania: ale o co chodzi? Czemu niektórzy moi znajomi tak w nią wsiąkli? I tak bardzo ją kochają, jest dla nich tak bardzo ważna, konstytuuje ich sposób myślenia, wyznawane wartości, nie wspominając o tzw. lifestyle’u?

Ciekawiło mnie to. Bo ja – moi mili – nie jestem buddystką. Ba! Nie jestem nawet wegetarianką. I nie aspiruje do „oświecenia” 😉 Ale kiedyś do mnie dotarło, że za żadne skarby świata nie chcę w życiu stać w miejscu. I jest to klucz do tego tekstu, w najszerszym znaczeniu tego słowa.

Stanie w miejscu (nawet najpiękniejszym, najbardziej luksusowym i “wypasionym”) kojarzy mi się ze stagnacją. Z ugrzęźnięciem na mieliźnie. Rozwój zaś wymaga pracy, wysiłku, konsekwencji. Ale także – o paradoksie! – czego całe lata nie byłam w stanie dostrzec – powtarzalności. Czyli jednak swego rodzaju rutyny 🙂 Przede wszystkim zaś – przekraczania. Przechodzenia poza granicę tego, co już było.

Charlotte Rampling, Vogue, 1976, zdjęcie autorstwa Helmuta Newtona

Dlaczego o tym piszę w tym miejscu? By rzucić światło. By powiedzieć wam, że YOGA stała się dla mnie czymś, co cenię sobie szczególnie. A wzięła się z pytania. Prostego – jak konstrukcja cepa. Czemu jest taka wspaniała i co takiego daje ludziom ją praktykującym, że nie mogą przestać?

W tym miejscu powinnam wspomnieć o czymś, co jest w całej tej opowieści mocno ważne. Jestem kobietą, która od ponad 20 lat uprawia fitness. Dużo fitnessu. Być może, by uwiarygodnić mój tekst powinnam go zilustrować szeregiem zdjęć. Jak ćwiczę. Być może – kiedyś ten blog taki będzie 😉 tymczasem musicie spróbujcie mi zaufać, że nie kłamię.

Ćwiczę codziennie – bo lubię. Bo jestem od tego uzależniona. To moje najlepsze i najbardziej wartościowe uzależnienie w życiu. 🙂

I dlatego, że jestem próżna. Nie widzę powodu, żeby kłamać. Taka jest prawda. Kiedy zaczynałam – byłam drobną, szczupłą dziewczyną. Zaczęłam to robić (początek lat 90-tych zeszłego stulecia), bo chciałam byc “trendy”, a w wolnej Polsce pojawiły się pierwsze profesjonalne kluby fitness.

Nie dorabiam do tego filozofii. Dzisiaj, po dwóch dekadach – z mało czego jestem tak zadowolona, jak z tego, że moja miłość własna zaprowadziła mnie na salę ćwiczeń.

Bo wiecie co? Pomijając umoralniające gadki na temat tego, że to zdrowe, ważne i potrzebne – mieszczę się w ten sam rozmiar od lat. I nigdy nie byłam na żadnej diecie. Bo diet nienawidzę. I kiedy stoję nago przed lustrem, to mam poczucie, że ta metoda jednak działa.

Tak. Tak też. I tak, jest to dla mnie ważne.

Ta praca daje kołacze. Godzina dziennie. Konsekwentnie. Nie ma że okres, że był ciężki dzień, że boli głowa, że coś tam. Godzina dziennie.

Żelazna konsekwencja.

Rozwój to także rutyna. Powtórzę to jeszcze raz.

I co ma do tego YOGA? Czemu ma służyć powyższa dygresja?…

Otóż, YOGA była z początku – jak wspominałam – jedynie pytaniem. A zaprowadziła mnie gdzieś, gdzie siebie samej się najmniej spodziewałam. I to jest clue programu!

Próbowałam chodzić na różne jogi. Nie znając sie na ich rodzajach, nie poszukując realizacji jakiejkolwiek filozofii. Nie czytając o twórcach poszczególnych szkół. Nie miałam poczucia, że ta wiedza jest mi do czegokolwiek potrzebna. Próby trwały ze dwa lata. W sumie zaliczyłam ze czterech instruktorów. Jedni byli lepsi, drudzy gorsi. Ale i tak – dla mnie – kogoś, kto od lat był przyzwyczajony do wysiłku mięśni w rytm „umpa, umpa” i do interwałowego tempa – nie mogłam się jakoś wkręcić. Racjonalizowałam sobie te kwestie dość prosto – wmawiając zgodnie z porzekadłem „że jak nie pomoże, to na pewno i nie zaszkodzi” – że yoga jest fajna. Ale prawda była taka, że się nudziłam. Stanie w kolejnych asanach przez kilka minut, te wszystkie indoktrynacyjne gadania, które towarzyszyły prowadzeniu zajęć przez różnych instruktorów, u których bywałam, a które brzmiały na przykład “pochyl rozum przed sercem” (nie wymyśliłam tego, tak mówił jeden pan, do którego chodziłam na zajęcia przez kilka miesięcy) mnie zwyczajnie irytowały.

Bo ja w yodze nie szukałam rozwoju duchowego i sensu życia. Szukałam czegoś, czego sama jeszcze wtedy rozpoznać nie umiałam…

Byłam zniechęcona. Był czas, że pomyślałam, że mam to gdzieś. Te całą yogę. Po cholerę mi ona? Mam swój grafik. Ułożyłam go sobie sama, z biegiem lat, obserwując swoje ciało, rozmawiając z zaprzyjaźnionymi instruktorami – że najlepsza jest różnorodność. Że dla mojego “fizis” i jego kondycji – najlepiej będzie – przeplatać zajęcia aerobowe, wysiłkowe, takie jak tzw. sztangi (power pump), ze strechingiem, pilatesem, fit ballem, etc. Że to daje efekty.

Nie muszę (?) wam chyba mówić, że z biegiem lat każda forma ćwiczeń aerobowych stała się rutyną. Nic już dla mnie od ponad dekady nie było na tych zajęciach wyzwaniem. Klepałam je wszystkie jak kolejarz bilety w przedziale. Ciach, ciach, ciach. Znałam każdy układ, każdej instruktorki na pamięć. Mogłam robić pompki, przysiady, skłony, układy choreograficzna na rozgrzewkach z niemalże zamkniętymi oczyma. Od lat odbywałam mój grafik – bo dawał mi to, o czym wspominałam. Rachunek sie zgadzał. Ciało mi odpłacało włożonym wysiłkiem. Obrazek w lustrze się zgadzał. Git.

Żelazna konsekwencja. Jeszcze raz powtarzam.

Ale ciągle coś mnie gnało w strone “magicznej jogi”. Ciągle kusiły mnie te pytania: czemu coś daje? jak daje? co daje?

I przyszedł ten dzień. Trzy lata minie – we wrześniu tego roku. Trafiłam na Ashtange Yoge. Do pewnej instruktorki. Tej, która umiała ze mnie zrobić kogoś, kto się w jodze zakochał. I kto nie wyobraża sobie bez niej życia.

Czemu? Bo dała mi w końcu odpowiedź na to, czego w niej (nieświadomie) szukałam.

Nie przez gadanie. Nie przez indoktrynację słowną. Nie przez żadne techniki, które miałyby mnie w jakikolwiek sposób zasocjować z czymkolwiek oprócz sekwencji asan, które mam wykonać. I tego, co mi dają. To moja najpiękniejsza droga w ćwiczeniu się – jaką kiedykolwiek podjęłam!

Ashtanga Yoga stała się dla mnie lustrem, w którym oglądam to co jest, a nie to, co chciałabym zobaczyć! To, że kondycje mam, kiedy zaczęłam z nią swoja drogę – wiedziałam. To, że sie przyda – też. Ale nie wiedziałam tego, że yoga będzie tak cudownym wyzwaniem do poznania siebie! Że stanie się dla mnie symbolem samorozwoju!

Ashtanga Yoga stała się dla mnie czymś, co każdego tygodnia pokazuje mi, że “cel jest niczym, podróż jest wszystkim”. To ona mi unaoczniła wspaniałość tej antycznej maksymy!

To na tych zajęciach uczę się cały czas, że moje ciało, które postrzegałam z taką dumą, jako super fajne – jest pełne niedomówień, tajemnic, blokad, niemożności. I że “sky is the limit”. To na yodze nauczyłam się myśleć o ciele – jako zespolonym z umysłem. I w zupełnie inny sposób widzieć kondycję ludzką. To fenomenalne doświadczenie!

“Moja” instruktorka jest kobietą, która potrafi rzeczy, jakie wciąż nie mieszczą mi się w głowie! Choć nie czyni z tego jakiejkolwiek „sprawy”. Niemożliwe czyni możliwym. I w ten sposób daje najpiękniejszy i najlepszy przykład!

To dzięki niej i Ashtandze Yodze zrozumiałam coś – czego nikt nie był mi w stanie wytłumaczyć – bo w tym przypadku sama teoria się kompletnie nie sprawdza. Człowiek to skomplikowana machina. I choć nie lubimy o tym myśleć w ten sposób – holistyczna. Ciało i umysł stanowią jedność. Na żadnych zajęciach fitness nigdy się tego nie doświadczy. Nigdy.

Yoga to jedyny rodzaj ćwiczeń, w którym nie da się oszukiwać. To, co w głowie – przełoży się na możliwości cielesne lub ich brak. Każda gonitwa myśli, każdy brak skupienia zaskutkuje natychmiast – odmową, regresem.

Yoga to także oddech. Ta kwestia jest tu kluczowa. To jedyne zajęcia w moim życiu, podczas których uczę się uwalniać umysł od myśli, jakichkolwiek, mieć świadomy kontakt z ciałem. Być w tym co robię, niczym innym. Skupić się tylko na wykonywanej asanie. Ashtanga mi to ułatwia. Bo jest bardzo dynamiczna.

Kiedy zaczynałam – nie umiałam i nie mogłam za wiele. Owszem – moje ciało miało pewne predyspozycje. Tak. Ale nic ponadto. Wszystko co w ashtandze yodze sobie wypracowałam, wzięło się z uważności i świadomego podejścia. Skupienia. Kiedy chce się do niej podejść jedynie kondycyjnie – nie działa. Widziałam przez te trzy lata, regularnych zajęć, dziesiątki osób, które od yogi “odpadły”. Nie były w stanie znieść braku szybkich wyników. Działo się tak, dlatego, że chcieli swoje ciała forsować, zmuszać do rzeczy, których ono nie chciało im dać – „na żądanie”.

Bo yoga wymaga czasu, skupienia, uwagi. A przede wszystkim nie można jej stawiać warunków, ani narzucać tempa. To nic nie da.

Na żadne zajęcia odkąd zaczęłam yogę praktykować – nie chodzę z większym zaangażowaniem. Bo ona jedyna daje mi poczucie, że tyle z niej wyniosę, ile włożę. Jasne – dotyczy to wszystkich ćwiczeń, ale jedynie yoga pozwala mi się rozwijać również mentalnie.

Niedawno zaczęłam próbować stawać na głowie. Co kiedyś było dla mnie – nie do pojęcia! Potwornie się tego bałam. Miałam lęki, że się przewrócę i złamię sobie kark. Zaczynałam od “nie, ja tego nie zrobię, nigdy”. A dziś próbuję. Powolutku, z pomocą instruktorki, idzie coraz lepiej. Miewam oczywiście gorsze dni i regresy. A potem jest zwrot, jakiś przełom. I znów jestem kawałeczek dalej.

Kawałeczek.

Konsekwencja.

Mnie osobiście ASHTANGA YOGA zaprowadziła do tej właśnie konkluzji – której kiedy się za nią rozglądałam – nie szukałam. To nie tylko żmudna praca. To przede wszystkim – podróż. Najpiękniejsza z możliwych – bo tam, gdzie mnie jeszcze nie było. 🙂

You may also like

Trzeba znaleźć swój wzór – czyli o NOMAD WARSAW…
DE LONGHI & BRAD PITT… czyli o znaczeniu słowa „PERFETTO”
RESET
ODA DO okularów przeciwsłonecznych – czyli o marce RAY BAN…

Skomentuj