23
Sie
2019
0

BÓL i BLASK

BÓL I BLASK (Dolor y Gloria) Reż. & Scen. Pedro Almodóvar, Wyk. Antonio Banderas, Asier Etxeandia, Penélope Cruz, Nora Navas, Cecilia Roth, Leonardo Sbaraglia, Asier Flores, Hiszpania, 2019

Najnowszy film Pedro Almodovara BÓL I BLASK zaiste olśniewa! Zamyka w sobie (co przepięknie sugeruje tytuł) tajemnice tworzenia rzeczy wielkich. Wizualnie porażająco wręcz piękny, stanowi opowieść głęboko refleksyjną, trzyma sam wobec siebie swego rodzaju dystans, który daje dojrzałość i perspektywa lat. Jest delikatny, wyważony, melancholijny, czuły, a jednocześnie podszyty leciutkim dowcipem, czy nawet autoironią. Almodóvar maluje ten obraz kreską arcymistrza: pełną, mięsistą, eksplodującą feerią barw. A przy tym cudownie klarowną, nie przytłaczająca nadmiarem, pozbawioną maniery. Dojrzałą, okrzepłą w stylu i formie. Ręką kogoś, kto o swej twórczości patrząc nam głęboko w oczy mówi: oto ja, ja który pokazuje się wam taki jaki jestem. I to z czego utkane jest moje życie filmowca i artysty. Ból i blask to jego nieodłączne składowe.

W czym tkwi tajemnica wielkości pewnych reżyserów? Na czym polega ich fenomen? Jako  wielbicielka twórczości Pedro Almodovara (acz nie oznacza to, że wszystkie jego obrazy lubię czy cenię tak samo) często miałam poczucie, rozmyślając nad tymi, które zrobiły na mnie największe wrażenie i które kocham najbardziej (“Drżące ciało”; “Przerwane objęcia”; “Złe wychowanie”; “Wszystko o mojej matce”; “Kwiat mojego sekretu”; “Kobiety na skraju załamania nerwowego”; “Volver”), że Almodovara wielbię za jego wybujałość formy; za ekspresję, niekiedy na granicy kiczu; za melodramatyzm, czasami graniczący z histerią. Za to wszystko, co czyniło go w moich oczach reżyserem jedynym w swoim rodzaju, takim, którego obrazów w tzw. blind teście, czyli bez podania nazwiska twórcy nie można byłoby pomylić z kimkolwiek innym.

Bez wątpienia potrafią to jedynie najwięksi. Iluż reżyserów, o których można to powiedzieć zna światowa kinematografia?

W Ból i blask Almodóvar pokazał się po raz pierwszy jako twórca, który po ponad trzech dekadach robienia filmów w stylistyce, jaką wielu innych próbowało naśladować, a czasami wręcz mniej lub bardziej udolnie kopiować – wpuszcza nas do swojego intymnego świata z pozycji nie artysty, który niekiedy wykorzystuje wątki autobiograficzne jako tworzywo dla swych prac, ale człowieka z krwi i kości, który artystą – jedynie bywa. I przyznaję, że perspektywa ta wzruszyła mnie do głębi. Dotknęła do żywego. Spowodowała, że jako widz odebrałam Ból i blask całą sobą, do trzewi. Jest to film imponujący wrażliwością, szczerością, wyważeniem środków wyrazu. Dojrzałą powściągliwością. A to, co buduje jego wielkość to fakt, że portretując swego bohatera z wielką czułością, z osobistym, intymnym zaangażowaniem –  pozwala nam – widzom – jednocześnie zespolić się z nim i tym, co go dotyka. Ból i blask jest niczym osobiste zwierzenie, list lub pamiętnik, który został nam ofiarowany w zaufaniu. Ujawnia skryte do tej pory lęki, obawy, frustracje, niepewności, cierpienia, niemożności, ukryte motywacje, marzenia i niespełnione plany. Z wiarą w to, że spotkają się z empatią. I że pozwolą nam one spojrzeć na ich autora tak jak on sam patrzy na siebie. Swoje życie. Zmagania z nim, w tym twórcze. Jak by chciał nam powiedzieć: mój blask to także mój ból. Pamiętaj o tym…

*    *    *

Od strony wizualnej jest Ból i blask – w moim odczuciu – zdecydowanie najpiękniejszym filmem Almodovara w całej jego dotychczasowej karierze – porażającym wręcz maestrią kompozycji i zastosowanej palety barw. Tak jakby reżyser w tym właśnie dziele skumulował wszystko to, co od strony plastycznej od zawsze czyniło jego filmy jedynymi w swoim rodzaju. Tym razem poddając oszałamiającą intensywność kolorów, która jest dla jego twórczości niezwykle istotna oraz wysublimowanie wybranych kompozycji barw, a zwłaszcza ich łączenia w zestawy obróbce nie tylko symbolicznej, ale czyniąc z nich osobne, głębokie metafory. Podkreślające wymowę jego ostatniego dzieła w sposób dojmująco przejmujący. Jeśli miałby istnieć jeden, jedyny powód dla którego uważam, że Ból i blask powinien być szeroko omawiany na zajęciach w szkołach artystycznych (nie tylko filmowych) na świecie – to właśnie ten. Nie jestem w stanie zachwytu jaki we mnie wzbudził pod tym względem oddać słowami…

Nie odmówię sobie w tym miejscu osobistej dygresji, bo praca kostiumografów jest moim filmowym “konikiem” od dawna: prostota, a jednocześnie wyrafinowany szyk i elegancja strojów, jakie nosi Penelope Cruz, a zwłaszcza Antonio Banderas kreujący w Ból i blask główną rolę to jest coś tak nieskończenie, wysublimowanie pięknego, że mi ciarki zachwytu przebiegały po plecach za każdym razem, kiedy tylko bohater pokazywał się w kolejnym z nich! Odpowiada za nie po raz kolejny już pracująca z Almodovarem Paola Torres.

Za – obłędnie estetyczną scenografię (jak i całą oprawę wizualną) – również od lat współpracownik hiszpańskiego reżysera, pełniący role Art Director’a na planach jego filmów: Antxón Gómez.

Za zdjęcia: José Luis Alcaine (to jego piąty film zrobiony razem z Almodovarem).

A za muzykę – nagrodzony na tegorocznym MFF w Cannes (najlepszy kompozytor) wspaniały Alberto Iglesias. Którego ścieżki dźwiękowe towarzyszą dziełom Pedra Almodovara od dawna. I każdy kto tak jak ja, ma za każdym razem załzawione oczy i pociąga nosem na dźwięk utworu “Cucurrucucú Paloma” wykonywanego przez Caetano Veloso, a który to utwór towarzyszył filmowi “Porozmawiaj z nią” z roku 2002 – wie dokładnie o czym mówię…

*    *    *

Choć Ból i blask nie jest filmem stricte autobiograficznym, a jedynie luźno wplata pewne wątki z życia Pedro Almodovara do opowieści o pewnym reżyserze filmowym (f e n o m e n a l n y – nagrodzony na tegorocznym MFF w Cannes za najlepszą rolę męską Antonio Banderas – w najwspanialszej kreacji aktorskiej w całej dotychczasowej karierze, a który odbierając nagrodę ze łzami w oczach tak ten fakt skomentował: Kocham Pedro – jest moim mentorem i mistrzem. Gram w filmach od 40 lat. To trudny zawód, pełen bólu. Ale zdarzają się chwile blasku i chwały. To jest właśnie ta chwila.) – trudno oglądając ten obraz nie mieć poczucia, że hiszpański reżyser uczynił z postaci Salvadora Mallo kogoś, kto stanowi jego alter ego. Tak jak by Almodóvar, któremu Banderas zawdzięcza swoją karierę (zadebiutował w jego filmie z roku 1982, pt. „Labirynt namiętności”), a których obu połączyła dawno temu serdeczna przyjaźń, oddanie i lojalność wiedział, że nikt inny nie będzie w stanie oddać tego, z czym zamierzył się rozprawić w swoim najnowszym dziele. Można by powiedzieć – na swój sposób rozliczeniowym, czy raczej podsumowującym lata twórczej pracy. I lata życia – jako takie.

Bo też lata rozumiane jako upływający czas, lata rozumiane jako perspektywa, która wszystko zmienia, lata rozumiane jako dochodzenie do dojrzałości, a nawet najszerzej – lata jako to, co nas, każdego z nas w naszym ludzkim gatunku dookreśla najbardziej i przedstawia nam samych siebie i wszystko co nas dotyczyło w kontekście, ktory może dać jedynie fakt zmierzenia się z ich upływem – stanowią kanwę tego obrazu.

Salvador Mallo (jeszcze raz podkreślę – przejmujący do bólu i olśniewająco wspaniały w oddawaniu tytułowego przesłania Banderas) jest uznanym, szanowanym, kultowym hiszpańskim reżyserem filmowym. Poznajemy go w czasie dla niego bardzo szczególnym. Salvador od dawna cierpi na niemoc twórczą. Ale w zasadzie – cierpi – głównie fizycznie. Na szereg przypadłości. Czy uwiąd kreatywności jest ich przyczyną, czy też skutkiem – tego nie wiadomo. Tej tajemnicy nie zgłębił do tej pory nikt, kto nie tworzy. Ale każdy kto jest twórcą wie, że fizyczne cierpienie jedynie z rzadka uszlachetnia. I choć potrafi być paliwem dla aktów twórczych, częściej jednakże stanowi dla nich blokadę…

Salvador stroni od mediów i bardzo chroni swoją prywatność. Jego życie towarzyskie i społeczne jest zredukowane do minimum. I w zasadzie sprowadza się do dość przypadkowych czy też wręcz wymuszonych kontaktów z kilkoma osobami, w tym z asystentką, która jest jego łącznikiem ze światem artystycznym, z którym bohater wyraźnie od pewnego czasu nie chce mieć już nic wspólnego. Mallo zdaje się być pogodzony z tym, że jego twórcza energia utknęła na mieliźnie (być może na zawsze), a on sam osiadł na mentalnej (i fizycznej) emeryturze.

Przyczynkiem do powrotu do wydarzeń minionych, refleksji nad nimi i swego rodzaju imperatywem by się z nimi zmierzyć, a tym samym do wyjścia z impasu i zwrotowi ku twórczej aktywności – stanowiącej klamrę spinającą film Ból i blask – staje się fakt, że hiszpański instytut filmowy postanawia przedstawić szerokiej publiczności poddany obróbce cyfrowej film Salvadora sprzed 30 lat, uchodzący obecnie za klasyk kinematografii.

Mallo nie wie sam co o tym myśleć. Kiedy po latach ogląda go ponownie, widzi go zupełnie innymi oczyma niż kiedyś. Obraz ten, który był dla niego tyle lat temu niezwykle ważny, kluczowy, przełomowy – dziś budzi w nim niechęć. Nieprzyjemne wspomnienia. Na jakiś sposób go odrzuca. Ale nie pozostawia obojętnym. Jak słusznie zauważa jego asystentka: “ten film jest taki sam jak kiedyś, to twoje spojrzenie na niego się zmieniło”…

*    *    *

Od momentu, w którym obolały fizycznie, cierpiący Salvador zdecyduje się najpierw odwiedzić aktora: Alberta Crespo (bardzo dobry Asier Etxeandia), który grał główną rolę w jego słynnym dziele filmowym, a z którym zerwał relacje lata temu w wyniku konfliktu na planie filmowym, będziemy śledzić jego dzisiejsze życie – “tu i teraz” – naprzemiennie z reminiscencjami z najważniejszych wydarzeń z dzieciństwa. Wspomnienia relacji z ukochaną matką (w tej roli cudowna Penelope Cruz), siebie samego jako małego chłopca (świetny Asier Flores), miasteczka, do którego przeprowadziła się jego rodzina w poszukiwaniu lepszego życia, szkolnych zajęć i obiektu pierwszej fascynacji erotycznej –  będą się płynnie mieszać. I prowadzić Salvadora na powrót ku zrozumieniu meandrów jego życia, a nas czynić jego świadkami. Obejrzymy jego oczyma spotkania i rozmowy z ludźmi, którzy stanowili kiedyś dla reżysera osoby niezwykle znaczące emocjonalnie. Kluczowe, zatem, także dla jego późniejszej twórczości. Będziemy podążać za głosem, którym nam o sobie opowiada.

I zaręczam Wam, że ta melancholijna, czuła podróż w głąb siebie i świata, które (o)budowało życie Salvadora jest jednocześnie czymś nieskończenie cudownym w oglądaniu, olśniewającym formą, jak i wzruszającym mocą prawdy, która z niej bije. Almodóvar pokazuje nam świat swojego bohatera na sposób bajeczny wizualnie – błyszczący najpełniejszym blaskiem stylistyki, tak znamiennej dla niego. I latami cyzelowanej. Acz jednocześnie nie pozbawionej umiejętności obrazowania bólu, który przez nią przenika, jakby na stałe weń wsączony. A który wynika nie tylko z cielesnych niedyspozycji Salvadora, ale refleksji nad tym wszystkim czym życie jest, nad jego przemijaniem, nad śladami jakie w nas zostawia. I tym w jaki sposób się odciskają. I czym stają się po latach.

Tak jest na przykład w przypadku wątku poświęconemu przypadkowemu spotkaniu po latach z miłością jego życia, dawnym kochankiem Federico (Leonardo Sbaraglia).

Ból i blask – jest jednym z najpiękniejszych filmów o tym, czym jest życie artysty, twórcy – jaki powstał w dziejach kina. Intymnym, szczerym, wspaniałym w swym “odsłonieniu się” portretem kogoś, kto dojrzał tak samo osobiście jak i artystycznie do tego by stanąć niejako ponad, czy poza tym czym jest jego sztuka. Poza formą. Poza kadrem. Tak jakby Almodóvar chciał tym obrazem zdjąć z siebie jakiś ciężar, odrzucić bagaż przeszłości, wyswobodzić się. Stanąć przed nami –  widzami w swej najczystszej postaci. W której on sam widzi siebie jako kogoś, kto doświadczył w życiu już tak wiele, tak wiele przeszedł, tak dużo zrozumiał z siebie, z tego co zarówno go kształtowało, napędzało jak i gniotło czy blokowało – ze może sobie pozwolić na gest obnażenia swego miękkiego podbrzusza. Nie musi, czy też już dłużej nie chce chować się za maskami kolejnych, napisanych przez siebie postaci, przesadą, emfazą, dziką ekspresją. Za symbolami, ukrytymi znaczeniami, zawoalowanymi odnośnikami do czasów minionych.

To także obraz, który dogłębnie porusza erudycją filmową i uwielbieniem dla sztuki – jako takiej. Salvador Mallo został zobrazowany jako ktoś, o kim wiemy, że tworzenie, potencja twórcza w kinie, które umiłował jako środek wyrazu dla swojego ja – to świat, z którego czerpie siły witalne. Który buduje jego joie de vivre. Stanowi o nim. Świat, który konsekwentnie konstruował po swojemu, pomimo i na przekór wszelkim przeciwnościom. Któremu się całkowicie poświęcił, który jest esencją jego życia.

Jest to zatem poniekąd także i film dedykowany ludziom sztuki, twórcom. Artystom. Tym wszystkim, którzy wykreowali ważne dla swych odbiorców światy. Którym Ból i blask oddaje w ten sposób swego rodzaju hołd.

Tam gdzie jest wielka sztuka – zdaje się mówić swoim obrazem Almodóvar – za każdym blaskiem skryty jest jakiś ból.

I ja mu wierzę. Tak bardzo, jak bardzo nie wierzę w sztukę, za którą nie stoi (takie czy inne) ale swego rodzaju bolesne zmaganie.

 

*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu BÓL i BLASK na rynku polskim: Gutek Film

You may also like

PAVAROTTI
W DESZCZOWY DZIEŃ W NOWYM JORKU
KRÓL LEW
MIDSOMMAR

Skomentuj