26
sty
2015
95

ELLEN DeGENERES – moja ulubiona Pani od (u)śmiechu

Ellen DeGeneres (lat 57) pracowała na swój medialny sukces długo. Zaczynała w latach 80tych jako “stand – up comedian”, między 1994 a 1998 była gwiazdą popularnego sitcomu “Ellen”, by w 2003 roku stworzyć autorski: “The Ellen DeGeneres show”, który od ponad dekady jest nieustającym pasmem sukcesów.

Dość powiedzieć, że Ellen ma na koncie: 13 nagród Emmy (sic!) i 14 statuetek “People’s choice Award”.

W zeszłym roku po raz pierwszy poprowadziła ceremonię rozdania najważniejszych nagród filmowych na świecie – czyli Oscarów i była rewelacyjna (a “wywalili” się na jej prowadzeniu już wielokrotnie i najbardziej znani szołmeni i lubiani, popularni aktorzy).

To dzięki Ellen w roli gospodyni – moim zdaniem – ten największy show, oglądany corocznie przez miliony ludzi na świecie, nie był kolejnym wydaniem – owszem doskonale zorganizowanej – ale pompatycznej i “nafąfanej” nudy.

Publiczność ją kocha, a i trudno znaleźć w szowłbiznesie amerykańskim jakąkolwiek gwiazdę, która by Ellen nie ceniła i nie chciała być zaproszona do jej programu.

Dlaczego?

Otóż, moim zdaniem dlatego, że Ellen po mistrzowsku opanowała sztukę bawienia ludzi w sposób przyjemny i odprężający: bywa złośliwa – ale leciutko, wbija szpileczki (nie zaś szpile!) i nigdy nie jest jej celem bawienie się cudzym kosztem! Bo DeGeneres głównie śmieje się… Z SIEBIE SAMEJ! A także pozwala błyszczeć (na ich własny sposób) zaproszonym gościom!

Tak, marzę o tym, by w polskiej telewizji pojawiła się postać jej formatu. Oraz o tym, by programy, u których podstaw leży założenie “o dostarczaniu rozrywki” nie służyły głównie temu, aby prowadzący(a) mógł zrealizować “na oczach milionów” swoje narcystyczne auto-zachwyty.

Ps. “Mile high club” – w amerykańskim slangu oznacza ludzi, którzy tworzą “nieformalną grupę” tych, którzy zrealizowali swoją fantazje erotyczną o seksie na pokładzie samolotu.

You may also like

Trzeba znaleźć swój wzór – czyli o NOMAD WARSAW…
Oda do marki CELINE – czyli o osobowości, stylu i wartościach…
7 x JARMUSCH – czyli z miłości do kina…
DE LONGHI & BRAD PITT… czyli o znaczeniu słowa „PERFETTO”

Skomentuj