2
gru
2021
24

Oda do marki CELINE – czyli o osobowości, stylu i wartościach…

Tytułem wstępu:

Pokaz kolekcji damskiej “ready to wear” marki CELINE na jesień / zimę 2021 obejrzałam w Internecie, rok po ogłoszeniu pandemii, która wszystkim odmieniła, a niektórym wręcz przeorała życie… Został zorganizowany kilkadziesiąt kilometrów od stolicy Francji, w ogrodach Château Vaux-le-Vicomte – moim zdaniem – jednak z pewnym zamysłem bardziej socjologiczno-psychologicznym niż artystycznym (nic nie ujmując temu drugiemu). Młode kobiety – modelki szły przez pałacowe ogrody, niczym po paryskim bruku, w rytm nowoczesnego podkładu muzycznego, a przecież za scenerię mając dziedzictwo narodowe Francji. Vaux-le-Vicomte jest jednym z najstarszych zespołów pałacowo-ogrodowych nad Sekwaną. Budynek wzniesiono w latach 1656-61, dla wysokiego urzędnika na dworze Ludwika XIV. Pałac uznany jest za pierwsze na świecie dzieło architektoniczne w stylu klasycyzującego baroku. Twórcą ogrodu był z kolei uznawany za najwybitniejszego przedstawiciela szkoły geometrycznego ogrodu francuskiego na świecie: André Le Nôtre.

*   *   *

Przechodzę de sedna. Im dłużej filmik z pokazu oglądałam, tym bardziej czułam się nim na jakiś sposób dziwnie poruszona i przejęta. Wydało mi się mnie samej to wpierw – nieco niedorzeczne. A mam tak, że jak mnie coś bardzo porusza (z wiekiem coraz bardziej wyłazi ze mnie psychologiczne wykształcenie) 😉 to zaczynam się zastanawiać czemu…

Skupiłam się zrazu zatem na tym, co jest sednem każdego (stereotypowo rzecz ujmując) pokazu mody: na ubraniach i dodatkach. I dotarło do mnie, że uderzyły mnie w tym „show” / filmiku w zasadzie dwie rzeczy. Jedną z nich był fakt, który jest dość oczywisty, a o którym nie pamiętam na co dzień bo się tzw. modą przestałam interesować dawno temu. Że CELINE to jest jednak ikona, kwintesencja czegoś co się słowu “moda” wymyka. I że porusza mnie to, że w ogóle nie ma tu tzw. żadnej mody, tylko STYL. Przez duże S. A ten jest ponadczasowy. Jak i to, że mam wrażenie, że oglądam pokaz, ale go jednak nie oglądam. Bo oglądam osoby (owszem pracujące jako modelki), ale jednak bardziej osoby, kobiety z krwi i kości a nie fantazmaty na ich temat. I znowu się zadumałam…

https://www.vogue.com/fashion-shows/fall-2021-ready-to-wear/celine/slideshow/collection#48

https://www.vogue.com/fashion-shows/fall-2021-ready-to-wear/celine/slideshow/collection#48

*   *   *

Marka CELINE została założona w Paryżu, zaraz po II wojnie światowej, w roku 1945 przez małżeństwo: Céline i Richarda Vipiana. Pierwotnie oferowali szyte na miarę buciki dla dzieci. Szybko zyskali renomę. W ciągu niespełna pięciu lat mieli trzy butiki, zamiast jednego. Dziesięć lat później Céline postanowiła sukces marki, w której odpowiadała za projekty artystyczne wykorzystać do poszerzenia oferty o kolekcje ubrań dla kobiet, które kupują u niej rzeczy dla dzieci… Z myślą przewodnią by oferować wysokiej jakości, doskonale uszyte, szykowne i stylowe ubrania, dla tych z nich, które godzą rolę matki z karierą zawodową. W latach o których mówimy – nawet w dość wyemancypowanej Francji nie było ich znowu aż tak wiele…

Ubrania CELINE miały być zatem przede wszystkim wygodne, praktyczne, proste w kroju, pozbawione ostentacji. A na pewno nie miały być „sexi”. Nadające się na każdą okazję. I dające kobiecie, która je nosi poczucie bycia stylową zarówno w domowych pieleszach, w pokoju dziecięcym podczas zabawy klockami na podłodze, na spacerze z psem, w kawiarni, w sklepie, jak i w biurze. Szybko odniosła gigantyczny sukces wśród paryżanek z klasy wyższej średniej. I tak CELINE stała się marką, która zaczęła być nie tylko uwielbiana (tak jest zresztą po dziś dzień), ale która stała się kwintesencja tego, co nazywa się “paryskim szykiem”. To był fundament tego, co Amerykanie nazwali potem “bezwysiłkowym szykiem” (effortless chic). W roku 1966 roku Céline Vipiana postanowiła zatem także zająć się akcesoriami. I dołączyć do projektowanych kolekcji ubrań torebki, paski oraz rękawiczki. Oczywiście miały być wykonane z najlepszych skór i najlepszej jakości. Szyto je zatem w manufakturach we Florencji.

Dekadę później CELINE poza Francją miało butiki na całym świecie. A marka przeszła przez proces zmiany logo na prostsze. Bardziej graficzne. I pozbawione “dodatku” w postaci rysunku odzwierciedlającego rydwan z Łuku Triumfalnego wraz z dopiskiem “Paris”. CELINE go już nie potrzebowało. Bo stało się jako marka – bytem samodzielnym. Ikoną…

A wiecie co się dzieje z legendami w świecie “fashion”? Zazwyczaj dostają „niemoralną propozycję” 😉  wykupienia większości udziałów przez duże koncerny zarządzające domami mody.  Tak też się stało i w tym przypadku. W 1987 roku CELINE wykupił koncern LVMH, razem z 89 ich butikami. Céline Vipiana pozostała na stanowisku głównej projektantki marki do roku 1997, kiedy to zmarła w wieku 84 lat. Stołek po niej przejął wtedy Michael Kors. Na dwa lata. Karuzela dyrektorów artystycznych CELINE kręciła się od tamtej pory dość długo acz zgrzytliwie, aż w końcu zaczęto szeptać po kątach, że marka chyli się ku upadkowi, notowano zatrważające spadki sprzedaży, wizerunek chwiał się w posadach….

W 2008 roku Dyrektorką Kreatywną marki została mianowana brytyjska projektantka: Phoebe Philo (która wcześnie stała przez pięć lat za sterami innej francuskiej ikony: Chloé). I stał się cud! Przez 10 lat jej działania dla CELINE udało się jej nie tylko wskrzesić ducha marki, wrócić do dziedzictwa jakie zbudowała Vipiana (minimalizm, czysta linia, ograniczona paleta barw, wygoda, komfort, szyk), ale uczynić z niej na powrót “mroczny przedmiot pożądania” każdej fashionistki. Ubrania i dodatki z kolekcji projektowanych przez Philo mają teraz “kolekcjonerskie” ceny, niczym dzieła sztuki…

W marce CELINE zakochałam się właśnie wtedy, kiedy stała za nią ta projektantka. Uwielbiałam minimalistyczne reklamy z udziałem jednej z moich ulubionych modelek: Darią Werbowy. Uwielbiałam ten rodzaj “kobiecości” jaki Phoebe Philo kreowała za sprawą marki CELINE. Naturalnej. Delikatnej i silnej zarazem. O wyraźnej osobowości. Mającej charakter i mającej coś do powiedzenia. Takiej, która się nie wdzięczy i nie stara przypodobać. Nie podkreśla “seksapilu”, nie maluje zanadto, nie fryzuje, nie kokietuje. Jest kimś, nawet jeżeli jest anonimowa, bo jest sobą. To była kobieta, która zna swoją wartość. Nawet jeżeli jest zagubiona czy smutna – nie jest bezbronna. Jej twarz i oczy wyrażają zdolność do refleksji, głębię przemyśleń. Kobieta CELINE nigdy nie była “lalką”, ani “wieszakiem na drogie ubrania” i nie oczekiwała od świata zachwyconych cmokań. Bo nie ubierała się dla innych, tylko dla siebie. Osobowość, podmiotowość, poczucie własnej wartości było zawsze w centrum zainteresowania wizerunku marki tak za czasów Céline Vipiana, jak i za czasów Phoebe Philo. Brytyjskiej projektantce genialnie udało się dać tej dla Francuzów tak znaczącej marce to, co rzadko udaje się kreatorom mody: z ubrań i dodatków sygnowanych logo CELINE stworzyć narzędzie do wyrażania siebie – dla użytkowniczek, nie zaś z użytkowniczek narzędzie dla sprzedaży marki (jeżeli rozumiecie o co mi chodzi…)

Jesienna kolekcja na rok 2018 była jej ostatnią dla CELINE. A po niej Dyrektorem Kreatywnym marki został mianowany Hedi Slimane.

Co zrobi z CELINE? Jaką drogą pójdzie? To było pytanie, które sobie zadałam. Slimane to projektant wspaniały. Którego bardzo szanuję i podziwiam od lat. Pracujący wcześniej głównie dla marek haute couture (Dior, YSL). Zastanawiałam się co poczyni z dziedzictwem Céline Vipiana? Z “kobietą CELINE”?

A potem o tym zapomniałam. Miałam trudny czas osobisty, i inne kwestie na głowie niż śledzenie tych spraw. Zresztą zbiegło się to z tym, że zmieniały się coraz bardziej moje życiowe cele, marzenia, aspiracje, pragnienia. Ze światem działo się coraz gorzej. Mnóstwo rzeczy zaczęło mnie zajmować bardziej niż śledzenie pokazów mody. Co kiedyś robiłam w miarę regularnie, a nawet o tym pisałam na blogu. Pandemia mnie także dała na swój sposób popalić. Przewartościowało mi się jeszcze bardziej. Tzw. moda przestała mnie w zasadzie interesować. Łącznie z tym, że praktycznie przestałam kupować nowe ubrania. A jeżeli ubrania czy dodatki mnie w ogóle interesują obecnie (bo jednak trochę wciąż tak, nie ma co ściemniać) to głównie jako rzeczy, które będą ze mną bardzo długo lub na zawsze.

Jakość     ✔Długotrwałość    ✔Ponadczasowość

W dzisiejszym świecie stałe kupowanie „kolejnych modeli” ubrań i dodatków jest nie tylko obciachowe a nawet wręcz już nieetyczne. Ale łatwiej powiedzieć niż zrobić (czytaj zmienić ludzką mentalność). Dlatego zdaje mi się szczególnie istotne właśnie dla marek luksusowych aby były nośnikami powyższych wartości. Bo to one niestety (jako że przykład idzie z góry) wykreowały Frankensteina – hype na rzeczy, które po dwóch sezonach były nikomu do niczego nieprzydatne, bo przestały być „modne”… Luksus może by się jakoś obronił, gdyby nie fakt, że za nim pędziły w podskokach sieciówki wołając do milionów nie posiadających milionów o zakup ciuchów, butów i dodatków – z dzisiejszej perspektywy patrząc – zwyczajnie „śmieciowych”. Z materiałów zatruwających środowisko, koślawo skrojonych, kiepsko uszytych, „wymyślonych” w swych fasonach, wzorach i kolorach na jeden sezon i z jednym celem jedynie – by jak najszybciej znalazły w szafach swoich następców. Czyli takich, które kolejnego obiegu w postaci uradowanej nabywczyni komisowej, córki, siostry czy przyjaciółki nie miały szansy nigdy zaznać…

Zatem dlaczego piszę o tym akurat pokazie? Po co ten tekst?

Powstał (jak większość moich tekstów) z potrzeby podzielenia się czymś, co mnie poruszyło. I zachwyciło. Co uznałam za inspirujące. A także dlatego, że od pewnego czasu zajmuje mnie szczególnie mocno kwestia kobiecości i jej wizerunkowych wydań we współczesnej kulturze. W tym zatem też i to, w jaki sposób opowiadaja o niej marki luksusowe. To zagadnienie w branży fashion jest moim zdaniem bardzo ważne. I nie tylko w niej. Tam, gdzie marki mają w rękach tak delikatną materię, jaką są kobiece marzenia i aspiracje – ich przekaz jest dla mnie szczególnie istotny. I wszyscy wiemy bardzo dobrze o co chodzi…

I nie jest to – uprzedzając zarzuty – kwestia proporcji finansowych jedynie. Zupełnie nie. To kwestia narracji. I tego jaką drogę w tym względzie przyjmuje dana marka. A w tym przypadku jak przedstawia postać kobiety. Wciąż jest całkiem sporo marek z grupy premium i luksusowych (tak w Polsce jak i na świecie) które bajdurzą cały czas o tym samym: że uczynią z kobiety kogoś “lepszego”; „piękniejszego” i „powabniejszego” niż jest. Albo że dzięki nim ich życie będzie “bajecznie udane”. Przykłady miłościwie w tym tekście zmilczę. Ale gdyby ktoś chciał się ze mną “pojedynkować” w komentarzach, służę konkretami…

Zatem pora na finał. Ten pokaz CELINE jest dla mnie o kobiecie, która kobietą “jest” poprzez to wszystko co o niej stanowi. A nie o tym, że jej ubranie stanowią o niej. Co oczywiście w tym kontekście – brzmi pozornie – niedorzecznie. Przecież ludzie kupują pewne marki (w tym przypadku: ubrania czy dodatki) aby o sobie stanowić. Coś sobą zaprezentować, pokazać światu. Ale to pierwsza powłoka świata fashion. Pod nią jest (lub też nie ma) ta druga. Czyli pytanie właśnie o to dokładnie, co stanowiło o wspaniałości marki CELINE od czasów jej powstania: czy to ubrania ubierają / czynią daną kobietę? Czy też to dana kobieta ubiera to co w jej mniemaniu odzwierciedla to jaką kobietą jest?

Bo te dziewczyny w tym pokazie nie są jedynie w coś ubrane (moim zdaniem – wspaniale, w całkowicie ponadczasowe rzeczy, które zawsze będą wyglądać świetnie i co jest kwintesencją tego czym marka CELINE zawsze była: stylowej ponadczasowości). Ale przede wszystkim są sobą, na sposób autonomiczny, własny. One nie defilują po wybiegu. One gdzieś idą. Każda zresztą inaczej. Na swój sposób. Nie mizdrzą się do świateł jupiterów i zgromadzonych gości z “najwyższej półki” bo ich nie ma. Idą w tych ogrodach set-letnich, daleko od siebie, jakby same, osobne. I każda z nich jest jakaś. Inna. Z urody, z wyglądu, z mimiki twarzy. Nie mają makijażu (pewnie mają, ale tzw. niewidoczny). Nie są wyfryzowane. Nie uśmiechają się. Nie szukają niczyjej atencji. Są jakby zatopione w siebie, w swoich myślach. Wyglądają jakby podążały do swoich spraw. Czymkolwiek to jest. Można sobie wyobrazić, że zmierzają do różnych celów. Do szkoły lub na uczelnie, do domu, na spotkanie z matką lub ojcem, do pracy, na kawę i plotki z przyjaciółką. Na randkę. Na imprezę. Na kolacje ze znajomymi. Albo skądś wracają. Może to co je spotkało było dla nich przykre, a może z czymś jest im źle? Może są czymś rozczarowane, coś je złości, z czymś się wewnętrznie zmagają? Ale gdzieś idą. Po coś. O czymś marzą. Coś je trapi, coś raduje. Nad czymś rozmyślają. Ich twarze – to ich twarze – mnie w tym filmie poruszyły najbardziej! To są twarze kobiet – wyrażające je – te kobiety i to kim są i o czym myślą, kiedy tak idą…

I kiedy to do mnie dotarło, zrozumiałam, że muszę o tym napisać. W znaczeniu – chcę. Jak wiecie cykl “oda do…” prowadzę od początku bloga. I to co będzie jej bohaterem nie jest przeze mnie wykoncypowane. Podążam za moim wewnętrznym Flow. Za tym, co samo niejako do mnie przyszło jako inspiracja…

Ten tekst jest zatem w zasadzie tak samo odą do marki CELINE, jak i przede wszystkim do tego, co stanowi jej fundament. Odą do pewnej idei, która przyświecała założycielce marki: Céline Vipiana, która żyjąc w czasach znacznie bardziej od dzisiejszych skrępowanych społecznie dla kobiet, mając rodzinę i dzieci, miała chęć wyjść poza schemat, zrobić coś poza rolą matki i żony. I co jest niezwykle istotne – hołdowała pewnym wartościom. Jakość, i ponadczasowy styl były zaszyte w DNA tej marki. A finalnie stworzyła markę – ikonę. Która siłę i wizerunek swojej marki oparła na przekazie o kobiecie, która ma swoją estetykę, swoje życie, także to związane z osobistymi ambicjami, a przede wszystkim idzie przez nie w myśl zasady: “I do it my way”. To kobieta, która jest postacią pełnowymiarową. I dla której to, co ubiera i nosi nie jest ramą, w którą się wtłacza z sezonu na sezon, by dzięki temu „poczuć się lepiej”. Bo wie, że styl jest wypadkową osobowości. A ta nie ma kalendarza swych wydań. Po prostu stale się przejawia, także w stale noszonych, ulubionych ubraniach…

 

You may also like

Trzeba znaleźć swój wzór – czyli o NOMAD WARSAW…
7 x JARMUSCH – czyli z miłości do kina…
KinoGram – czyli nowa jakość kina…
DE LONGHI & BRAD PITT… czyli o znaczeniu słowa „PERFETTO”

Skomentuj