14
kwi
2017
36

TO TYLKO KONIEC ŚWIATA

TO TYLKO KONIEC ŚWIATA (Juste la fin du monde), Reż & scen Xavier Dolan na podstawie sztuki Jean-Luc Lagarce’a, Wyk. Gaspard Ulliel, Natalie Baye, Vincent Cassel, Marion Cotillard, Léa Seydoux, Francja / Kanada, 2016

To tylko koniec świata jest filmem, o którym – zrazu – pisać nie miałam chęci. Być może dlatego, że gaz łzawiący (a raczej – dławiący), który Xavier Dolan wpuścił – jako zagorzały piewca popkulturowych odniesień – w środek tematów najgrubszego kalibru – wpierw mnie dziwnie oszołomił i zbił z tropu…

Ale mijały godziny, a nawet dni – a obraz ten wciąż we mnie “siedział”. Nie dawał mi spokoju. A to jednak – cholera jasna – jest dla mnie znacząca miara ważności – której oprzeć się nie potrafię!

To tylko koniec świata – okazało się –  ma dla mnie dwie niezbywalne zalety. Jedną z nich jest tematyka – jaką stanowią pokrętne, groteskowo-upiorne, a przede wszystkim – niezrozumiałe w swych meandrach zawiłości życia rodzinnego. Drugą zaś – obsada. W najnowszym filmie Kanadyjczyka biorą bowiem udział aktorzy, dla których warsztatu zawodowego jestem od dawna pełna podziwu, a ich oglądanie – jest dla mnie przyjemnością samą w sobie.

film_12381_original_1

28-letni jedynie (sic!) Wunderkind kinematografii światowej – dwukrotnie już nagrodzony w Cannes – Xavier Dolan – w To tylko koniec świata – moim zdaniem – wyekspediował się w rejestry, z których egzamin zdał nie do końca brylantowo. Ale zważywszy na jego wiek – obiektywnie przyznaję – że zrobił to na poziomie, o który osoby tak młode, a parające się “robieniem kina” – zazwyczaj się nawet nie ocierają…

Jeśli sądzić po nagrodach – ta moja subiektywna opinia – nie ma żadnego znaczenia. Na zeszłorocznym Festiwalu Filmowym w Cannes – To tylko koniec świata otrzymał Grand Prix oraz nagrodę Jury Ekumenicznego, a podczas tegorocznej edycji Cezarów: trzy statuetki. Za reżyserię, montaż (tu uwaga ważna merytorycznie – Dolan nie tylko do swego najnowszego obrazu napisał scenariusz, nie tylko go wyreżyserował, ale też go zmontował! Widzieli Państwo! i jak chłopaka jednak nie podziwiać?!?!) oraz za rolę główną dla Gasparda Ulliela.

to-tylko-koniec-swiata_3

To tylko koniec świata to adaptacja nagradzanej sztuki pod tym samym tytułem, francuskiego dramaturga Jean – Luc Lagarce’a, który zmarł w wyniku powikłań, związanych z AIDS w roku 1995. Jest to historia uznanego pisarza, który po 12 latach nieobecności wraca do rodzinnego domu, w sumie jedynie po to – by powiadomić najbliższych o tym, że jest umierający.

O kur***! Już samo to brzmi dość upiornie, nieprawdaż?

Dolan – o rodzinnych dysfunkcjach zdaje się wiedzieć dużo. A może po prostu ta tematyka go szczególnie interesuje, bez związku ze związkiem…że tak to ujmę. W każdym razie już w “Mamie” pokazał, że figura rodzicielki – w jego oczach – to często ktoś, kogo relacje z synem stanowią opowieść o  czymś bardzo daleko odbiegającym od „banału” w znaczeniu mainstreamowego (czytaj pozbawionego głębszej refleksji psychologicznej) postrzegania…

To tylko koniec świata jest obrazem trudnym w odbiorze. Nie jest to film gładki do przełknięcia, bo balansuje na krawędziach i w rejestrach, w których Dolan zdaje się poruszać niczym ryba w wodzie, ale widz – najczęściej – nazywając sprawy po imieniu – te rejestry – wypiera. I szczerze nienawidzi, kiedy się je mu podtyka pod nos…

To klaustrofobiczny, opresyjny i na dodatek kamerowany tak, byśmy czuli niejako na własnej skórze to, czego doświadcza główny bohater – dramat o absurdzie braku komunikacji, przeinaczanych znaczeniach, ranach zadawanych poprzez słowa i dialogach, które prowadzą ludzie – niby to w tym samym języku – ale zupełnie nie mogący się porozumieć. Nikt nikogo de facto nie ma chęci tak na prawdę wysłuchać. Każdy – prócz głównego bohatera – czyni ze swoich słów jedynie kaskady wychlustywanych na oślep strumieni (pod) świadomości i latami tłamszonych emocji.

Juste_La_fin_de_monde.2

Dolan z czegoś relacyjnie upiornego, które wstrząsa – czyni realizacyjnie poprzez swój film – swego rodzaju spektakl na pograniczu teledyskowej halucynacji. Zaznaczając jednakże (co się liczy najbardziej) fakty najistotniejsze. Wśród bliskich można czuć się najbardziej obcym na świecie. A napięcie, jakie potrafi towarzyszyć temu, czego doświadcza się w starciu z niemożnością przebicia się przez bariery ograniczające nawet najlepsze intencje i próby wyjścia poza to, co zastane, ustałe, blokujące – jest traumatyczne.

Słusznie zrobił reżyser, że do To tylko koniec świata zaangażował plejadę gwiazd francuskiej kinematografii. Inaczej ten realizacyjnie – dość karkołomny pomysł – spaliłby na panewce – w samych swoich początkach.

Absolutnie olśniewająco główną rolę Louisa – dramaturga – kreuje Gaspard Ulliel.

Juste_la_fin_de_Monde.3Natalie Baye – jego matkę – wdowę. Matkę – dodajmy – figurę z cyklu bardzo Dolan’owskich. “Pasywno-agresywna” – to jest bardzo łagodne określenie na opisanie sposobu, w jakim porusza się w tkance rodzinnej. Pod grubym make-up’em i modnym kolorem lakieru do paznokci oraz w matczynych staraniach kulinarnych – czai się narcystyczna dzidzia-piernik, która wciąż tak samo udaje przed sobą, jak i światem, że “nic się nie stało, czas nie minął i wszystko jest w najlepszym porządku”.

Lea Seydoux to Suzanne – młodsza siostra, która była dzieckiem w czasach gdy Louis opuścił rodzinę i zniknął z jej życia na ponad dekadę. Z jej strony bohatera spotyka w sumie to samo, co ze strony matki (czy można się temu dziwić?) tylko, że w młodzieżowym, rebeliancko –punkującym wydaniu. Niby go rozumie, niby go podziwia, tak jak rodzicielka – tylko że w przeciwieństwie do niej – nie zachowuje drobnomieszczańskich pozorów “grzeczności” – przykrywających jedynie rozczarowanie i żal. Ale z pełną parą zbuntowanej i niemiłosiernie wkurwionej na świat dwudziestolatki – obnaża swoje wciąż niepojmowalne dla niej – własne rodzinne nieszczęście i wypierane do tej pory pretensje wobec brata o to, że nigdy się nią zajął, ani nie uznał, że z racji jej zdolności artystycznych, czy też aspiracji – powinien był ją wziąć pod swoje skrzydła w “wielkim świecie”. A przede wszystkim uznać za bratnią duszę jeśli idzie o bunt wobec świata  mainstreamu.

Vincent Cassel (doskonały, jak zawsze!) – rozbudowuje zaś ten rodzinny kwartet o postać sporo starszego brata – Antoine’a. W przeciwieństwie do Louisa – jest zwykłym “robolem” – czyli pracującym fizycznie facetem, który swoim nieudanym życiem zawodowym i rodzinnym czuje się śmiertelnie zmęczony i styrany. I tak mającym dosyć wszystkiego, a zwłaszcza ludzi, którzy zdają mu się jedynie gigantycznym rozczarowaniem – że nawet mu się nie chce kryć swej zapiekłej niechęci wobec braciszka, co to wyrósł na gwiazdę sztuki wysokiej. Jedyną osobą – niejako “z zewnątrz” – która wnosi do tego rodzinnego piekła nieco stonowania – jest Catherine – żona Antoine’a (moja prywatnie ulubiona rola w tej obsadzie) grana przez cudowną Marion Cotillard. Kobieta cicha, skromna i z niejakim wstydem łagodnie poddająca się nie tylko tyranii swego małżonka, ale całej rodziny, w którą weszła wychodząc za niego za mąż. I która – co rzeczą jest jak najbardziej wiarygodną psychologicznie – najwięcej rozumie, intuicyjnie i empatycznie odczuwa i widzi w dramacie, jakim jest udział Louisa w spotkaniu z najbliższymi – po latach.

Sztuki adaptowane na potrzeby filmu – co zawsze podkreślam – to materia bardzo trudna. A ta jest trudna jak cholera. Z racji swej tematyki. I narracji osadzonej na klasycznej jedności miejsca, czasu i akcji.

Dolan świetnie – moim zdaniem – podkreślił od-sceniczność swego obrazu filmowego. Napięcie jest już w pierwszych minutach – zbudowane doskonale. Już po bardzo pierwszych kadrach przeczuwamy, że pod pozornym spokojem czai się Armagedon. Kiedy Louis dociera na miejsce, czyli do domu matki – konie ruszają z kopyta. Uściski, dusery i grzeczności – od wrzasków, przemocy symbolicznej, ledwo skrywanej agresji i resentymentów – oddzielają jedynie minuty.

To, co spotyka Louisa – podczas letniego, słonecznego i upalnego dnia z rodziną – to nocny koszmar. Prawie że – tak jak upiorny sen – odrealniony. Kinematograficznie (zdjęcia, montaż, muzyka) mocno wystylizowany – a Dolan to potrafi dobrze – niemniej realnym pozostający. Przez znamienitą większość swego najnowszego filmu reżyser wtyka kamerę w sam środek twarzy głównego bohatera i poszczególnych członków jego rodziny. I przez większość scen – to twarze wykrzywione w grymasach: niechęci, żalu, wściekłości, zawodu, pretensji, niemocy, etc. Jedynie kilka scen to swego rodzaju momenty rodzinnej euforii czy bliskości lub “flashbacki”, w których do Louisa wracają sceny jakiegoś nie zapomnianego piękna lub czułości z dzieciństwa, czy wczesnej młodości spędzonej w miejscu, z którego uciekł…

Louis – choć przyjechał wiedziony instynktem, ważnymi intencjami, a przede wszystkim imperatywem wyznania rodzinie swego latentnego stanu – nie doznaje na jej łonie katharsis, ulgi, ni poczucia ukojenia – ale traumy. Czegoś w rodzaju szoku anafilaktycznego. Pokąsany, obolały, nie mogący w żaden sposób przebić się przez ścianę, którą zbudował kiedyś on sam i która także została zbudowana „w obronie” przeciw jego ucieczce – nie jest w stanie odnaleźć niczego, o czym być może roił, że mu się uda. Za późno – zdają się mówić mu wszyscy i wszystko.

Jedyne co odnajduje, to poczucie, że jego nieobecność w ich życiu, oraz ich w jego – to stan, z którym nie można już zrobić nic poza akceptacją. Czy też próbą nie burzenia powstałego bez jego udziału swego rodzaju status quo.

  *   *   *

Dopiero po czasie – zdałam sobie sprawę z tego, jak dobrze – formalnie rzecz ujmując – udało się Dolanowi pokazać to, o co mu chodziło. Louis w życiu rodzinnym z konieczności bierze udział jako widz, który z powodów wyższej racji (?) zmusił się do oglądania “spektaklu”, co do którego się spodziewał, że zostanie (jak zawsze – jak możemy się domyślać) przygotowany po amatorsku i nieudolnie. Brak mu scenariusza, konsekwencji w dialogach, głębszej refleksji i intelektualnej obróbki, która wychodziłaby ponad poziom “a teraz ja wam pokażę co o tym wszystkim sądzę”. W którym ci sami od lat, sfrustrowani aktorzy grają z przerysowaną emfazą i w manierze, która jest nieznośna do strawienia, panuje kompletny chaos, a każdy element tego niepojętego bełkotu ani niczego nie wyjaśnia, ani nie zmienia ani nie wnosi. To piekło inscenizacyjne – jak zwykle w takim przypadku bywa – wybrukowane tylko i jedynie dobrymi chęciami reżyserki z drobnomieszczańskimi ambicjami.

A, czego jak czego, ale tego – że oglądane zewnętrznym i chłodnym okiem “sceny z życia rodzinnego”  potrafią w pewnych domach  wyglądać tak jak w najnowszym obrazie Dolana – jestem pewna.

To tylko prowincjonalne, żałosne teatrzyki. Nie koniec świata.

 

You may also like

WONKA
MONSTER
CIVIL WAR
PERFECT DAYS

1 Komentarz

  1. Pingback : Kultura Osobista GDZIE JEST MÓJ AGENT? | Kultura Osobista

Skomentuj