15
lip
2023
31

FABELMANOWIE

FABELMANOWIE (The Fabelmans) Reż. Steven Spielberg, Scen. Steven Spielberg & Tony Kushner, Obsada:  Michelle Williams, Paul Dano, Seth Rogen, Gabrielle LaBelle, Judd Hirsh, USA, 2022

FABELMANOWIE to film na wskroś „szpilbergowski” –  liryczny i dramatyczny zarazem. Melancholijny, a jednak lżejszy niż cięższy, równoważony nutką humoru. A wszystko to zmieszane ze sobą w perfekcyjny warsztatowo sposób tak jak tylko to potrafi guru amerykańskiego kina komercyjnego. W Fabelmanowie  pokusił się o historię jawnie auto-biograficzną. I w mojej opinii obraz ten błyszczy najjaśniej w scenach poświęconych realizacji pasji i miłości do kina …

Fabelmanowie to najbardziej osobista, mocno autobiograficzna rzecz, jaka wyszła z rąk Stevena Spielberga. Do której  nakręcenia – jak twierdzi w wywiadach – „zbierał się” ponad 15 lat. Cóż, dziś – ikona i legenda, guru amerykańskiego kina komercyjnego, twórca największych hitów XX wieku ma 77 lat. A jest to wiek, w którym reżyserzy filmowi (wszak wszystkich dotyczą te same uniwersalia, nieprawdaż?) często zaczynają się chcieć rozliczać z czasem minionym, nawiązując w mniej lub bardziej zawoalowany sposób do własnych biografii. Powiedziałabym nawet, że im większa legenda filmowa, tym częściej tak jest, czego dowodem są obrazy, w których własne doświadczenia stają się kanwą scenariusza, za przykład mogą służyć zarówno Clint Eastwood, jak i Paolo Sorrentino. 

O Stevenie Spielbergu napisano bardzo wiele (artykułów, opracowań naukowych, esejów, dysertacji filmoznawczych, etc.). W Stanach ukazało się do tej pory już co najmniej pięć jego książkowych biografii. Większość z nich – co znamienne – skupia się głównie na tym, by przedstawić fenomen i geniusz Spielberga jako twórcy filmowego, narratora, demiurga świata kina par excellence  – za jakiego (słusznie) uchodzi. 

Wszyscy znają jego nazwisko, na całym świecie. Kojarzone jest najsilniej z zawodem reżysera filmowego, choć wyprodukował trzy razy więcej rzeczy niż nakręcił (a nakręcił dziesiątki!). Do prawie połowy swoich filmów napisał także scenariusze. 

Pierwszy krótkometrażowy obraz „Ostatnia broń” zrobił „chałupniczo” za uzbierane pieniądze w roku 1959 – czyli mając lat jedynie 13 (sic!). A jako dwudziestoparolatek reżyserował już po kilka epizodów popularnych seriali TV (pracował na przykład przy „Poruczniku Columbo” – łezka w oku się mi zakręciła, toż to moje dzieciństwo!) 

„Szczęki” – po których Spielberg zaczął być nie tylko znany  na całym świecie, ale przez cały świat kochany – zrealizował nie skończywszy trzydziestki! 

Ta lista peanów na temat jego osiągnięć zawodowych mogłaby być bardzo długa… Ale przecież wszyscy wiemy, czego jeszcze dokonał Steven Spielberg w kinie. Pora zatem przejść do recenzji filmu Fabelmanowie….

*    *    *

Co do Fabelmanów, to nie chodziło o metaforę. Chodziło o pamięć….

Steven Spielberg

(from left) Sammy Fabelman (Gabriel LaBelle), Mitzi Fabelman (Michelle Williams), Burt Fabelman (Paul Dano), Natalie Fabelman (Keeley Karsten), Reggie Fabelman (Julia Butters) and Lisa Fabelman (Sophia Kopera) in The Fabelmans, co-written, produced and directed by Steven Spielberg.

Fabelmanowie to historia, którą Spielberg zamyślił sobie opowiedzieć – jak zawsze w jego przypadku – z bardzo precyzyjnie dobranym kluczem narracyjnym. I tak, aby przyjęta przez niego optyka oddawała jego „wizję” pamięci o tym, czym było jego dzieciństwo, czasy w jakich dorastał i osoby, które wpływały na niego najbardziej i go i kształtowały. Zatem, co oczywiste – figury rodzicielskie odgrywają w Fabelmanach najistotniejsze role.

Ewidentnie chciał też bardzo, aby opowieść o chłopaku żydowskiego pochodzenia, wywodzącego się z amerykańskiej klasy średniej, w której ojciec był naukowcem, a matka „panią domu”, która dla ogniska domowego porzuciła marzenia o karierze zawodowej pianistki – została napisana w sposób pogłębiony. Do pracy nad treścią fabuły Fabelmanów został zatem namówiony sam Tony Kushner – zdobywca nagrody Emmy za scenariusz do wybitnego miniserialu „Anioły w Ameryce”, i czterokrotnie nominowany do Oscara, tak się składa, że za prace do filmów Spielberga. W tym za „Monachium” i „Lincolna”. Mnie ten wybór nie dziwi. Tony Kushner nie jest specem od komercyjnych blockbusterów, jest za to wybitnym opowiadaczem historii o ludziach większych niż życie i ich historii wplecionych w kontekst: społeczny, polityczny, kulturowy i obyczajowy … Złośliwie można by zatem przypuszczać, że reżyser biorąc go na scenopisarskiego kooperanta ujawnił przede wszystkim swoje próżne i narcystyczne oblicze. 😜🤭 Byłabym pierwsza żeby rzucać tym kamieniem – gdyby nie chodziło o Spielberga. W jego przypadku bowiem o jego wielkości świadczą bezsprzeczne i obiektywne fakty. Steven Spielberg jest kimś wyjątkowym, unikatowym wręcz dla historii kina jako sztuki rozrywkowej! A niemalże boski status w Hollywood zawdzięcza wyłącznie swojemu talentowi, pasji, uporowi i konsekwencji w robieniu filmów, które uczyniły z kinematografii amerykańskiej hegemona światowych box-office’ów. 

Osobiście sądzę, że Spielberg osiągnął obecny status do którego prac odwołują się stale inni uznani i renomowani współcześni reżyserzy, a liczba jego wielbicieli, apologetów, naśladowców oraz plagiacistów – z dekady na dekadę nie tylko nie maleje, ale wciąż  rośnie – właśnie dlatego, że za jego decyzją o zostaniu reżyserem filmowym stała najbardziej czysta, bo dziecięca – niejako pierwotna siła emocji i wzruszenia „potęgą kinowej opowieści”, dzięki której nieśmiały, nieco wycofany „chłopiec z dobrego domu” trafił do innego wymiaru – w którym mógł po raz pierwszy w życiu zetknąć się poprzez swoje poruszenie i odczuwane emocje z tą częścią swojego „ja”, które czekało na impuls by ujawnić jego kreatywny potencjał. Kino stanowiło dla Spielberga już kiedy był małym chłopcem coś, co go nie tylko pasjonowało i pochłaniało bez reszty. Kino było jego miłością i ten wyświechtany frazes akurat w jego przypadku pięknie puentuje zjawiskowa karierę jaką zrobił. Fabelmanowie w warstwie narracyjnej wzruszali mnie właśnie w tych scenach, które ten fakt obrazują –  najbardziej…

Mateo Zoryan Francis-DeFord as younger Sammy Fabelman in The Fabelmans, co-written, produced and directed by Steven Spielberg.

Gabriel LaBelle as Sammy Fabelman in The Fabelmans, co-written, produced and directed by Steven Spielberg.

Sammy Fabelman (Gabriel LaBelle) in The Fabelmans, co-written and directed by Steven Spielberg.

*  *  *

Fabelmanowie nie są autobiografią Spielberga w znaczeniu 1 do 1. Twórcy zależało na tym aby opowiedzieć o sobie, ale poprzez charakterystyczny dla jego prac – filtr. Bo Steven Spielberg zrozumiał to już jako bardzo młody człowiek – że kino porusza ludzi i zostawia w nich ślad na zawsze jedynie wtedy, kiedy jest lustrem w jakim mogą się sami przeglądać  i widzieć także siebie. Dlatego Fabelmanowie mieli mieć przede wszystkim wydźwięk uniwersalny, niemalże klasyczny. To historia o dorastaniu, wielkiej pasji i odkrywaniu siebie poprzez nią. Bohatera tej opowieści poznajemy wpierw w roli jakże wszystkim nam znanej: dziecka swoich rodziców, które przechodzi przez proces stopniowego odkrywania ich słabości, wad  i niemożności. Jednym słowem odkrywania, że są przede wszystkim ludźmi, a nie wyłącznie rodzicami w „opiekuńczej roli”, a jednak (a raczej pomimo to) stanowią osoby najbliższe sercu…   

(from background to foreground, left to right) Bennie Loewy (Seth Rogen), Burt Fabelman (Paul Dano), Mitzi Fabelman (Michelle Williams), Natalie Fabelman (Keeley Karsten, back to camera), Lisa Fabelman (Sophia Kopera, back to camera) and Reggie Fabelman (Julia Butters, back to camera) in The Fabelmans, co-written, produced and directed by Steven Spielberg.

*   *   *

Fabelmanowie zaczynają się sceną, w której kilkuletni Sammy Fabelman po raz pierwszy idzie z rodzicami do kina. Na film o znamiennym tytule: „Największe widowisko świata”  z roku 1952 − amerykański dramat w reżyserii Cecila B. DeMille’a nagrodzony Oscarem dla Najlepszego Filmu Roku oraz Złotym Globem dla Najlepszego filmu dramatycznego.

To wspaniały zabieg narracyjny, który ustawia całą fabułę Fabelmanów na osi opowieści o kimś, kto od tego czasu marzył jedynie o tym, by robić filmy, które będą ludzi angażować emocjonalnie, zachwycać i skłaniać do refleksji jednocześnie. Czyż nie jest to wzruszające, że tak bardzo, tak wspaniale bardzo się to Spielbergowi udało? Kiedy zestawi się ze sobą listę obrazów, które przyniosły mu największą sławę, pieniądze i splendory, to trudno nie wyjść z podziwu nad tym, że ten sam człowiek jest odpowiedzialny i za „E.T” i za „Listę Schindlera”. Czyż nie jest to godne szacunku?

Z mojego subiektywnego punktu widzenia – godne podziwu i szacunku jest także kilka innych kwestii, ze Stevenem Spielbergiem jako reżyserem i scenarzystą – związanych. To jeden z tych nie tak znowu licznych twórców na mapie światowej kinematografii, który w przypadku każdego swojego filmu nie tylko dokładnie wie o czym, i w jaki sposób chce opowiedzieć, ale także to, kto jest w stanie w tym żmudnym i skomplikowanym procesie jakim jest produkcja filmowa go najlepiej wspomóc. Fabelmanowie to obraz, w którym (chyba po raz dwudziesty już? – zgubiłam się w rachunkach) za zdjęcia odpowiada pracujący ze z nim od roku 1993 wspaniały operator: Janusz Kamiński. Spielberg jest także twórcą, który (z wyjątkiem niezrozumiałej dla mnie słabości do Toma Hanksa) zawsze stawia na odpowiedni dobór obsady. I ma do niej genialnego nosa! Tak też i jest w  przypadku Fabelmanów, w którym to filmie Sammy’ego kreującego alter ego Spielberga jako nastolatka kreuje nieznany do tej pory szerokiej publiczności, absolutnie prześwietny Gabriel LaBelle – nazwisko do zapamiętania! A jego rodziców  grają aktorzy tak charyzmatyczni i doskonali warsztatowo jak Michelle Williams (w roli matki) oraz Paul Dano (w roli ojca). I jeszcze jedna, bardzo istotna kwestia: humor. Steven Spielberg nie jest „zabawnym panem od zabawnych filmów”, ale ma doskonałe poczucie humoru, które w jego obrazach zawsze jest obecne. Zawsze bardziej interdyscyplinarne – niż dosłowne. Zdecydowanie bardziej Intelektualne, oparte na grze słów, na bystrości umysłowej, na puszczaniu oka – niż na gagach, wistach i śmiechach do rozpuku. Fabelmanów wieńczy moim zdaniem cudownie dowcipna, ba! na swój sposób wspaniale autoironiczna scena (żeby nie psuć Wam przyjemności z oglądania – nie powiem jaka). A jest to taka scena, o której mówi się, że znać „ręką mistrza”! Występuje w niej, w epizodycznej roli pewien bardzo znany reżyser filmowy, który – twórczo – jest całkowitym przeciwieństwem Spielberga… 

*  *  *

Kino to sen. To najbardziej enigmatyczna, a jednocześnie najbardziej uniwersalna i adekwatna definicja X muzy. Niewielu twórców filmowych na świecie może się poszczycić tak doskonałym wcieleniem tej idei w swoje życie zawodowe. Stevenowi Spielbergowie się to udaje nad podziw dobrze…

W momencie, w którym napisałam to zdanie – zdałam sobie sprawę z tego, że akurat ten reżyser jest jednym z nielicznych, który konsekwentnie i od zawsze unika jak ognia jedynie jednego gatunku filmowego – horroru. I mnie olśniło. Bo przecież nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że akurat on byłby w stanie napisać scenariusz, wyreżyserować i wyprodukować „horror wszechczasów”.  A jednak uparcie trzyma się tego by być kimś, kto reprezentuje „fabrykę snów” w jej najbardziej pierwotnym i metaforycznym ujęciu. Fabelmanowie to hollywoodzka wersja dzieciństwa i wczesnej młodości reżysera. Taka, w której mrok nigdy nie wygra ze światłem nadziei. Taka, w której marzenia są ważniejsze niż skrzecząca rzeczywistość. A dobro silniejsze niż zło. I taka, w której o sukcesie przesądza konsekwencja i upór w byciu sobą i realizowaniu swoich marzeń. Do tego świata horror nie może mieć dostępu. Tylko wtedy może się ziścić sen z napisem „happy end”.   

 

*** Wszystkie zdjęcia i przytoczony cytat pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu FABELMANOWIE na rynku polski: Monolith Films.

You may also like

WONKA
MONSTER
CIVIL WAR
PERFECT DAYS

Skomentuj