8
gru
2015
137

LUKULLUS przy Chmielnej – czyli o pielęgnowaniu najlepszych warszawskich tradycji

Kiedyś, a dokładnie w marcu tego roku jako blogerka – nowicjuszka napisałam tekst na temat Lukullusa. Napisałam go, bo byłam i jestem tą MARKĄ urzeczona. Uosabia dla mnie wiele ważnych wartości i utożsamiam ją z kwestiami dla mnie osobiście w kulturze niezwykle istotnymi. To, że jest to firma, która oferuje wspaniałe wypieki cukiernicze nie było w tym wszystkim najbardziej istotne. Najważniejsze było to, że marzę o tym, by Warszawa, miasto, z którym pozostaję w zawiłej relacji typu “love & hate relationship”, w którym się wychowałam, w którym mieszkam całe życie i z którym jestem nierozerwalnie związana – było miejscem szczególnym. I każdy, kto je takim czyni – jest mi bliski.

A Lukullus te “postulaty” spełnia. Dokłada swoją cegiełkę do tego, by stolica Polski była miejscem z moich marzeń i aspiracji. By Warszawa stawała się metropolią ikoniczną: symbolicznie i metaforycznie.

Żyjemy w świecie globalnie zdigitalizowanym. Dostępnym na wyciągnięcie – internetowej ręki. Jednak to nie obrazki tworzą doświadczenie. Bo każdy z nas, kto gdzieś jedzie i jakimś miastem się zachwyca – przywozi ze sobą do domu bagaż doznań. Bo to ich poszukujemy. To one stanowią jedyne i niepowtarzalne źródło naszych doświadczeń z danym miejscem na mapie świata. Zachwycając się Paryżem, Londynem, Nowym Jorkiem, czy Barceloną nie wracamy  jedynie ze wspomnieniami widoku wieży Eiffela, Big Bena, Empire State Building, czy Sagrada Familia – przyjeżdżamy z wachlarzem impresji: konglomeratem zapachów, kolorów, smaków, kolorytu miejsc, które nas urzekły, obrazów pamięci o najprzyjemniej spędzonych chwilach, jedynym w swoim rodzaju gwarze i szumie danego miasta, jego ulicach, mieszkańcach i ich codziennym bytowaniu. Wracamy wypełnieni dziesiątkami doznań, których czasami nawet nie umiemy dobrze nazwać. Ale wiemy, czujemy, że są dla nas istotne. Dały nam to, co zwie się radością życia. To mogą być sytuacje banalne i zwyczajne, takie jak poranna kawa i croissant, urok danej ulicy niespiesznie przemierzanej o poranku. Prześwietny wieczór w doborowym towarzystwie. Cokolwiek.

Warszawa – pojęcie złożone. Trudne, bolesne, piękne, niejednoznaczne. Z całą jej pogmatwaną historią, dziejowymi turbulencjami. I w tym wszystkim Lukullus – cukiernia warszawska.

Tak bardzo warszawska, że mnie to rozczula. Bo tak bardzo pragnąca w to miasto tchnąć ducha, a może lepiej byłoby powiedzieć, ducha tego ożywić.

Miałam wielką przyjemność być zaproszoną na otwarcie kawiarni sygnowanej marką Lukullus przy ulicy Chmielnej. I muszę powiedzieć, że do tej pory nie mogę uwierzyć, że choć fragment mojego “snu o Warszawie” się ziścił.

Lukullus.ulica

To, w jak kongenialny sposób właściciele i pomysłodawcy tego miejsca nawiązali do najlepszych tradycji warszawskich lokali – powala.

Lukullus – kawiarnia przy Chmielnej – jest arcydziełem zamysłu, dizajnu, precyzji wykonania.

To miejsce jest jak wehikuł czasu i powrót do przeszłości w jednym. Daje możliwość będąc “tu i teraz” nagle przeskoczyć o dwie epoki wstecz: do późnych lat 50-tych i 60-tych zeszłego stulecia. Do tego wszystkiego, co stanowiło o szyku i klasie budujących swą legendę miejsc, do których chciano chadzać. Gdzie pobyt był nie tylko dowodem przynależności do pewnej grupy znawców i koneserów, ale przede wszystkim dostarczał gigantycznej przyjemności, wynikającej z obcowania z miejscem unikatowym.

Właściciele Lukullusa: Albert Judycki i Jacek Malarski byli tak mili – że zgodzili się udzielić mi krótkiego wywiadu – którym z najwyższą przyjemnością się z Wami dzielę:

Czy wybór ulicy Chmielnej dla nowej kawiarni Lukullusa to przypadek, czy zamysł? Pytam, bo intuicja mi podpowiada, że może mieć to związek z faktem, że opakowania waszych wypieków zawierają w sobie cytat ze “Złego” Tyrmanda.

Piszecie na swoim fanpejdżu na Facebooku, że mieści się na przeciwko kina Atlantic. A Chmielna wraz z tym kinem – to jednak dość ważne miejsce w narracji tej kultowej powieści.

…ulica, przy której znajduje się kino “Atlantic”, leży w samym sercu Warszawy: od zachodu wpada na największy plac w Europie jak rzeka do ogromnego jeziora…W czasie zmagań wojennych została niezbyt mocno poharatana…No i życie – zwykłe, codzienne życie, które tętniło tu wyraźniej niż gdziekolwiek, tak jak tętni wydobyta zwiększonym wysiłkiem żyła przedramienia…

Albert Judycki: Początek historii naszego punktu na Chmielnej jest rzeczywiście trochę czarodziejski, ale aż do literatury nie sięga… Otóż zawsze, kiedy chodziliśmy do kina Atlantic, myśleliśmy sobie, że jeśli Lukullus kiedykolwiek miałby otworzyć się na Chmielnej, to tylko w tym jednym lokalu. Zawsze się on nam bardzo podobał. Nie wiem do końca, czego to była kwestia. Być może jakiejś energii, która nas tu przyciągała. W tamtym czasie nie mieliśmy de facto ani zamiaru ani chęci ani potrzeby otwarcia nowego punktu w tym właśnie miejscu, więc nasze myśli miały charakter czysto abstrakcyjny. Ale miejsce podobało nam się do tego stopnia, że jakoś na początku tego roku weszliśmy do środka, żeby je obejrzeć i tylko utwierdziliśmy się w tym, że to piękny lokal. I nagle kilka miesięcy później dzwoni do mnie obcy człowiek, agent nieruchomości, o którego istnieniu nic nie wiem i proponuje nam… ten właśnie lokal. To był taki zbieg okoliczności, że aż trudno w to uwierzyć! Tak więc chciałbym wierzyć, że to miejsce było w jakiś sposób nam pisane.

Lukullus przy Chmielnej – zwłaszcza dla osób, które znają wasze pozostałe lokale: przy Francuskiej i Mokotowskiej – stanowi estetyczną „niespodziankę” – jest opowieścią o całkiem innym świecie – mam na myśli dizajn i wystrój. Co przyświecało wyborowi takiej, a nie innej stylistyki?

Jacek Malarski: Chcielibyśmy, aby każdy nasz lokal nawiązywał do swojego otoczenia. Na Mokotowskiej styl lat 40-tych czyli mieszanki tzw. późnego art- deco, socrealizmu i surrealizmu jest odwołaniem do daty powstania kamienicy, w której nasz lokal się mieści. Na Francuskiej chcieliśmy się odnieść do zielonego charakteru Saskiej Kępy. Stąd roślinne motywy tapicerowanych foteli, „organiczne” wzory marmuru czy drzewo, które rośnie wewnątrz lokalu. Na Chmielnej również szukaliśmy czegoś, co mogłoby stanowić punkt odniesienia i uznaliśmy, że będzie nim kino Atlantic a konkretnie jego dawny neon. Stąd w lokalu wszystkie morskie odniesienia: falujące ściany, granatowy sufit, podłoga z tłuczonego kamienia, która wygląda trochę jak kamienista plaża. Janek Strumiłło ubrał z kolei ten pomysł w piękną formę, odwołującą się do tradycji dekoracji sal na statkach transatlantyckich.

Lukullus-wnetrze

Jak byście opisali atmosferę tego miejsca. Czy mieliście jakieś konkretne inspiracje, czy też punkty odniesienia przy jego projektowaniu?

Jacek Malarski: Chcieliśmy osiągnąć wrażenie „luksusowego PRL-u”. Być może taki PRL nigdy nie istniał. Projekt ten nie jest historyczną stylizacją a wnętrza z tamtych czasów nie stanowiły bezpośredniej inspiracji. Jest to raczej nasze wyobrażenie na temat tego, jak to mogło wyglądać.

Albert Judycki: Punktami odniesienia były zarówno warszawskie bary kawowe, mediolańskie kawiarnie z lat 70-tych jak i organiczne kształty architektury Alvara Aalto.

Lukullus.3

Jeśli wyjdziemy od pewnego założenia, którym jest idea, że tworząc nowe miejsca, możemy także kreować nowe trendy czy też zwyczaje – czy na jakimś wam szczególnie zależało?

Albert Judycki: Chcieliśmy stworzyć na Chmielnej miejsce, którego chyba na niej brakowało tzn. elegancką kawiarnię i cukiernię. Przez wiele lat Chmielna popadała w ruinę. Przeprowadzono fatalny remont nawierzchni i oświetlenia ulicy. Słabo przemyślana „rewitalizacja” pasażu Wiecha nie pomogła. Jednak w ostatnich latach można zaobserwować powolny trend w powtórnym „cywilizowaniu” tej przecież jednej z najbardziej warszawskich ulic. Nowy dom Jabłkowskich, ciekawy biurowiec zaprojektowany przez pracownię Bulanda/ Mucha, zapowiadana galeria SARP w Zodiaku, planowany remont tzw. placu „pięciu rogów”… wszystko to zdaje się świadczyć o tym, że ten rejon ma szansę stać się z powrotem wizytówką Warszawy, gdzie nie tylko turyści z przypadku, ale również warszawiacy będą z przyjemnością bywać.

Lukullus.4

Lukullus.5

Świadome zastosowanie pewnej konkretnej stylistyki odbieram jako próbę nadania waszej nowej kawiarni pewnego tonu. A ma on charakter “vintage”, czy też “retro”. Czy te odniesienia mają także jakieś szersze spectrum?, na przykład chęć powrotu do tradycji warszawskich kawiarni jako miejsca spotkań i dyskusji ludzi sztuki? Pamiętam, że swego czasu słynna kawiarnia “Nowy świat” była miejscem, w którym spotykali się artyści, literaci, intelektualiści. Przychodzili tam regularnie między innymi Gustaw Holoubek oraz Tadeusz Konwicki…

Albert Judycki: Wydaje mi się, że ta tradycja nigdy nie zniknęła, choć oczywiście istnieje dzisiaj w formie innej niż ta przed- lub powojenna. Dzisiaj tę role pełnią kluby, winiarnie czy pewna słynna piekarnia na placu Zbawiciela…

Jacek Malarski: Mimo że Lukullus współpracuje regularnie z artystami chociażby przy okazji ilustracji na naszych opakowaniach, nie mamy chyba ambicji, aby nasze kawiarnie stały się miejscem spotkać warszawskiej bohemy. Chcemy po prostu robić pyszne ciastka oraz prowadzić kawiarnie, w których każda kulturalna osoba będzie się zwyczajnie dobrze czuła.

You may also like

Partnerstwo przede wszystkim! – czyli o marce JOHN & MARY
FERRARI
OPPENHEIMER
JANE BIRKIN – HISTORIA IKONY…

1 Komentarz

  1. Pingback : Kultura Osobista Opowieści witryny sklepowej - czyli o Window Stories by Malwa... | Kultura Osobista

Skomentuj