5
Lip
2019
3

MIDSOMMAR

MIDSOMMAR W BIAŁY DZIEŃ (Midsommar). Reż. & Scen. Ari Aster, Wyk. Florence Pugh, Will Poulter, Jack Reynor, USA, 2019

WTF! – tak jeden z uznanych amerykańskich krytyków filmowych podsumował na twitterze swoje pierwsze wrażenia po obejrzeniu MIDSOMMAR W BIAŁY DZIEŃ. Z czym trudno mi się nie zgodzić. Bo jest to film, który urywa łeb dokładnie w tym miejscu, które macie na myśli…

A jest to obraz bardzo niejednoznaczny, mroczny, niepokojący i hipnotyzujący zarazem. Od strony kinematograficznej – porażający wręcz dojrzałością reżyserską, erudycją filmową, umiejętnością budowania napięcia i przemawiania obrazami. Midsommar. W Biały dzień to kino pełną gębą, absolutnie wyjątkowe i takie, które nikogo nie zostawia obojętnym.

O Arim Asterze zrobiło się głośno po jego  debiucie fabularnym (kilkadziesiąt nagród filmowych) “Dziedzictwo. Hereditary”. Nie widziałam tego obrazu, bo horrorów unikam i rzadko je oglądam. Nie pytajcie mnie dlaczego. Bo nie mam na to odpowiedzi innej niż banał z cyklu: “bo nie lubię się bać”. Co oczywiście strasznie by rozbawiło tego “pajaca z Wiednia” – jak nazywa Zygmunta Freuda bohater ostatniej książki Michela Houellebecqa.

Wspominam o tym trochę dla śmiechu, a w zasadzie specjalnie, by podkreślić coś, co jest bardzo istotne dla obrazu Midsommar. Otóż główna część akcji obezwładniająco przerażających wydarzeń jakie staną się udziałem bohaterów filmu dzieje się gdzieś na północy Szwecji, w małej osadzie, odciętej od świata i cywilizacji (nie działa tam Internet) w dzień letniego przesilenia. Przeraźliwie jasno jest praktycznie całą dobę.

Ten zabieg inscenizacyjny stanowi o tym, że Midsommar staje się opowieścią o czymś, co całkowicie wymyka się stereotypowemu myśleniu o gatunku jakim jest horror. Okropności w nim ukazane nie czają się w ciemnościach i nie przybywają z nieznanej krainy mroku. To, co jest nie do zniesienia dzieje się w oślepiającym świetle słońca, w biały dzień, na tle błękitnego, bezchmurnego nieba, w otoczeniu pięknej przyrody, zieleni drzew i jaskrawo kwitnących kwiatów…

*    *    *

Midsommar przez wszystkie najbardziej opiniotwórcze  media filmowe był od początku tego roku nazywany filmem, na którego termin dystrybucji w kinach oczekuje się szczególnie mocno. Pewnie z racji tego, że druga praca reżysera, którego debiut okazał się być fenomenalnie dobry zawsze stanowi przyczynek do pytania o to, czy był to jedynie “przypadek”, czy też narodził się nowy talent. Z drugim filmem jest troche tak, jak z drugą książką pisarza obwołanego po pierwszej “objawieniem”…

Ja, ze swej strony, jako że debiutu Astera nie znam, mogę napisać jedynie, że Midsommar mnie kompletnie wygiął. Pod każdym względem. Choc jego interpretacja nie należy do łatwych. A nawet myślę sobie, że może być Midsommar interpretowany na tyle sposobów, na ile każdemu pojedynczemu widzowi pozwala własna wrażliwość, znajomość dzieł kinematografii, w tym tzw. klasyków, umiejętność dostrzegania nawiązań i powiązań do innych niż horror gatunków filmowych. I last but not least – skłonność do patrzenia na dzieła filmowe szerzej – nie tylko z perspektywy opowieści o konkretnych osobach i wydarzeniach z ich życia.

*    *    *

Florence Pugh; Jack Reynor
DSCF2781.JPG

Midsommar skupia się na pewnej młodej parze Amerykanów: Dani (absolutnie rewelacyjna Florence Pugh) studiuje psychologię, a Christian (Jack Reynor) jest doktorantem na wydziale antropologii. Ale choć spotykają się od czterech lat, trudno nazwać ich związek udanym. To ten typ relacji, w którym jedna ze stron znajduje się jeśli chodzi o emocjonalne zaangażowanie bardzo powierzchownie lub raczej na zasadzie bliżej nieokreślonej inercji. Do jej formalnego rozpadu brakuje bardzo niewiele. Jak niewiele? Nie wiadomo. Los jednak chce inaczej. W życiu rodzinnym dziewczyny staje się rzecz straszna i Christian zwyczajnie nie ma odwagi z Dani zerwać, w momencie gdy jest w żałobie, depresji i na skraju załamania nerwowego. Choć wcześniej usilnie namawiali go do tego jego przyjaciele ze studiów, z którymi mieszka: Mark (Will Poulter) oraz Josh (William Jackson Harper). Co kieruje Christianem? Nie wiadomo. Midsommar portretuje go jako kolesia bardzo wygodnego i konformistycznego. Wiecie, taki typ, który za wszelką cenę stara się nie robić sobie za dużo kłopotów, ani się nadmiernie w życiu nie wysilać.

Jest jeszcze Pelle (Vilhelm Blomgren) – jedyny z trójki jego kumpli, który do Stanów przyjechał na studia ze Szwecji, a na dodatek zdaje się sympatyzować z Dani i empatycznie odczuwać, że związek z Christianem nie jest dla dziewczyny niczym dobrym…

Trochę przez przypadek staje się tak, że Dani dowiaduje się, że jej chłopak oraz jego kumple zaplanowali w wakacje udać się do rodzinnej wioski, czy też osady Pellego. Jak zapewnia ich kolega, raz na 90 lat obchodzone jest tam prastare święto związane z letnim przesileniem. To ma być coś niebywałego, nowego, niespotykanego. Wyjątkowego. Rodzaj beztroskiego festiwalu i nieznanego im folkloru.

Pelle sprawia wrażenie kogoś, kto jest oazą łagodności. Jakby jego dotychczasowe życie było jedynie sielanką. Wydaje się być także refleksyjny i wrażliwy.  Wyjazd w jego rodzinne strony jawi się więc pozostałej czwórce jako okazja do świetnej zabawy. Na którą wszyscy się bardzo cieszą. A szczególnie Josh, który jako temat swego doktoratu z antropologii obrał sobie właśnie folklorystyczne obrzędy z mało znanych, zamkniętych i niedostępnych kultur.

MDSMR_08-30-18_MW_08314.dng

MDSMR_08-29-18_MW_06652.dng

Po przybyciu na miejsce – rzeczywiście – osada, w której dorastał Pelle z początku jawi się jak istna (folklorystyczna) sielanka, na łonie czystej, nieskażonej przyrody. Jej mieszkańcy pięknie i odświętnie ubrani w białe ludowe stroje witają gości z Ameryki dosłownie z otwartymi ramionami. Uśmiechem, tańcem i śpiewami. A także specjalnym poczęstunkiem “o szczególnych właściwościach”. Z czego jest zrobiony, nie wiadomo. Niemniej jego działanie jest halucynogenne. Wywołuje efekty takie same jak środki psychotropowe.

Jest im zatem tam od początku nieco dziwnie, bardzo nie nowocześnie i zupełnie inaczej niż w świecie, z którego wszyscy przybyli. Ale na swój sposób atrakcyjnie, jeśli się potrafi traktować wszystko to co nieznane i nowe w ten sposób. Do czasu – te dwa uczucia: rodzaj zadziwienia oraz podniecenia tym co takie dziwne i niespotykane będzie dominować odczucia przybyszy z Ameryki. I przez dłuższy czas nie będą widzieć miejsca do którego przybyli jako takiego, które w jakikolwiek sposób by im personalnie zagrażało…

Florence Pugh; Jack Reynor
DSCF9328.RAF

GSCF4168.RAF

MDSMR_08-21-18_MW_00124.dng

DSCF3726.JPG

DSCF8772.RAF

Ale z każdym dniem pobytu w osadzie, z każdym obrzędem w którym będą uczestniczyć, z każdym zwyczajem i panującymi tam zasadami, wierzeniami i sposobami funkcjonowania tej społeczności – obchodzone raz na 90 lat święto z okazji przesilenia będzie obfitowało w wydarzenia coraz bardziej upiorne, aż do finałowych, które zostawiają widzów z rozdziawionymi gębami i w środku koszmaru, który dzieje się w biały, słoneczny dzień. I przekracza wszelkie zdolności prób zrozumienia, wyjaśnienia, czy nadania jednoznacznej interpretacji temu, co obejrzeliśmy…

*    *    *

Tak, jak wspominałam Midsommar Ari Aster zamyślił sobie na swój sposób, który zdecydowanie udowadnia, że przynajmniej w gatunku, zwanym horrorem na mapie światowej kinematografii pojawił się ktoś o niebywałym talencie!

W tym miejscu muszę wspomnieć o trzech kwestiach, które budują wyjątkowość tego filmu w sposób szczególny. Po pierwsze strona wizualna! Zdjęcia autorstwa, urodzonego w Polsce PAWŁA POGORZELSKIEGO – są tak olśniewające, że mi mowę odjęło z wrażenia! Midsommar obfituje w absolutnie genialne kadry (tak w bliskim, jak i dalekim planie). I zupełnie nie zdziwi mnie to, kiedy ich twórca stanie się kolejnym rozchwytywanym polskim operatorem z nominacjami (co najmniej) do najważniejszych nagród filmowych z Oscarem włącznie!

Kolejne brawa należą się dialogom. Są esencjonalne, raczej krótkie, ale niezwykle treściwe. Widać w nich wielką czujność reżysera i scenarzysty w jednym do nadawania słowom znaczeń, które podbijają wymowność obrazów.

A po trzecie – Ari Aster ma ponadprzeciętną umiejętność nie tylko budowania napięcia, ale żonglowania nastrojem widzów. I przeplatania scen, w których krew zastyga ze zgrozy, z tymi, które są miejscami wręcz komiczne.

Midsommar to dla widza emocjonalny rollercoaster.

Gdybyście chcieli mnie zapytać o to, o czym jest Midsommar moim zdaniem, to mam na to swoją, subiektywną odpowiedź. Ale jak wiecie ja mam “skrzywienie psychologiczne” 😉

A ono każe mi interpretować najnowszy film Ari Astera jako taki, który za najczarniejszy koszmar uważa nie to co koszmarem się nam wszystkim zbiorowo zdaje, ale to co jest koszmarem indywidualnym każdej jednostki, która go doświadcza. Czasami jedynie w swojej głowie, w sobie samym. To co przeraża, napawa trwogą, co staje się traumą, co powoduje, że niemalże odchodzimy od zmysłów ze smutku, strachu, bezsilności, poczucia bycia skrzywdzonym, niezrozumianym, samotnym i cierpiącym nie wymaga w ogóle zła, które czai się w mroku. I znienacka wypełza, by nas napaść. Koszmar może się nam przydarzyć w biały dzień. I za sprawą i w obecności ludzi, którym ufaliśmy, darzyliśmy uczuciem. I którzy wydawali się nam bliscy.

*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu MIDSOMMAR. W BIAŁY DZIEŃ na rynku polskim: Gutek Film

You may also like

KRÓLOWA KIER
GLORIA BELL
ONI
NIEDOBRANI

Skomentuj