16
wrz.
2021
12

TEŚCIOWIE

TEŚCIOWIE. Reż. Kuba Michalczuk. Scen. Marek Modzelewski. Wyk. Maja Ostaszewska, Marcin Dorociński, Iza Kuna, Adam Woronowicz, Polska, 2021

TEŚCIOWIE to film bombastycznie wręcz dobry! Komedia a rebour, z grupy tych, które doskonale wpisują się w powiedzenie “troszku smieszno, a troszku straszno”…

Obraz ten zgrabnie miksuje gatunki: jest pospołu satyrą społeczną, farsą jak i tragikomedią w jednym. Ale przede wszystkim to OBŁĘDNY KWARTET AKTORSKI! Kreacje tytułowych Teściów w wykonaniu Ostaszewskiej i Dorocińskiego oraz Kuny i Woronowicza to majstersztyk! Chapeau bas!

 

Konia z rzędem temu, kto kocha, lubi i szanuje swoich teściów (hłe,hłe). Brzmi jak suchar. Ale prawda psychologiczna jest taka, że ta rola społeczna jest od zawsze w jakiś sposób zaetykietowana (kto nie zna żadnego dowcipu o teściowych, rączka do góry!), zestereotypizowana, a przede wszystkim – życiowo i emocjonalnie – trudna. Wie to każdy, kto ma dorosłe dziecko lub dzieci, które wybrały sobie partnera na życie…

Teściowie to debiut fabularny Kuby Michalczuka, uznanego reżysera spotów reklamowych, na podstawie scenariusza Marka Modzelewskiego. Który z kolei powstał w oparciu o sztukę teatralną (wystawianą w Warszawie w Teatrze Powszechnym) jego autorstwa pt. Wstyd. W przypadku tego obrazu należy także wspomnieć o tym, że za (jak zawsze – doskonałe) zdjęcia odpowiada Michał Englert, od lat kooperant operatorski na planach filmowych Małgorzaty Szumowskiej. Teściowie mają też “coś”, co w polskim kinie nie jest wcale takie częste: doskonały montaż autorstwa Wojciecha Włodarskiego, rewelacyjnie zespolony z muzyką Jerzego Rogoziewicza, który podbija tempo i wymowność kluczowych scen – fenomenalnie dobrze. Wszystko to razem powoduje, że dostajemy obraz esencjonalny. W punkt. Niecałe 90 minut kinowej uczty. Bez żadnych dłużyzn, niepotrzebnych kadrów i nic nie wnoszących do kanwy opowieści “naddatków artystycznych”…

Jednak, nie byłabym sobą, gdybym nie nadmieniła, że Teściowie od strony kinematograficznej jaśnieją blaskiem szczerozłotym przede wszystkim OBSADĄ. Tych kreacji się nie zapomina. Duety, które tworzą fenomenalnie dobrani na ekranie w pary rodziców państwa młodych – uczestnicy wesela “z problemami” – to wyżyny kunsztu aktorskiego i pracy zespołowej. Miód na moje serce!

*   *   *

Andrzej (Marcin Dorociński) oraz Małgorzata (Maja Ostaszewska) to rodzice pana młodego. Którego matka nazywa (choć z pewnością jest już pełnoletni) wciąż “Łukaszkiem”. Tzw. państwo lepsi. Z Warszawy. Z pozoru dystyngowani, pełni spokoju i wywarzenia w słowach. Trudność i złożoność sytuacji, w której się znaleźli z początku zdają się nam znosić prawie że ze stoickim spokojem. Zwłaszcza Andrzej. Ubrany w smoking, przystojny, zadbany biznesmen. Z tych, co to mają “luz”, bo na wszystko ich stać. Ona – jego żona lekarka – odziana jest w piękną suknię, zapewne bardzo drogą. Małgorzata jest nieco bardziej od niego zdenerwowana. Ale trzyma fason. Pozornie zdają się tworzyć małżeństwo doskonałe. Różniące się jedynie temperamentem…Wyglądają oboje jak z żurnala dedykowanego “wyższej klasie średniej”. Widać na pierwszy rzut oka, że mają duże pieniądze, wyrobiony gust, wykształcenie. Z pozoru także: klasę, ogładę oraz maniery. Z pewnością byli wielokrotnie zagranicą. Znają kody przynależne osobom ze środowisk, do jakich aspirują. Światowi ludzie…

Tadeusz (Adam Woronowicz) oraz Wanda (Iza Kuna) to z kolei rodzice panny młodej, o której jej ojciec mówi ciepło i zawsze nieco infantylnie (choć z pewnością jest już pełnoletnia) per Weronka. Tzw. plebs. Małomiasteczkowy. Napewno nie mają wyższego wykształcenia. Ogłady, manier oraz klasy. I “wielkiego świata” liznęli (i to ewentualnie) jedynie oglądając TV. Kiedy otwierają usta: ona syczy małostkowo, prostacko i jędzowato, pełna urazy. A on jęczy żałośnie, zaciąga z wiejska i kleci zdania nieporadne. Para, w której już na pierwszy rzut oka widać, że nie tworzy “jedności”. Świetne kostiumy autorstwa Katarzyny Lewińskiej oddają rozdźwięk charakterologiczny jaki między nimi istnieje. Wanda prezentuje się jeżeli chodzi o wygląd znacznie lepiej od swego małżonka. I dość szybko dowiemy się, że jej ambicje i aspiracje są znacznie większe niż jego. A przede wszystkim, że skrywa wielkie pokłady słabo tłumionej frustracji życiowej, małżeńskiej, społecznej i kobiecej. Garnitur i fryzura Tadeusza oddają w pełni jego „ciapowatą” osobowość i nieprzystosowanie do czasów, w których przyszło mu być na weselu córki, która związała się z synem „Państwa lepszych”. Mężczyzny w głębi serca ciepłego i poczciwego, a od wielu lat zagubionego, nieporadnego, nieogarniętego życiowo i społecznie. Którego życie, a zwłaszcza transformacja rynkowa po 1989 przytłoczyła całkowicie. I sprowadziła do roli safanduły i niedojdy, który sobie nie poradził “w ustroju kapitalistycznym” w oczach – zapewne całego świata, nie wspominając o Andrzeju i Małgorzacie…

Tytułowych Teściów poznajemy w scenach rozpoczynających wesele. Wesele bardzo osobliwe – bo bez udziału pary młodej, bo do ślubu nie doszło. Gdyż jedno z młodych jak to się mówi “uciekło sprzed ołtarza”…

I jak się wkrótce zorientujemy – wesele, które się odbywa w myśl zasady, że skoro zapłacone to zabawa być musi, bo przecież polskie wesela od morza do Tatr i w każdej warstwie społecznej od zawsze ufundowane są na porzekadle “zastaw się a postaw się”.

*   *   *

Nie chcąc psuć Wam przedniej zabawy, którą Teściowie stanowią walnie dzięki w moim odczuciu doskonałym dialogom podawanym przez fenomenalnie odtwarzających główne role doskonałych aktorów – powiem tyle, że obraz ten zrobił na mnie spore wrażenie od strony tej, którą uważam za największą bolączkę polskiej kinematografii…

Teściowie mają bowiem coś, co z zasady stanowi podwaliny każdego udanego filmu: DOBRY, NIETUZINKOWY POMYSŁ, a potem – scenariusz (ykhm). W tym przypadku możemy śmiało mówić o tym, że jest on zarówno (w swym sednie) bardzo uniwersalny kulturowo, jak też bardzo “polski”. A to w naszym kinie – rzadka rzadkość.

Bo też jest to obraz w najgłębszych swych pokładach o tym wszystkim co ludzi dzieli, co powoduje, że toczą ze sobą “wojnę”. A ta od zawsze toczy się o kwestie klasowe. O ambicje, dostęp do fruktów wszelkiego rodzaju, władzę i poziom na “drabinie społecznej”. Czyli w skrócie o status. I wizerunek. Bardzo mi się jako psycholożce w tym filmie podoba właśnie to: ta diagnoza. Podana w myśl: kawa na ławę. To nie jest łatwy temat. A w Polsce szczególnie. Nie znosimy go wszyscy, każdy na swój sposób. Po każdej ze stron “politycznej barykady”. Teściowie tę naszą narodową bolączkę biorą na widelec. I to właśnie obśmiewają. Bo brzydka (i brutalna) prawda jest taka, że my ludzie – jako gatunek – uwielbiamy czuć się “lepsi”. I podnieca nas szczególnie kiedy mamy możność to udowodnić. … A napewno jest to cecha mocno charakteryzująca pokolenie polskich “teściów”, którzy dorastali w PRL, o jakich opowiada ten obraz. Film Michalczuka świetnie oddaje sedno naszego całkowicie współczesnego, społecznego problemu jako narodu. Jesteśmy podzieleni nie tyle mentalnym, co socjalnym murem. Odseparowani od siebie jako społeczeństwo, poklastrowani, obcy sobie i siebie nie rozumiejący. Pogardzamy innymi od nas i nie chcemy zrozumieć perspektywy tych, którzy są według nas ”inni” (bo tak nas nauczano od wieków). Widzimy i odnajdujemy sens swego istnienia w podziale. Na “lepszych” i “gorszych”. Cóż, to najłatwiejszy do zastosowania klajster mentalny i emocjonalny, pod którym łatwiej skryć własne niedoskonałości, wady i przywary…

Teściowie – co poczytuje temu obrazowi za największy plus narracyjny – to właśnie czynią przedmiotem swej szyderczej kpiny. Podtykając nam pod nasz polski nos zwierciadło, w którym bardzo dokładnie widać to, jakim jesteśmy narodem. Jest to lustro wieki temu zbite, i nigdy nie posklejane. W którego zerkanie budzi histeryczny śmiech, ale też żałość i smutek. I skłania do refleksji nad naturą konfliktu pomiędzy zwaśnionymi stronami wesela na niby. Brzydota wyłazi z niego z każdej perspektywy patrząc…

Nie ma w obrazie Teściowie nikogo bez winy. Nikogo idealnego. Bez skazy. Obie z prezentowanych par rodziców niedoszłych młodych małżonków to pary fasadowe. Pęknięte. Ludzie, którzy bez względu na status społeczny i to jak widzą ich inni – nie umieją żyć ze sobą ani dobrze, ani szczęśliwie, ani spełnienie. Prowadzący grę pozorów już na poziomie tej najbardziej podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina…

Dlatego też finał tej historii (bardzo doceniam, że nie sztampowy i stanowiący dla widzów niespodziankę) uznaje za znacznie bardziej niosący nadzieję, niż wynikałoby z fabuły i narracji filmowej.

Pokolenie Polaków (obecnie 45 +), którzy wychowywali dzieci w Polsce po 1989 roku nie odrobiło lekcji, które ich progenitura (mam nadzieję) jednak – odrobi.

Życie osobiste i jego satysfakcje nie mogą być fasadowe. Zakłamane. Nie da się osiągnąć spełnienia i poczucia radości życia będąc zakładnikiem wizji wpojonej przez rodzinę, kulturę, religię, w narzuconych rolach, powinnościach, stereotypach myślowych i wizerunku, budowanego na życzeniach i pragnieniach innych. Bo to zawsze prowadzi do katastrofy…

Postawa Pary Młodej, której wesele się odbyło, choć oni ślubu nie wzięli to dobra diagnoza tego, że obecni dwudziestoparolatkowie mają szansę nigdy już nie być “teściami” takimi jak ich rodzice w tym filmie. I jeżeli chodzi o mnie – to właśnie dlatego w beczce dziegciu jakim de facto jest ten obraz (hehe) odnajduję bardzo dużą i słodką łyżkę miodu. Zawsze coś 😉

*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu TEŚCIOWIENext film

You may also like

OSTATNI POJEDYNEK
KinoGram – czyli nowa jakość kina…
GAGARINE
RESET

Skomentuj