5
sie
2022
7

ROZMOWY Z PRZYJACIÓŁMI

ROZMOWY Z PRZYJACIÓŁMI (Conversations with Friends) Reż. Lenny Abrahamson & Leanne Welham, Scen. Alice Birch, Meadhgbh McHugh, Mark O’Halloran na podstawie powieści Sally Rooney pod tym samym tytułem. Wyk. Alison Oliver, Sasha Lane, Joe Alwyn, Jemima Kirke, Justine Mitchell, Tommy Tiernan. Produkcja oryginalna Hulu, 2022

Jest w ROZMOWACH Z PRZYJACIÓŁMI coś takiego, co każe mi o drugim serialu powstałym na podstawie prozy Sally Rooney myśleć znacznie cieplej niż teoretycznie powinnam. A dzieje się tak dlatego, że choć realizacja Rozmów z przyjaciółmi ma zdecydowanie skromniejszy rozmach niż wybitna ekranizacja „Normalnych ludzi”– wspaniale za to nadrabia w rejestrach, które cenię w kinematografii szczególnie: pulsuje emocjami i wiarygodnością portretowanych postaci.

 

*   *  *

First things – first. Nie czytałam pierwszej, debiutanckiej powieści Sally Rooney pt. „Rozmowy z przyjaciółmi”, która ukazała się na rynku polskim w zeszłym roku. I jeżeli miałabym być szczera do bólu – to mówiąc wprost – nie jestem jej ciekawa. Z Rooney skończyłam na „Normalnych ludziach”. Nie umiem ani dobrze ani racjonalnie wyjaśnić tego paradoksu, bo zaiste jest to swego rodzaju – paradoks. Nie porywa mnie jej proza – choć bardzo obchodzi mnie to o czym pisze… A jednak szczerze i dogłębnie poruszają mnie seriale powstałe na podstawie zdań, które w jej pisarstwie mi często nie leżą, męczą, mam z nimi na bakier…

To niebywały fart i także (kolejny) dla mnie racjonalnie niewytłumaczalny paradoks, że akurat ta młoda irlandzka pisarka trafiła na cudowny splot okoliczności w biznesie filmowym, który wywindował ją na szczyt popularności i splendorów i w tej branży (nominacja do Prime Time Emmy oraz nagrody Bafta za scenariusz). Na ludzi, którzy w jej powieściach ujrzeli materiał „do szycia” rzeczy moim zdaniem – w absolutnie wspaniały sposób – oddających to, co w prozie Rooney cenię najbardziej. A jest tym czymś jakiś rodzaj mięsnej, krwistej, a czasami wręcz brutalnej prawdy o współczesnym młodym, zachodnioeuropejskim człowieku – że tak to ujmę…Postaci z jej powieści opisuje jako kanciastych i kolczastych, czasami wręcz jako antybohaterów i antybohaterki, pełnych przywar, wad, ułomności, emocjonalnych supłów i blokad. Ci młodzi ludzie wewnątrz siebie zawsze są inni niż się wydają nawet najbliższym i najdłużej znającym je osobom. I dlatego są niezmiernie dla mnie interesujący – jako psycholożki z wykształcenia. Sally Rooney ma moim zdaniem ogromny talent do zaglądania im „pod skórę”, spod której niejako wbrew ich woli wydobywa na światło dzienne to wszystko co skrzętnie skrywają. Z pobudek dla naszego gatunku najbardziej uniwersalnych z możliwych: z lęku przed odrzuceniem, czy byciem niezrozumianym. Z powodu kompleksów, i jednocześnie towarzyszących im dużych ambicji, które im samym wydają się zbyt wielkie wobec ich możliwości i subiektywnie postrzeganych braków: intelektualnych, społecznych, komunikacyjnych. A także z poczucia winy, lenistwa i egoizmu.

I to właśnie wzrusza mnie bardzo w opowieściach Sally Rooney: ich bohaterowie są zazwyczaj tacy jakimi być nie chcą, bo nie tyle nie wiedzą kim chcieliby być, co stale ulegają wewnętrznym presjom, by nie okazywać światu własnego pogmatwania i nieprzystawalności do jego oczekiwań. Brak w nich wiary w to, że „tacy jacy są” są godni atencji, szacunku i miłości. Krzywdzą innych nie dlatego, że są złymi ludźmi ale dlatego, że nie potrafią się obejść bez czerpania z innych poczucia własnej wartości, stale łaknąc i ssąc od tych, dla których stali się kiedyś istotni – paliwa dla swego „ja”… 

*   *   *

Fakty są niepodważalne. Serial „Normalni ludzie” rozbił bank. Takiego globalnego aplauzu i gigantycznej oglądalności nie spodziewał się nikt z jego twórców. W tym miejscu (recenzje możecie znaleźć tu) nie powiem nic odkrywczego. Tak fenomenalnie dobrej filmowej adaptacji prozy – ekrany TV nie widziały od dawna! To jest brylantowa robota scenopisarska, ale przede wszystkim to serial, w którym to, o czym piszę od zawsze znalazło tysiącprocentowe odzwierciedlenie: WYBITNA OBSADA uniosła tę opowieść do produkcyjnego nieba! Przynosząc wszystkim twórcom nominacje do najważniejszych nagród filmowych, a dziś – choć minęło jedynie dwa lata od jej emisji zarówno Daisy Edgar-Jones jak i Paul Mescal mają zabukowane kalendarze na robotę u najlepszych z najlepszych na kilka lat do przodu…

Pozostawało jedynie kwestią czasu – kiedy Hulu i BBC będą chciały zaczynać odcinać kupony od tego gargantuicznego sukcesu i co zupełnie zrozumiałe w tym przypadku przy udziale tej samej ekipy w zakresie zarówno reżyserii, scenariusza jak i kompletowania obsady. No i teraz, zanim przejdę do recenzji – pozwolę sobie wsiąść na swojego ulubionego konika 🙂 W przypadku Rozmów z przyjaciółmi – uważam, że wszyscy się sprawdzili. Lenny Abrahamson w roli reżysera; Alice Birch jako współscenarzystka i Luoise Kiely jako reżyserka obsady. Czy tak brylantowo jak w przypadku „Normalnych ludzi”? No, nie. Ale to nie ich wina. To – życie, a nawet sama proza życia – można by rzec. Kolejność ma tu znaczenie – kolosalne! „Rozmowy z przyjaciółmi” są formalnie rzecz ujmując słabszą książką niż „Normalni ludzie”. Zwykła zwykłość w przypadku debiutu. Rzadko bywa na odwrót (o ile w ogóle?) A też i takich wybitnych talenciaków aktorskich jak Edgar-Jones oraz Mescal nie spotyka się co chwilę, nawet będąc najwybitniejszym specem od castingów… Na serio, nie ma się co czepiać. Toute proportion gardées!

*  *  *

Rozmowy z przyjaciółmi przenoszą nas w ukochaną przez Sally Rooney scenografię, czyli na campus Trinity College w Dublinie i jego okolice. Czy można się temu dziwić, że jej pierwsza poważna proza jest cała zanurzona w tym świecie? Ja się nie dziwię. To miejsce ją ukształtowało, na tej uczelni działo się wszystko co najbardziej istotne w jej młodym życiu. Bo przecież każdy początkujący pisarz na każdym kursie pisania, od każdego mentora czy nauczyciela dostaje zawsze tę samą poradę jak świat długi i szeroki: pisz o tym, co znasz…

Frances (absolutnie świetna Alison Oliver) studiuje literaturę, w zasadzie już finiszuje swój pobyt na uczelni. Czekają ją końcowe prace i zaliczenia. Dziewczyna marzy o karierze pisarskiej i słowo „marzy” jest tym właściwym. Bo nie robi nic w tym kierunku. Jej codzienne bytowanie to „nic nie robienie” poza pilnym studiowaniem. Do nauki Frances się przykłada, trzeba jej to oddać. Mieszka w wynajętym lokum, współdzielonym dla obniżenia kosztów, jak możemy się domyślać z jakimiś bardzo przypadkowymi współlokatorkami od kiedy skończył się jej pierwszy, poważniejszy związek miłosny. Frances pochodzi z niezamożnego domu. A dodatkowo jest córką jedynaczką rozwiedzionych rodziców. Jej matka – Paula (Justine Mitchell) radzi sobie w życiu całkiem, całkiem. I zdaje się być kobietą, której zależy na dobrych i szczerych relacjach z córką. Dennis – jej ojciec (Tommy Tiernan) dawno temu popadł w alkoholizm, który jak się dowiadujemy był głównym powodem rozpadu małżeństwa. Jego relacje z Frances są chłodne, nikłe, naskórkowe. W zasadzie pozbawione jakiegokolwiek dialogu. Oboje zdają się wobec siebie odgrywać jedynie rodzinne role. On jej „troskliwego ojca”, ona jego „kochającej córki”. Dennis troszczy się o Frances za pomocą comiesięcznego czeku na pokrycie wydatków za wynajem skromnego mieszkanka by jego uzdolniona córka miała godziwe warunki do nauki na jednym z najbardziej prestiżowych uniwersytetów na świecie. Ona go czasami odwiedza, udając że jest zainteresowana nim i jego życiem w jak najkrótszym poświęconym mu czasie. Taki „teatrzyk”, gra pozorów. Bo przecież zawsze może się wytłumaczyć po ledwo 10 minutowej wymianie nic nie znaczących zdań, że musi wracać do siebie bo ma dużo nauki. Najlepszą przyjaciółką Frances jest niejaka Bobbi (bardzo dobra Sasha Lane). Dziewczyna o umyśle ostrym jak brzytwa i jeszcze bardziej ostrym języku. Bobbi trudno lubić. Zazwyczaj mówi to co myśli i zazwyczaj są to rzeczy mało milusie. Jej relacje z własną rodziną są jeszcze bardziej zawiłe i pogmatwane niż te, które z matką i ojcem ma Frances. Obie dziewczyny, choć przyjaźnią się od czasów liceum nie rozmawiają o tym co je tłamsi w relacjach z rodzicami wcale. Każda z innych powodów. W przypadku Bobbi dowiemy się, że głównie dlatego, iż jest z tych, które się nie rozklejają ani nad sobą ani nad światem. Dowiemy się też szybko, że Frances i Bobbi były kiedyś parą. I że dla Frances – Bobbi była jej pierwszą miłością i pierwszą partnerką seksualną…

Dziś obie studiują na tym samym uniwersytecie, choć na innych kierunkach. Mają wspólną, niewielką paczkę znajomych i spotykają się dość często, ale każda z nich prowadzi osobne życie. Bobbi jest otwarcie homoseksualna. I zdaje się byc znacznie bardziej dojrzała emocjonalnie od Frances. Jest też – choć tak samo jak Frances skryta – znacznie od niej bardziej szczera, tak wobec siebie, jak i innych ludzi. Nie ukrywa tego co czuje, co myśli, jakie ma intencje. Jej kolczastośc i weredyzm –  to rodzaj pancerza, zbroja. Bo w głębi siebie jest bardzo wrażliwa, czuła i troskliwa wobec tych, których kocha. Frances ma w niej wielkie oparcie. Może zawsze na nią liczyć. 

To wszystko się zmienia, kiedy zupełnie przypadkiem Bobbi i Frances poznają znaną pisarkę Melissę (doskonała rola Jemimy Kirke! która w świat kina wbiła się taranem rolą Jessy w jednym z najbardziej przełomowych seriali XXI wieku pt. „Dziewczyny”). Melissa jest od nich sporo starszą, atrakcyjną kobietą sukcesu, szykowną, popularną i zamężną z niejakim Nickiem – tzw. dobrze się zapowiadającym aktorem, sporo od niej młodszym. Uznawanym za „ciacho”, a co więcej zawistnie natychmiast określonym przez Frances jako „mężuś trofeum” (w tej roli uznany w 2018 za aktorskie odkrycie w Cannes Joe Alwyn – do tej pory nagrodzony za udział w „Boy erased” oraz „Faworycie” – ale w tej produkcji – jego kreacja niestety stanowi moim zdaniem jej „najsłabsze ogniwo” – choć zdaję sobie sprawę z subiektywności tej opinii…)

Rozmowy z przyjaciółmi z biegiem fabuły poruszały mnie coraz bardziej swoim niezwykle zniaunsowanym i doskonale oddanym w scenariuszu portretem ich relacji, który kazał mi zmieniać zdanie o każdej z bohaterek, wnosząc stale do opowieści nowe, istotne dla niej – wątki. Z poczatku Bobbi mnie irytowała. Wiecznie „waląc kawę na ławę”, wiecznie nie proszona wygłaszając trafne, ale często bolesne uwagi wobec tych, w których otoczeniu się znajdowała. Zdystansowana, chłodna, małomówna i zdająca się mieć znacznie bardziej od Bobby stoickie nastawienie do świata Frances wydawała mi się długi czas bohaterką znacznie bardziej od niej ciekawą, a przede wszystkim znacznie bardziej „atrakcyjną” – bo pozytywną. By pod koniec opowieści ujawnić swoje bardzo „brzydkie”- acz jakże ludzkie –  oblicze…

I tak – główna intryga Rozmów z przyjaciółmi zawiązuje się niejako sama. Frances – poprzez psychologiczny mechanizm przeniesienia natychmiast wpada w fascynację mężczyzną kobiety, którą chciałaby się stać  – czyli uznaną pisarką z wysoką społeczną i finansową pozycją. A Bobbi?, no cóż – Bobbi nie ukrywa, że Melissa ją pociąga. Z początku zatem, zgodnie z tytułem książki i serialu rodzaj nowej dla studentek, a odświeżającej dla pracujących na siebie i będących w stałym, wieloletnim i jak się dowiemy skomplikowanym stadle dorosłych ludzi – znajmość ta stanie się z czasem wspólnych rozmów, spotkań i wymian myśli – czymś co można by nazwać „przyjaźnią”. I od tego zawiązania akcji – dramaturgia Rozmów z przyjaciółmi rusza w rejestry, które mnie mocno wciągnęły i emocjonalnie równie mocno poruszały. 

Ten czworokąt bowiem zaprowadzi wszystkich do miejsca, w którym dynamika relacji każdej z „par” zacznie się zmieniać. A szwy fastrygujące ich dotyczczasowe status quo – luzować… I meandrując przez kolejne wydarzenia, a kluczowym z nich bedzie romans Frances z mężem Melissy – zaprowadzi ich wszystkich ku konieczności całkowitego przeformułowania tego wszystkiego, co było ich udziałem do tej pory. Przede wszystkim zaś do konfrontacji z własną hipokryzją, zakłamaniem, niedopowiedzeniami i życiowymi strategiami, których głównym celem było odsuwanie na jak najbardziej odległy plan konieczności ponoszenie konsekwencji swoich czynów i wyborów. Każdy z bohaterów –  choć zdecydowanie najmniej Bobbi – znajdzie się w pułapce, której poniekąd był architektem: z egoizmu, zaniechania, wygodnictwa, poczucia winy czy wstydu. Z chęci zakrycia przed światem tego czegoś, co psychoanaliza nazywa „brakiem” – odczuwanym przez każdego z nas, bez względu na różniące nas socjologiczne i statusowe różnice. 

*   *   *

Rozmowy z przyjaciółmi po raz kolejny umocniły mnie w przekonaniu, że nie tekst „jako taki” w rozumieniu literackiej wielkości ma znaczenie w przypadku jego adaptacji na ekran filmowy. Tekst to tylko słowa. Mniej lub bardziej udanie, pięknie czy zwięźle splecione ze sobą w ich „papierowej” wersji. Sztuka filmowa posiada bowiem tę wielką i moim zdaniem „magiczną” moc – że za sprawą uzdolnionych ludzi, którzy na nich operują może nadać im szczególnej głębi, ubrać w symbole i znaczenia i ubogacić naddatkiem brzmienia w rejestrach, którym samo słowo rzadko jest w stanie samodzielnie – bez obrazu – sprostać. Poprzez kreacje aktorskie potrafi przydać im mięsistości doznań i tym samym – ważności emocjonalnego odbioru. A dzieje się tak jedynie wtedy, kiedy biorą je na warsztat doskonali fachowcy uzdolnieni do tego by potrafić znaleźć klucz do ich najbardziej właściwego ekwiwalentu czy też  odpowiedników w inscenizacyjnym „rozegraniu”. A wtedy – przestają być tylko słowami, a stają się samym życiem. I tak też się dzieje w tym przypadku. 

You may also like

SCHODY
MIĘDZY DWOMA ŚWIATAMI
OGRODNICY
CÓRKA

Skomentuj