4
mar
2022
15

CÓRKA

CÓRKA (The Lost Daughter), Reż. & Scen. Maggie Gyllenhaal na podstawie powieści Eleny Ferrante; Wyk. Olivia Colman, Jessie Buckley, Dakota Johnson, Ed Harris, Peter Sarsgaard, Paul Mescal, Dagmara Domińczyk, USA, 2021

Dawno nie było tak spektakularnego kobiecego debiutu reżyserskiego jak CÓRKA, a jest to ekranizacja powieści Eleny Ferrante – w  interpretacji Maggie Gyllenhaal! Mnie to nie dziwi. Ba, powiem więcej – jestem szczęśliwa, że doczekałam czasów, w których artystki & twórczynie tak zdolne jak ona mogą w końcu w pełni realizować swoje liczne talenta – na swoich zasadach, według własnych reguł, idąc za swoim głosem. Córka to obraz, który oddaje miejsce w kinie kobietom i kobiecości w najprawdziwszym ich wydaniu. Ukłony & podziękowania!   

Skoro mowa o spektakularnym reżyserskim debiucie – zacznę banalnie: od nagród i nominacji. I tak zawsze do nich referuję. A w tym przypadku jest to lista więcej niż imponująca!

Córka po raz pierwszy została pokazana na zeszłorocznym MFF w Wenecji, gdzie Maggie Gyllenhaal otrzymała Złotego Lwa za najlepszy scenariusz adaptowany. Obraz ten był nominowany także do nagrody w kategorii: najlepszy film. Idźmy dalej: trzy nominacje do Oscara, dwie do BAFTA, dwie do Złotych Globów. Razem ponad setka nominacji do najważniejszych branżowych nagród. Dla ścisłości: wszystkie dla kobiet. Dla Gyllenhaal za scenariusz i / lub najlepszy film; a dla Olivii Colman oraz Jessie Buckley za najlepszą rolę – pierwszo i drugoplanową. 

*   *   *

Na Córkę – reżyserski debiut w fabule Maggie Gyllehaal – którą szczerze podziwiam od dawna – czekałam niczym kania dżdżu. Podekscytowana wszystkim, co wiedziałam na temat tego obrazu przed jego obejrzeniem. Cóż, mam szczególną słabość do kobiet, które nigdy nie miały w sobie zgody na to, aby kultura patriarchalna i wszelkiego rodzaju przeszkody jakie dla nich wytworzyła położyły się trwałym cieniem na ich życiu, odbierając wolę samostanowienia, i poszukiwania dróg dla osobistego spełnienia – tak jak im w duszy gra. W przypadku filmu Córka dotyczy to zarówno reżyserki, jak i autorki powieści, na której Gyllenhaal oparła scenariusz – debiutując w fabule. I jeżeli mam być szczera – nie dziwi mnie zupełnie to, że po wielu latach wysługi „hollywoodzkiemu systemowi” jako zbyt mało (to subiektywna ocena – ale tak uważam) doceniana – choć jedna z najlepszych aktorek w swoim pokoleniu i po wielu latach mozolnego udowadniania, że „jest tego warta” — zapragnęła swój debiut reżyserski oprzeć na prozie nie kogo innego ale Eleny Ferrante! Choć reżyserkę od (domniemanej) biografii pisarki różni pozornie wszystko, to jednak ja widzę co najmniej kilka wspólnych mianowników pomiędzy nimi, czy też raczej tym o czym pisze Ferrante. 

Maggie Gyllenhaal (rocznik 1977) owszem pochodzi z zamożnej rodziny, w dodatku związanej z biznesem filmowym, ale to młodszy o trzy lata brat Jake znacznie szybciej zrobił od niej karierę aktorską, i to dość błyskotliwą. Choć – jak sądzę – zupełnie nie z powodu talentu (którego mu nie nie umniejszam). Nie ma co owijać w bawełnę – Jake jest „ciachem”, które obsadzano bardzo chętnie i widziano w każdej roli, a Maggie, no cóż, dla większości hollywoodzkich producentów zawsze pozostawała tą, której „czegoś brak”, w ich wizji tego jak powinna wyglądać aktorka „pasująca” do roli…… 

Ale się nie poddawała, nie zniechęciła i nie pogubiła na tej wyboistej drodze – do dzisiejszego triumfu, i czasów kiedy w końcu posiada pozycję o jaką tak zaciekle walczyła. Grała mało, ale „robiła swoje”, cały czas z mozołem zdobywając kolejne stopnie wtajemniczenia w sztuce filmowej: reżyserując krótkie formy i klipy, pisząc lub współ-pisząc scenariusze, produkując filmy „Przedszkolanka” czy seriale „Kroniki Times Square”.

Brawo ta Pani!

Wracam do tego, czemu na swój debiut reżyserski Maggie Gyllenhaal wybrała prozę akurat Eleny Ferrante. Jak powiedziała w jednym z wywiadów promujących film Córka – od kiedy przeczytała „opowieści neapolitańskie” wiedziała, że jeżeli zdecyduje się zrobić film – to będzie on oparty właśnie na takiej historii o kobietach i kobiecości, jakie potrafi portretować w sposób niezrównany włoska mistrzyni oddawania ich p r a w d z i w y c h emocji, odczuć, pragnień, pożądań, myśli i refleksji – często nigdy nie dzielonych z tzw. światem zewnętrznym. Kobiet tłamszonych przez patriarchat i jego domagania. Przyduszanych cenzurą kultury, wtłaczanych stale w powinności i konieczność bycia „ideałem”, a raczej idealnym ucieleśnieniem męskich fantazmatów w każdej roli jaką pełnią w ich życiu. A szczególnie w roli, która w patriarchalnej kulturze jest kluczowa – czyli roli matki.

Tu dygresja, od której w przypadku recenzji Filmu Córka – uciec nie mogę. Obrazu opartego o prozę pisarki, której najsłynniejsza rzecz, czterotomowa saga z otwierającą ją „Genialną przyjaciółką” (nota bene fenomenalnie zekranizowana przez HBO jako serial) mnie osobiście – całkowicie rozwaliła. Lekturę tzw. „opowieści neapolitańskich” zaliczam do jednych z największych i najbardziej dojmujących doświadczeń w moim czytelniczym & kobiecym – życiu. I co zrozumiałam dopiero po pewnym czasie, zupełnie nie dla jej czysto literackich walorów, ale właśnie dlatego że Ferrante potrafiła o świecie kobiet wychowanych w patriarchalnej kulturze, żyjących w klinczu jej oczekiwań, domagań i mentalnego zniewolenia nią – opowiedzieć o kobiecości i jej realizacji na sposób, który z psychologicznego i socjologicznego punktu widzenia – okazał się dla mnie literalnie „otwierającym oczy”…

A potem nic już nie było takie samo. I wszystko stało się zarówno boleśniejsze, jak i jaśniejsze. Jeżeli rozumiecie o co mi chodzi…

Po tej lekturze – która na swój sposób mną wstrząsnęła – przeczytałam wszystkie powieści Ferrante, wydane na polskim rynku. I mogłabym tak długo ciągnąć, ale nie czas i miejsce na to… Moim celem jest jedynie rzucić światło – dać szerszy kontekst dla recenzji filmu. „Córka” – jest dokładnie czwartą powieścią napisaną przez Elenę Ferrante (wydaną we Włoszech po raz pierwszy w 2006, a w Polsce – dopiero w 2017 – sic!) i zdecydowanie mniej znaną od tzw. „opowieści neapolitańskich”, do których globalnej popularności przyczyniła się wybitna ekranizacja. 

A Maggie Gyllenhaal jest nie tylko aktorką, scenarzystką i producentką. Jest także żoną i matką. I sądzę, że bardzo dobrze wie co może odczuwać kobieta, która ma własne ambicje, plany i marzenia na realizacje siebie intelektualnie & zawodowo – funkcjonując w świecie, w którym stale patrzy się jej na ręce i sprawdza czy i jak sobie radzi na każdym z tych planów, i czy wypada tak doskonale jak się tego oczekuje. Co więcej w świecie mężczyzn, którzy ani jej tego nie ułatwiają, ani jej w tym nie pomagają, ani za bardzo nie wspierają kiedy okazuje się, że ją to wszystko razem – przerasta… 

Zresztą, co wydaje mi się także immanentnie związane z tym, że Maggie Gyllehaal zdecydowała się na ekranizacje prozy Ferrante, i to właśnie powieści „Córka” to fakt (i jest to kolejny asumpt dla mojej osobistej wielkiej sympatii dla niej), że choć obraca się w świecie uprzywilejowanym społecznie i finansowo  – zdecydowanie nie jest „odklejona” od rzeczywistości i rozumie realia funkcjonowania tzw. zwykłych kobiet. Takie postaci zazwyczaj grywała i to więcej niż doskonale …

Co świadczy moim zdaniem o tym, że nie tylko trafiła ze swoim debiutem reżyserskim na właściwy moment, zapoczątkowany w świecie kinematografii przez ruch #metoo ale że zwyczajnie i po ludzku jest kobietą, która doskonale dobrze, z psychologicznym zacięciem analizuje bolączki i zmagania współczesnych kobiet – jako takich – zwłaszcza w pokoleniu, które reprezentuje. 

Bo emancypacja nie przychodzi do nich sama, nie jest nagłym aktem wyzwolenia, a najczęściej długotrwałym procesem, zapoczątkowanym poczuciem „dojścia do ściany”. I zazwyczaj nie odbywa się bezboleśnie i bez ponoszenia kosztów psychicznych. Ani dla nich, ani ich najbliższych… 

Mimo tak wielu zmian cywilizacyjnych – kobiety wciąż się bardziej zmagają ze sobą niż czują w pełni wolne w swoich wyborach. Wciąż czują się „szantażowane emocjonalnie” przez patriarchat, stale oceniane. Stale poddają w wątpliwość i kwestionują istotność realizacji większości swoich osobistych pragnień – konfrontując je z „powinnościami” wobec ról jakie pełnią: w rodzinach, wobec mężów, dzieci, krewnych. A w życiu zawodowym: wobec przełożonych, męskich autorytetów, mistrzów, mentorów. Nie powiem nic odkrywczego, ale jednak chcę to podkreślić po raz kolejny – patriarchat to kultura opresyjna wobec kobiet z wielu powodów, a jednym z nich jest fakt, że w mistrzowski sposób wielowiekowej praktyki udaje mu się kobietami „zarządzać” za pomocą manipulacji psychologicznej: wzbudzając poczucie winy. Nic dziwnego, że kobiety w „walce o siebie” czują się osamotnione, nierozumiane, nieakceptowane, słabe i bezbronne. A najczęściej upokorzone tym, że stale czują się winne, bo stale świat mężczyzn zmusza je do tego by się ze swoich wyborów życiowych tłumaczyły. I je uzasadniały. I brały na siebie odium opinii „tych złych”: żon, matek, partnerek erotycznych, pracownic. Stale będąc ocenianymi w każdej z tych ról, niejako odzielnie, jakby nie było oczywiste że oczekiwana od kobiet od wieków (to dlatego jesteśmy w tym tak doskonałe!) tzw. wielozadaniowość jest wytworem kultury stworzonej przez mężczyzn. A stworzonym właśnie dlatego, że jest wielkim obarczeniem, z którym człowiek (a nie płeć) radzić sobie owszem potrafi, ale zazwyczaj wielkimi kosztem psychicznym i zawsze kosztem realizacji siebie i swojego „ja”…  

*  *  *

Bohaterkę główną filmu Córka – Ledę (FENOMENALNA – jak zawsze – Olivia Colman) poznajemy w momencie, kiedy udaje się na wakacje do Grecji, samotnie. To wykładowczyni uniwersytecka, w randze profesora, literaturoznawczyni, szanowana specjalistka od przekładów poezji angielskiej na włoski. Podczas krótkiego urlopu planuje dużo czytać i przygotowywać się do kolejnego semestru zajęć na uczelni, wypoczywać na prywatnej plaży i miło spędzić czas z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Leda ma około 50-tki, choć nikt nie daje temu wiary. Jest kobietą zadbaną, dobrze ubraną, emanującą klasą, ogładą i tym czymś, co na pierwszy rzut oka wywołuje w ludziach poważanie i szacunek. Z początku jej pierwsze dni wakacji wyglądają na takie, które spełnią jej oczekiwania. Wynajęte mieszkanie jest miłe i komfortowe, choć zarządzający nim niejaki Lyle (jak zawsze cudowny Ed Harris) nie zjednuje w pierwszym kontakcie sympatii Ledy, okolica sympatyczna, pogoda bajeczna. Na ustronnej plaży na której Leda zamierza spędzać całe dnie oddając się swoim lekturom jest cicho i spokojnie. Można się zdrzemnąć, kiedy ma się ochotę, w pełni zrelaksować. Miłą „obsługę” plażowiczom zapewnia niejaki Will (w tej uroczej mini rólce Paul Mescal znany z serialu „Normalni Ludzie”).

THE LOST DAUGHTER (L-R): OLIVIA COLMAN as LEDA, PAUL MESCAL as WILL . CR: NETFLIX © 2021

THE LOST DAUGHTER. (L-R) PANOS KORONIS as VASILI, OLIVER JACKSON-COHEN as TONI. CR: COURTESY OF NETFLIX

Ale wkrótce ta sielanka zostaje w odczuciu Ledy – zburzona. Na wyspie i na „jej” ustronnej plaży pojawia się głośna, a w jej odczuciu wręcz wulgarna familia. Wśród wielu osób jej uwagę przykuje niejaka Nina (w tej roli coraz lepsza warsztatowo i coraz bardziej zdobywająca mój szacunek Dakota Johnson). Nina jest piękna i młoda, i ma pod opieką kilkuletnią córeczkę. 

THE LOST DAUGHTER. (L-R) DAKOTA JOHNSON as NINA, ATHENA MARTIN as ELENA. CR: COURTESY OF NETFLIX

Obserwowanie więzi tej matki z jej dzieckiem, w otoczeniu ludzi jej najbliższych, męża, który wydaje się być jedynie prymitywnym nuworyszem, tuzina krewnych wrzaskliwych i głośnych, a także szwagierki Niny: Callie (w tej roli nasza rodaczka Dagmara Domińczyk, której kariera po udziale w serialu „Sukcesja” stale szybuje w górę :-)) staje się dla Ledy przyczynkiem nie tylko do swego rodzaju „obserwacji socjologicznych”, ale za sprawą pewnego wydarzenia, które dotyczy córki Niny    budzą się w niej wspomnienia z czasów jej młodości. Z czasów kiedy sama była matką najpierw jednej córki, potem drugiej. I usiłowała to pogodzić z pracą na uczelni. I ambicjami by się na niej wybić. Z czasów jej małżeństwa, które okazało się być niewypałem. I z czasów kiedy walczyła o siebie, swoje „ja”, o swoje poczucie szczęścia i spełniania. I podjęła decyzje, które zaważyły nie tylko na jej obecnym życiu. Ale miały wpływ na jej rodzinę. Na jej relacje z dziećmi. Na wszystko co o jej życiu tamtym i obecnym, kiedy była w wieku Niny – (po)stanowiło… 

Do czasów młodości Ledy cofają nas sceny reminiscencji, a jej „młode” wydanie kreuje w filmie Córka (moja absolutna faworyta wśród młodych brytyjskich aktorek) ABSOLUTNIE WSPANIAŁA Jessie Buckley!

THE LOST DAUGHTER (L-R): PETER SARSGAARD as PROFESSOR HARDY, JESSIE BUCKLEY as YOUNG LEDA. CR: NETFLIX © 2021

*  *  *

Oglądając film Córka (a będąc po lekturze powieści, na której film został oparty, co zawsze jednak „coś” robi w taki czy inny sposób) byłam przede wszystkim ciekawa tego jak Maggie Gyllenhaal uda się zmierzyć z czymś niezwykle istotnym dla prozy Ferrante – poza całym jej psychologicznym uniwersalizmem i wielką wiarygodnością w portretowaniu złożoności psychiki kobiecej i meandrów relacji z mężczyznami – jest ona jak zawsze w przypadku tej pisarki silnie związana narracyjnie z Italią i jej kulturą. Ponadto w tej akurat opowieści Ferrante tzw. akcji, która z zasady niesie film jako taki – jest bardzo mało. To raczej głównie wspomnienia, refleksje, odczucia i bolesna wiwisekcja czasów minionych. Leda się niemalże od nich dusi, tak bardzo do niej każdego dnia wracają, przytłaczają ją, osaczają i wciągają w swój wir…

A jednak – i chciałabym to zaznaczyć wyraźnie – właśnie klimat tak ważny dla opowieści Córka udało się reżyserce i scenarzystce w jednym oddać wspaniale! Gyllenhaal wyszła z tej próby zwycięsko. A to dzięki temu, że jest piekielnie inteligentna i wiedziała bardzo dobrze, że będąc z urodzenia Amerykanką, w dodatku nowojorczanką – „włoskości” w swoim filmie oddać się jej nie uda. I że musi postawić na inne kwestie. I znalazły one swoje doskonałe rozwiązania w jej interpretacji prozy Ferrante. Chapeau bas!

A mam na myśli przede wszystkim to, że Gyllenhaal zdecydowała, że przygotowana przez nią interpretacja prozy włoskiej pisarki nie może być uboższa od pierwowzoru literackiego. Nie może mu „urągać” i stanowić jakiejś prostej jego namiastki. Córka to nie jest literatura dla osób, które zadowalają się byle czym. Dlatego też musi tę opowieść i jej postaci oddać w ręce zespołu aktorów, którzy będą władni ją warsztatowo unieść! (moje serce śpiewa z radości!). Aktorów tak doskonałych, że prócz oczywistości związanych z tym jakich bohaterów grają i kim są w sednie narracji będą zdolni dać im „naddatek” swojej inteligencji, wrażliwości, umiejętności ich oddania we wspaniałej warsztatowo, zniuansowanej, detalistycznej, niejednoznacznej interpretacji tego wszystkiego co zawierają w sobie – jedynie w słowach – na kartach powieści / scenariusza!

To właśnie dlatego Córka jest obrazem doskonałym! Kreacja Olivii Colman (którą wielbię absolutnie bo jest to aktorka wielka!), Jessie Buckley (o której myślę na serio, że jest to brylant, który z wiekiem będzie błyszczał jeszcze bardziej) o wspaniałości tego filmu – stanowią.  A i wszyscy partnerujący im aktorzy spisują się – na medal!

*   *  * 

Leda, ładne imię. Ale czy aby tylko? Ważniejsza jest w tym przypadku mitologia. Grecka. Chodzi o mit o Ledzie i łabędziu (malowali go najwięksi z Michałem Aniołem, Salvadorem Dali, Veronese i Tintoretto na czele, a wielki irlandzki poeta William Butler Yeats poświęcił mu jeden z wierszy). Leda była żoną króla Sparty, w której „zakochał się” sam Zeus. Aby ją uwieść – zamienił się w łabędzia. Po tym akcie Leda „wydała na świat” cztery jaja z których zrodziły się dzieci: Kastor, Polluks, Helena (zwana „trojańską”) oraz Klitajmestra. 

Nawiązuje do tego mitu z premedytacją. Dziś mitologię grecką interpretuje się inaczej niż kiedyś. I postać Zeusa nie jest jest analizowana jako Boska, wielka i wszechmogąca, o której marzyły wszystkie przedstawicielki płci pięknej. Ale jako uzurpator, gwałciciel, męska figura przemocowa. Wszystkie kobiety czy Boginie zdobywał zawsze w ten sam sposób: zmuszając manipulacją do seksu, przybierając co raz nowe wydania, aby wydać się wybrance atrakcyjnym. Te zaś, które nie poddały się jego woli – kończyły marnie… 

Leda jest tego świadoma. Wszak jest literaturoznawczynią. Ale czy jest świadoma tego piękna i młoda Nina? Jaki będzie jej los w małżeństwie z mężczyzną, który zachowuje się jak jej „właściciel”? Co z jej córeczką? Jaka będzie jej przyszłość, jak już dorośnie? Te pytania nie są nigdy postawione ani w książce, ani w ekranizacji wprost. Ale one się czają, w głowie bohaterki. Dlaczego Leda fiksuje się tak bardzo na postaci obcej sobie kobiety, którą spotkała przez przypadek. Co próbuje sobie udowodnić  i jej przekazać – „wchodząc z butami w jej życie”? I dlaczego, jak się okazuje po tylu latach i wydawałoby się w udanym życiu, kiedy jej córki są już dorosłe, a ona z nimi wydaje się mieć kontakty co najmniej poprawne – wypełza nagle z dawno upchniętych do podświadomości wspomnień – poczucie winy, lęk. Emocjonalne rozedrganie, choć starannie przed wszystkimi maskowane…

Córka to obraz bardzo przemyślany, koncepcyjnie i scenariuszowo – olśniewający. Pełen warstw i znaczeń, które tylko czekają na interpretacje widzów. Niejednoznacznych śladów i tropów w pozornie niezbyt skomplikowanej opowieści o kobiecie, która kiedyś zrobiła coś, co z dzisiejszej perspektywy ocenia jako swego rodzaju „koszt” zbyt duży. Brzemię. Wyrzut. A jednocześnie jest rozdarta pomiędzy uczuciami wobec minionych dni i ich reperkusji. I ma poczucie, że nie mogła wybrać inaczej, kiedy wybierała „siebie”.

W moim bardzo osobistym i kobiecym odczuciu Córka z pewnością postawi najwięcej pytań przed kobietami. Skonfrontuje je z lękami, obawami, przemyśleniami na temat roli matki – obecnej czy potencjalnej. 

Czy kobieta może nie posiadać instynktu macierzyńskiego? Czy jeśli nie stawia dzieci na pierwszym miejscu, ponad karierę i własne ambicje, czy czyni to z niej złą matkę? Jak bardzo złą? I dlaczego, kiedy? Jak być matką pełnoetatową, kiedy chce się od życia czegoś więcej, kiedy ma się ambicje większe niż chowanie dzieci? Jak robić karierę zawodową kiedy bycie matką pochłania całą energię i czas, a wsparcia ze strony ojca dzieci brak, bo sam robi karierę?

Czy tzw. dobra matka, matka, która zdaje się być „idealna”, niemalże sklejona ze swoim dzieckiem – to matka lepsza? Najlepsza?

Córka jest obrazem, w którym na te pytania – jednoznacznych odpowiedzi nie znajdziemy. To doskonały dramat psychologiczny, który jest wiwisekcją pewnych wydań kobiecości, pewnych kobiecych wyborów i niczego widzom w ich interpretacji nie ułatwia. Ale wyczuwa się w nim jednak pewne wyraźne zabarwienie, a przynajmniej ja ten film tak interpretuję. A jest nim pytanie zasadnicze jakie stawia Maggie Gyllenhaal – za autorką powieści Eleną Ferrante – czy matka córki, która jest niespełniona i sfrustrowana w całym kontekście swego życia do jej rodzicielstwa „przynależnym” w ogóle ma szansę matką dobrą być? Czy będzie władna dać córce siłę, poczucie mocy, umiejętność życia na autonomiczny, wybrany przez siebie sposób kiedy sama z dziewczynki stanie się kobietą…

 

 

*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu CÓRKA na rynku polskim: Velvetspoon

You may also like

Pierwsza retrospektywa filmów SUSAN SONTAG w Polsce
BOSCY
Podaruj sobie odrobinę klasyki – czyli o ARTEKINO CLASSICS…
FILM BALKONOWY

Skomentuj