7
Paź
2015
282

Wszyscy muszą umrzeć – czyli dlaczego kocham serial GRA O TRON

Serialowi GRA O TRON opierałam się długo. Z jednej strony dlatego, że żyłam w całkowicie mylnym przeświadczeniu, że to produkcja z gatunku fantasy. A tenże gatunek, jak zwykłam mawiać – zaczął się i skończył dla mnie – na Tolkienie. A z drugiej – dlatego, że nie znam epickiej serii pt. “Pieśń lodu i ognia”, autorstwa Georga R.R. Martina (nota bene przetłumaczonej na ponad 20 języków, sprzedanej w ponad 25 milionach egzemplarzy). Ta wiedza, jak sadzę, bardzo by mi się przydała, do przebierania nogami do ekranizacji.

GOT_glowny

Tak się stało, że tego lata – zrobiłam wszystkie, dostępne pięć sezonów. Było to – od pierwszego – do ostatniego odcinka – 50 godzin ekscytacji i ciśnienia krwi niebezpiecznie podniesionego do granic wytrzymałości. Rozkoszne napięcie łączyło się z poczuciem, że niczym u starego lubieżnika, oddawanie się we władanie perwersyjnej mocy GOT może być dla mnie niebezpieczne. Kilka razy odniosłam bowiem wrażenie, że niechybnie przez ten serial wykituje. Zejdę na zawał z nadmiaru ekscytacji na własnej kanapie. To zaś nieustannie mnie bawiło, bo pasowałoby jak ulał do narracji, w której liczba trupów na odcinek, a przede wszystkim zgonów kluczowych bohaterów, przekraczała normę stosowaną do tej pory w produkcjach TV.

Kiedy obecnie, wiem, że będe czekała ponad pół roku do sezonu szóstego (premiera w Kwietniu 2016) to oprócz tęsknoty, odczuwam też wiele innych emocji.

A przede wszystkim podziw tak wielki, że graniczy z fanatyzmem dla zjawiska, jakim stał się GOT.

Tu kilka faktów: ostatni odcinek sezonu trzeciego miał prawie sześć milionów nielegalnych ściągnięć (sic!), serial ma największa fanbazę ze wszystkich, jakie ludzie oglądają, na całym świecie. Sam fanpage serialu na Facebooku opiewa na szesnaście milionów lajków!, a nasz lokalny, polski byt, również na FB, który nazywa się ubieram się na czarno, bo jestem z Nocnej Straży ma ponad sto tysięcy fanów!

Serialem tym HBO ustawiło w tej kategorii rekord oraz – po raz kolejny w historii swych produkcji – poprzeczkę tak wysoko, że wyobraźnia moja nie sięga (obecnie) możliwości jej przeskoczenia.

Jest to NAJWSPANIALSZA, NAJLEPIEJ ZREALIZOWANA POPKULTUROWA PRODUKCJA TV JAKA POWSTAŁA DO TEJ PORY! A na pewno najlepsza w zakresie tzw. pop-psychologii!!!

Ale trzeba zacząć “ab ovo”, jeśli chodzi o to, kto za tym stoi i jak do tego doszło – co jest moim ulubionym zajęciem researcherskim, jak się w coś wkręcę na maksa.

To kolejny brylantowy przykład na to, że w USA ludzie, którzy starają się robić telewizję z tzw. półki premium, jak już ją robią, to z najlepszymi i w najlepszy sposób z możliwych.

Stwierdzić, zatem, po pierwsze należy, że świetna książka nie stanowi gwarancji świetnego serialu! Powiem więcej, szczególnie takiej  – ekranizację – spieprzyć jest najłatwiej! Tym bardziej że mnogość postaci i wątków stanowi niebywale trudny orzech do zgryzienia. Realizacyjnie – obecnie – a już na pewno w USA – technika komputerowa umożliwia prawie wszystko. To tylko kwestia pieniędzy. Ale jak wysupłać z kilkuset stron każdego książkowego tomu sedno? Jak rozpisać dialogi? Jak poprowadzić postaci, budować napięcie i utrzymać jednocześnie pełną klarowność wywodu, która nie zgubi widza w gąszczu akcji? To jest pytanie za 100 punktów!

*** Kreatorzy serialu: DAVID BENIOFF i D.B WEISS to wyjątkowe postaci. W mojej opinii potwierdzają  jedynie regułę, że jeśli “porywać się z motyką na słońce” to najlepiej w towarzystwie ludzi, którzy przynajmniej merytorycznie są przygotowani lepiej od innych i kieruje nimi przede wszystkim pasja i chęć zrobienia czegoś wielkiego, nie zaś jedynie pusta żądza pieniądza.

Pomysłodawcy GOT „nie wypadli sroce spod ogona”. To przyjaciele od lat (obaj Amerykanie), którzy na dwie dekady przed jakimikolwiek mrzonkami o ich obecnym gigantycznym sukcesie, poznali się na studiach na wydziale Literatury irlandzkiej w Dublinie, w słynnym Trinity College. Benioff zajmował się Becketem, podczas gdy Weiss – Jamesem Joycem, a dokładnie – najbardziej, z racji nowatorskiej formuły językowej i literackiej hermetyczności – intelektualnie niedostępną zwykłym śmiertelnikom powieścią tego autora pt. “Finnegans wake”.

byliśmy dwoma amerykańskimi Żydami w Dublinie, bez jakichkolwiek irlandzkich korzeni, obsesyjnie zakochanymi w irlandzkiej literaturze…

Po studiach, ich drogi się rozeszły. Minęło wiele lat, zanim spotkali się ponownie w L.A. Obaj mieli już wtedy na koncie wieloletnią pracę dla biznesu filmowego, ale zdecydowanie na cudzy rachunek i najczęściej w rzeczach, nazwijmy to umownie “klasy B”. Pogadali o swoich doświadczeniach, w tym o tym, że jeden bezskutecznie pragnie zostać uznanym scenarzystą, a drugi ma wciąż ambicje pisarskie, ale pisze takie – sobie scenariusze. Znów minął jakiś czas, aż Benioff zabrał się za czytanie “Pieśni lodu i ognia” i zadzwonił do kumpla.

Może jestem walnięty, ale nie czytałem nic bardziej wciągającego – co by jednocześnie dawało mi tyle frajdy od co najmniej dwudziestu lat – stary weź się za to i przyjrzyj temu, bo moim zdaniem to może być genialny serial dla HBO…

“Making the long story short” – udało sie im zainteresować HBO tematem na tyle, że Benioff i Weiss dostali “zielone światło”, czyli wstępną zgodę na treatment pilotowego odcinka. Zaczęli zatem od zaaranżowania spotkania z autorem serii. Umówili sie z Martinem na lunch, a ten przeciągnął się do obiadu. Bo pisarz nie zamierzał dawać praw autorskich do swego dzieła byle komu.

…Aby nas stestować, a raczej naszą wiedzę i zdolności do kumacji jego dzieła – Martin zadał nam jedno pytanie: <kto jest waszym zdaniem prawdziwą matką Jona Snow?>. Po dłuższej przerwie, pełnej napięcia i nerwów, udzieliliśmy odpowiedzi. Na nasze szczęście, wątek ten był przez nas wielokrotnie omawiany wcześniej. Usatysfakcjonowała autora na tyle, że dał nam błogosławieństwo…

Wszyscy trzej na tym spotkaniu ustalili też pewną bardzo ważną kwestię. A mianowicie to, że Tyriona Lannistera zagra Peter Dinklage. Było to istotne – bo Martin uważa go za swojego ukochanego bohatera.

Z czym – to dygresja – mnie nie trudno się zgodzić. Tyrion jest bowiem moim ulubieńcem od samego początku!

Martin, starszawy, grubciowaty, siwobrody mężczyzna, swoim jowialnym obliczem przypominający bardziej świętego Mikołaja z bożonarodzeniowej reklamy Coca – Coli, niż kreatora pełnej przemocy, krwi, potu, łez i spermy wielowątkowej, epickiej historii – obecnie w wieku lat 67 – tak wspomina dawne dzieje, kiedy to krystalizował się w jego głowie plan zostania pisarzem:

…Byłem zawziętym czytaczem wszystkiego już od dziecka. Nic nie nudziło mnie bardziej, niż książki, o których myślałem: <acha, to ja już wiem dokładnie gdzie to wszystko zmierza>. Sądzę, że to samo dotyczyło czasów mojego dorastania, kiedy to oglądałem, wraz z matką TV. Moja matka zazwyczaj była zdolna przewidzieć losy bohaterów i tego, jak potoczy się akcja. <No dobra, to będzie właśnie tak i tak>, zwykła była mówić już w połowie czegoś, co oglądaliśmy, bez względu na to czy był to serial, czy większość filmów. I jasne! Do cholery, właśnie tak było jak mówiła! Zatem nic nie było dla mnie bardziej ekscytujące i rozkoszne, niż to, kiedy okazywało się, że nie ma racji… Wtedy nauczyłem się, że najbardziej pragniesz tego, kiedy na końcu możesz powiedzieć <O mój Boże! Nie miałem pojęcia, że to nadchodzi!>, a przecież były tego oznaki, jakieś cienie rzucane tu i ówdzie. Powinienem to przewidzieć. Jak dla mnie to było to! To właśnie wtedy odczuwałem największą satysfakcję…

Po wprowadzeniu – czas na sedno tego tekstu. Czyli próbę nazwania fenomenu, jakim nie tylko dla mnie stał się GOT. Czyż nie jest fascynujące, że serial ten połączył ludzi z każdego kontynentu, odmiennych narodowości i z odmiennych kultur? I zupełnie moim zdaniem nie dlatego, że o wielu kulturach, państwach i religiach niby to opowiada. To byłoby za proste. Nie proste jest jednak to, że opowiada o tym wszystkim, czemu jako przedstawiciele gatunku ludzkiego rozsypani po całym świecie odnajdujemy w nim te same ekscytujące wątki.

Bo są to wątki archetypiczne.

Ja osobiście nie bardzo zgadzam się z tym, że GOT to fantasy. Powiedziałabym raczej, że to serial z gatunku “political fiction”. A że ubrany w kostium, w dekoracjach i o atrybutach przynależnych światu fantastycznemu? No cóż, to jedynie konwencja.

Dla mnie osobiście produkcja ta jest pop-psychologicznym majstersztykiem, w którym udało się genialnie oddać wszystkie praktycznie kwestie, z jakimi człowiek się zmaga, od zawsze. I fantastycznie je osadzić w umownej “przeszłości”, dotykając sedna spraw, które są najbardziej dotkliwe – w całkowicie dzisiejszym – dyskursie.

Co więcej GOT “obrabia” je – dwubiegunowo. Zabieg, jakiego tu dokonano jest rewelacyjnym chwytem. Po pierwsze – zastosowano dualizm charakterologiczny dla poszczególnych bohaterów. Zaś po wtóre – “sklejono” ze sobą w wyniku narracyjnych zbiegów okoliczności i wydarzeń – postaci będące swoim lustrzanym odbiciem, czyniąc z nich przez pewien czas kooperantów. To przykład Jaime Lannistera i Brianny z Tarthu lub z Cersei i Wielkiego Wróbla. Wcielona tu została w życie Jung’owska teoria cienia. W skrócie – mówi ona o tym, że każdy z nas najbardziej nie znosi w innych tego, czego nie chce sobie uświadomić w samym sobie. Nie zawsze to nasze najbardziej szpetne cechy. Mogą być nimi też właściwości charakteru czy osobowości, którymi gardzimy lub, które próbujemy przed samymi sobą oraz światem ukryć (np. sentymentalizm). Nasz obraz siebie samych, wiecznie poddawanych manipulacjom ego, upycha je do podświadomości.

W czasach, w których przyszło nam żyć – czołową kwestią, z którą kultura nie umie sobie poradzić jest ŚMIERĆ.

white

“White walkers” – uosabiają najbardziej pierwotny ludzki lęk przed śmiercią, która jest w nas samych, od chwili narodzin. Wprowadzony został do narracji powolutku, podobnie, jak nie od razu wchodzi w nasze życie od momentu, kiedy przychodzimy na świat. Najpierw się tą kwestią nie zajmujemy. Nie wiemy nawet że istnieje. A potem, kiedy następuje ten moment (bo zawsze kiedyś następuje), kiedy dociera do nas, że jest “coś” co spowoduje nasz koniec, nie jesteśmy w stanie praktycznie nigdy sie z tym “zdroworozsądkowo” zmierzyć. Przy całym niezmierzonym wachlarzu wyobrażeń możliwości własnego zgonu – nie on pozostaje – dla nas ludzi Zachodu – najbardziej potworny jako taki.

To, z czym nie umiemy sobie poradzić to koncepcja śmierci ożywionej. Jej replikacja. Śmierć, która może nas “odradzać” nas bezbrzeżnie przeraża. Napawa największą trwogą i grozą.

Dlatego też najwspanialszym bohaterem GOT (w archetypicznym ujęciu) jest dowodzący „Nocną strażą” – Jon Snow. Dla którego (niemalże histeryczne) uwielbienie fanów serialu łączy zarówno widzów męskich, jak i żeńskich na całym świecie. Tylko on jest w tej produkcji postacią, której najbliżej do miana “zbawcy” gatunku ludzkiego. Samotnym wojownikiem o wielką (największą?) idee, jaką jest uchronienie ludzkości przed zagładą.

john-snow-1024

Czym byłby GOT, gdyby nie mówił o tym wszystkim, czego nikt nie chce mówić głośno? Gdyby nie dotykał tematów tabu? Gdyby nie ubierał w kostium tego wszystkiego, przed czym na codzień uciekamy?

Byłaby to z pewnoscia kolejna, fantasy- baja dla dorosłych, być może szczególnie krwawa. Wiadra krwi, wyłupane oczy i stosy odrąbanych głów to nie clue tego wszystkiego. Bo przecież chodzi o to, kto i dla jakich pobudek wywalczy tron siedmiu królestw! A nie jak! Co, oczywiście każdego z widzów stawia w sytuacji, że pragnie by był to “wybraniec”, czytaj nasz ukochany bohater.

Dlaczego kibicujemy swoim ulubieńcom tak bardzo? Dlaczego poziom identyfikacji z danymi postaciami jest dla tego serialu kwestią kluczową? I co – de facto – odróżnia go najbardziej od innych świetnych produkcji…

Bo mówi o tym wszystkim, czym nikt z nas nie chce się zajmować, ani kiedy myśli o sobie, ani o swoich bliskich: małżonkach, rodzicach, przyjaciołach, rodzeństwie. Mówi o tym, co w relacjach z najbliższymi nam ludźmi – wypieramy.

GOT to zbiorowa, wielka kozetka w gabinecie psychoanalityka. Taka jest moja teoria tłumacząca monstrualny sukces tego serialu. I specjalnie nie używam określenia “terapia”. Bo GOT nie ma z nią nic wspólnego. To jest jazda bez trzymanki i udawanie się w rejestry, w których zagląda się pod podszewkę tego wszystkiego, co skrzętnie skryte, zwłaszcza przed nami samymi. GOT daje nam możliwość zajrzenia do mrocznych piwnic ludzkiej psychiki – ale z bezpiecznej perspektywy. Bo przecież my – widzowie – na pewno nie jesteśmy tacy jak… (w tym miejscu wstaw imię bohatera którego nie znosisz i życzysz mu źle).

To czysta projekcja życzeń i wyobrażeń na własny temat…

Najsilniej moim zdaniem w GOT, wybrzmiewa wątek ojcostwa, synostwa i męskości. Być może dlatego, że autorem jest mężczyzna. To jedynie hipoteza, ale wydaje mi się dość dobrze uzasadniona.

Bo, dziwnym trafem – jak bumerang – wraca w nim permanentnie temat trudnych, pogmatwanych i bolesnych relacji synów z ojcami. Znacznie bardziej niż ojców z córkami, o matkach córek – nie wspominam – bo są przedstawione dość stereotypowo.

Weźmy zatem pod lupę najważniejsze z nich: zarówno wśród Starków, jak i Lannisterów. W tym przypadku także zastosowano dualizm psychologiczny, dając tym samym widzom płci męskiej możliwość utożsamienia się z najbardziej problematyczną kwestią w życiu każdego chłopca, czyli FIGURĄ OJCA. Najbardziej dotkliwe dla mężczyzny jest bowiem to, kiedy owa ojcowska postać znajduje się na jednym z krańców skali. Pierwszy z nich to ojciec, wobec, którego syn ma nieuświadomione “życzenie śmierci”. Ojciec, który jawi się jako tyran, despota, stosujący przemoc fizyczną lub symboliczną, drań i skurwiel. A przede wszystkim ten, który synem gardzi i który z syna czyni osobę, będącą “brzemieniem”. W taki, czy inny sposób. To ojciec, który jest głównym źródłem gigantycznej frustracji, lęku, niskiego poczucia wartości.

Z tym wszystkim syn takiego ojca musi sobie jakoś radzić. I sposobów na to jest wiele, od powielania modelu ojca, poprzez całożyciowe próby odwrócenia tej nieszczęsnej konfiguracji na swoją korzyść – najczęściej sprowadzające się do wiecznej pogoni za tym, by w oczach ojca „zasłużyć” na jego miłość lub pochwałę.

Najwyraźniej rozrysowane postaci według tego schematu to oczywiście: Tyrion Lannister, oraz Theon Greyjoy.

game.of_.thrones.tyrion

Tym, którzy zaś mają ojców kochających, wspaniałych, a przede wszystkim takich, którzy stanowią “niedościgły wzór do naśladowania” (synowie Neda Starka) – pozwala oswoić cień figury ojcowskiej, który od zawsze za nimi podąża w postaci pytania: „jak postąpił by w tym przypadku mój wielki ojciec?”

Serial podkreśla za pisarzem, że symboliczna detronizacja ojca – jest warunkiem koniecznym dla uzyskania przez każdego mężczyznę własnej podmiotowości.

Jeśli idzie o kobiety – GOT – moim zdaniem bazuje na najbardziej obecnie nośnym w dyskursie kulturowym filarze: emancypacyjnym ruchu kobiet dążącym do zdobycia realnej władzy, rozumianej symbolicznie jako “rządzenie” (czytaj rozdawanie kart). Jeszcze 60 lat temu przynależnego wyłącznie światu mężczyzn.

Czołowe bohaterki tego serialu – począwszy od córek Neda Starka: Sansy i Aryi, poprzez Cersei Lannisster, Daenerys Thargeryan, Margaery, Mellisandre, Brianne z Tarthu – wszystkie one borykają się ze swoją kobiecością, przy jednoczesnych próbach uzyskania suwerenności – uwikłane w świat mężczyzn. I rozpisane są na postaci, które albo ten konflikt rozgrywają przy wsparciu facetów, niejako ich używając, często za pomocą manipulacji, do własnych celów. Albo te, które się mężczyznom podporządkowują, by w ogóle móc przetrwać.

Wyraźny – dualistyczny podział na postaci damskie albo „zwycięzkie”, albo „ofiary” świata mężczyzn odpowiada części dyskursu feministycznego, w którym odzwierciedla się ta dychotomia. W końcu, GOT to produkcja rodem z USA – gdzie mamy do czynienia obecnie z czwarta już falą feminizmu! A w niej na plan pierwszy wybija się sprawa wciąż obecnej w kulturze seksualizacji kobiet oraz sprzeciw wobec traktowania kobiet przez mężczyzn jako narzędzia dostępu do seksualnej rozkoszy.

daenerys-targaryen-and-dragon-season-3

Analizując postać Daenerys – widać wyraźnie, że została napisana z myślą o współczesnej kobiecie. Mimo, że pożądana – Daenerys nie zgadza się na traktowanie jej ciała jak „ciastka”. I poprzez ciało niczego nie załatwia. Seks traktowany jest przez nią jedynie jako źródło przyjemności i to – co bardzo ważne – własnej! Daenerys to zbiorowy fantazmat dzisiejszych kobiet o wymiarze kobiecości, której (jeszcze) nie ma, jeśli idzie o realia kulturowe. Odcinek, w którym Daenerys dosiada smoka, otoczona czterema wpatrzonymi w nią z nabożnym uwielbieniem mężczyznami, gotowymi dla niej zrobić wszystko – mógłby być wręcz fantazją erotyczną, opowiadaną psychoanalitykowi!

Przy tych najważniejszych kwestiach, wszystkie inne wątki cudownie wplecione w narracyjną tkaninę, zajmujące nas wszystkich, którzy żyjemy pośród innych, takie jak: przyjaźń, miłość, pożądanie, lojalność, zdrada, chęć zemsty, poczucie winy, żądza władzy, uzależnienia, perwersje i patologie – dopełniają, że użyję tego określenia – pełnokrwistości GOT.

I trudno oprzeć się wrażeniu, kiedy się tę produkcję ogląda, że po raz kolejny HBO dało ludziom dokładnie to, co kochają (czytaj co ich kręci) najbardziej.

I być może zabrzmi to dla niektórych obrazoburczo, ale tym czymś nie jest tzw. rozrywka – tylko igrzyska!

*** Wszystkie cytaty zaczerpnęłam z artykułu na temat serialu GOT, opublikowanego w amerykańskim wydaniu „Vanity Fair”, Kwiecień, 2014

You may also like

NURIEJEW bez kurtyny
Ostatni sezon HOUSE OF CARDS – powitaniem nowego?
OSTRE PRZEDMIOTY
CZŁOWIEK DELFIN