8
lut
2022
16

ZAUŁEK KOSZMARÓW

ZAUŁEK KOSZMARÓW (Nightmare Alley) Reż. Guillermo del Toro, Scen. Guillermo del Toro & Kim Morgan; Wyk. Bradley Cooper, Cate Blanchett, Toni Collette, David Strathairn, Willem Dafoe, Rooney Mara, Richard Jenkins, USA, 2021

Najnowszy film Guillermo del Toro ZAUŁEK KOSZMARÓW udawania, że meksykański reżyser umiejętność robienia „kina grozy” – opanował jak nikt! Zarówno pod względem narracyjnym, jak i realizacyjnym. To co jednak czyni Zaułek Koszmarów obrazem, który zostawia w widzach poczucie grozy niemalże namacalnej, niełatwej do szybkiego zgubienia po wyjściu z kina – to fakt, że tym razem del Toro nie pozostawia złudzeń co do tego gdzie bije jej sekretne zródło. Największe mroki, koszmary i potworności – tkwią – w ludziach…

Guillermo del Toro należy do tych twórców filmowych, którzy długo i z mozołem pięli się na szczyt kariery. A przez „szczyt” rozumiem fakt, że udało mu się osiągnąć wielki sukces w Hollywood, udowadniając, że potrafi robić kino autorskie, a jednocześnie  bardzo sprawnie funkcjonować w amerykańskim systemie produkcyjnym. Nie czas i miejsce na wywody na ten temat. Ale każdy kto się kinematografią jako biznesem interesuje wie, że to – samo w sobie – jest już godne uznania! Del Toro urodził się w 1964 roku w zachodniej części Meksyku, w mieście Guadalajara. Pochodzi z ultra katolickiej rodziny. Chciał zostać filmowcem już jako dzieciak. I dość szybko po studiach na miejscowym uniwersytecie, na wydziale filmowym zabrał się za praktykowanie w wymarzonym fachu. Doświadczenie zdobywał wszędzie, i jak się dało. I to od „zaplecza”. Zanim zaczął kręcić własne filmy pełnometrażowe był asystentem amerykańskiego specjalisty od makijażu i efektów specjalnych. Pracował dla meksykańskiej telewizji, przy produkcjach szmirowatych seriali, których nikt nie będzie w przyszłości wspominał. Etc. Dość szybko zrozumiał, że żeby coś osiągnąć w kinie jako sztuce musi być samodzielny jak najbardziej się da. Założył firmę producencką o znamiennej nazwie „Necropolis”. Making the long story short w 1992 roku, czyli mając lat 28 zdobył za swój debiut fabularny „Cronos” nagrodę krytyków na MFF w Cannes. I w końcu stal się naprawdę znany. Hollywood szybko się o niego upomniało. Krok za krokiem, powolutku budował swoją pozycję, głównie jako współtwórca scenariuszy, by w końcu stanąć za kamerą takich produkcji jak „Blade: Wieczny łowca II” czy „Hellboy”. W 2006 na ekrany kin wszedł „Labirynt fauna”, za który del Toro po raz pierwszy był nominowany do Oscara. I został obwołany nowym „wizjonerem kina”. Wielbiący go od tamtej pory, niektórzy najznamienitsi  krytycy filmowi porównują go nawet z samym Orson’em Welles’em… Del Toro nie zapomniał jednak, że peany krytyków – owszem fajna rzecz, ale Hollywood napędza maksyma całkiem przyziemna: „money makes the world go round”. „Pacific Rim” oraz „Crimson Peak. Wzgórze krwi” – to produkcje, które zwróciły się z olbrzymią nawiązką. A to Hollywood lubi od zawsze szczególnie😉

2017 był dla del Toro – przełomowym i triumfalnym. „Kształt wody” przyniosł mu m.in. nagrodę Amerykańskiej Gildii Reżyserów Filmowych, statuetkę Critics Choice, BAFTĘ, Złoty Glob i dwie Nagrody Akademii (za najlepszy film i dla najlepszego reżysera).

Dziś razem z dwoma kolegami – rodakami, którzy karierę reżyserską zaczynali w podobnym czasie: Alfonso Cuarón oraz Alejandro G. Iñárritu uznawani są za tzw. świętą trójcę z Meksyku na kinematograficznej mapie świata.

*   *   *

Nie będę kłamać – większości filmów autorstwa Guillermo del Toro nie widziałam. A i też nie byłam nigdy wielką fanką jego twórczości, jeżeli można coś takiego powiedzieć po obejrzeniu dwóch obrazów danego reżysera. Mowa oczywiście o „Labiryncie fauna” i „Kształcie wody”. Ale wiem dlaczego. I ma to dla tego tekstu jednak pewne znacznie – otóż wzmiankowane filmy del Toro mnie na swój sposób poruszyły, ale także zostawiły z poczuciem bycia przez swoją narrację tak samo „zassaną” jak i „podduszaną” poprzez ich formę, w której del Toro się lubował. Fantasmagoryczne monstra o nieludzkich kształtach mnie zawsze w kinie – odstręczały.… Jest jednak pewne dość istotne „ale” skoro zachciało mi się w życiu zajmować pasjonackim pisaniem o filmach. Moje subiektywne niechęci czy też upodobania – nie powinny mi przesłaniać decyzji o tym czy dany obraz obejrzeć, czy też nie. Jak i tego, żeby go „oceniać” stricte pod względem kinematograficznego warsztatu. Nieprawdaż? Tak więc postanowiłam zapoznać się z najnowszą pracą Guillermo del Toro. Nie będe ukrywać, że obsada Zaułku Koszmarów mi walnie w tej decyzji pomogła (hehe). A jest ona w tym obrazie – wprost b a j e c z n a!

Dopisać w tym miejscu powinnam także, że właśnie ogłoszono tegoroczne nominacje do Oscara. I Zaułek Koszmarów dostał ich aż cztery (najlepszy film, scenografia, zdjęcia i kostiumy).

Zatem pora na recenzję filmu Zaułek Koszmarów. Filmu, który mnie trzepnął tak, że po wyjściu z kina nie mogłam się dość długo otrząsnąć… Bo jest to obraz bardzo mocny. I jeszcze bardziej przejmujący w swej wymowie. Nie sądzą aby kogokolwiek mógł zostawić obojętnym. A to z pewnością dlatego, że pod płaszczykiem sztafażu gatunkowego (kino noir połączone z kinem grozy), doskonałej scenografii, kostiumów, genialnych zdjęć duńskiego operatora Dana Lautsena (z którym del Toro kooperuje od dawna), świetnej ścieżki dźwiękowej – otrzymujemy rzecz, którą akurat ten reżyser potrafi „podawać” na sposób niezwykle klimatyczny, hipnotyzujący wręcz – choć w swym sednie jest ona mroczna, smutna, i opowiada o sprawach – ohydnych… W przypadku Zaułku koszmarów na dodatek dotyczą one ludzi z krwi i kości, którzy potrafią być najstraszniejszymi z bestii jakie chodzą po tym świecie…

Prawda to czy fałsz? Musicie ocenić sami… Ja mogę powiedzieć tylko tyle, że Zaułek Koszmarów odebrałam jako film o bardzo jednoznacznej wymowie. I w zasadzie jako dzieło, które mogę nazwać śmiało swego rodzaju moralitetem. Bo mówi o tym, że człowiek – to taki byt, który – jeżeli nie potrafi lub nie chce okiełznać w sobie „mroków duszy” – stać się może potwornym i przerażającym monstrum. Prawdziwym i realnym. Bo monstra ludzkie hodowane są na różnych komponentach i ich „kompilacji”. Niemniej – wszystkie są co do zasady – tym, co w naszym gatunku – najszpetniejsze. Zaułek Koszmarów opowiada o dwóch z nich: poczuciu winy oraz chciwości…

*   *   *

Scenariusz Zaułka Koszmarów del Toro napisał razem z Kim Morgan na podstawie powieści Williama Lindsaya Greshama z 1946 roku. Formalnie – zatem – jego najnowszy film  to „remake”. Powieść ta została już zekranizowana w roku 1947 przez Edmunda Gouldinga, z Tyron’em Power’em – ówczesną wielką gwiazdą Hollywood – w roli głównej.

Interesowała mnie opowieść o przeznaczeniu i humanizmie. Stanton Carlisle otrzymał wszystko, czego potrzebuje, aby zmienić swoje życie. Otaczają go ludzie, którzy w niego wierzą, kochają go i ufają mu. Jednak jego skłonności i pycha są tak silne, że odwraca się od nich… 

  • Guillermo del Toro 

Akcja rozgrywa się w latach 30-tych XX wieku w Ameryce, w czasach tuż po tzw. wielkim kryzysie. A jednocześnie niedługo przed wybuchem II wojny światowej. Pomiędzy zamkniętym światem prowincjonalnego, objazdowego lunaparku, a świątyniami bogactwa i władzy elity finansowej Nowego Jorku. W centrum wydarzeń znajduje się Stanton Carlisle (prześwietny Bradley Cooper). Poznajemy go w scenie otwarcia – bardzo znamiennej – która sugeruje, że Stanton albo jest złym człowiekiem albo przydarzyło mu się coś bardzo złego, z czego próbuje wyjść „obronna ręką”. To mężczyzna młody, przystojny i bystry, a przede wszystkim – bardzo ambitny. Świat w którym żyje to świat pełny dychotomii. Fortuny się rodzą i upadają z dnia na dzień, nic nie jest pewne. A ludzie czują się zagubieni. W przypadku Zaułku Koszmarów – główny bohater Stanton służy del Toro do opowiedzenia o sprawach i kwestiach jak najbardziej uniwersalnych i immanentnie związanych z naszym gatunkiem. Nie da się uciec ani od siebie, ani od swoich dawnych „grzechów”, nie można pokonać losu, który wykuwamy każdym czynem i decyzją, każdego dnia, podejmując takie a nie inne wybory. Karma – wraca…

 *   *  *

Bradley Cooper in the film NIGHTMARE ALLEY. Courtesy of Searchlight Pictures. © 2021 20th Century Studios All Rights Reserved

NA_13095.ARW

Kiedy poznajemy Stantona – trafia bez grosza przy duszy, zupełnie przez przypadek, do objazdowego „parku rozrywki”, gdzieś na amerykańskim „ zadupiu”. Jak wszystkie jemu podobne byty – lunapark ten przybył do biednego miasteczka jakiś czas temu, a za jakiś czas odjedzie gdzie indziej jak już nasyci ciekawość miejscowej publiczności i wyssie z niej niewielką, ale jednak dla jego egzystowania ważną kasę. Całym tym dziwnym miejscem wraz z jego „atrakcjami” dowodzi żelazną ręką, mocno stąpający po ziemii cwaniak, nie pozbawiony jednak odruchów empatii i człowieczeństwa niejaki Clem (jak zawsze – niezawodny Willem Dafoe). Jego lunapark rzecz jasna to miejsce, które nie jest tylko zbudowane na iluzji i oszustwie, „sztuczkach magiczkach” i innych „bajerach”.  Jest zbudowane na podstawach znacznie bardziej istotnych z psychologicznego punktu widzenia. Lunapark to miejsce, w którym ci, którzy posiedli taką umiejętność – żyją z tego, że cynicznie wykorzystują ludzkie słabości: charakteru czy woli. Żerowanie na naiwności, na pogubieniu życiowym, na desperacji, czy trudnych, kryzysowych sytuacjach życiowych, w których ludzie nie umieją myśleć racjonalnie, czują się pogubieni i bezradni wobec losu i jego niesprzyjających dla nich okoliczności – to ich codzienność. 

Willem Dafoe and Bradley Cooper in the film NIGHTMARE ALLEY. Photo by Kerry Hayes. © 2021 20th Century Studios All Rights Reserved

Bradley Cooper in the film NIGHTMARE ALLEY. Photo by Kerry Hayes. © 2021 20th Century Studios All Rights Reserved

Ale, co trzeba podkreślić w tym miejscu lunapark prowadzony przez Clema jest jednak także i miejscem, w którym od lat pracuje ta sama, zżyta ze sobą trupa. Ludzie ci, choć bardzo różni, i specyficzni w swojej małej społeczności jaką tworzą stanowią jakiś rodzaj dziwnej, ale „rodziny”. Wspierają się wzajemnie, są wobec siebie troskliwi. Choć zawodowo – są – „zgrają oszustów” – w życiu prywatnym kierują się jednak zupełnie innymi zasadami. Rozumieją wagę lojalności, szczerości i przyjaźni…

Stanton szybko wsiąka w to miejsce, i jego klimat. Tym szybciej i łatwiej, że jako bystry, silny i młody facet dostaje od Clema coraz to nowe roboty. Ma gdzie spać, ma co jeść. W końcu czuję się bezpiecznie. Istotne jest także i to, że nikt go o nic nie pyta. Nie rozlicza z przeszłości. Liczy się tylko to co może i potrafi zrobić z pożytkiem dla funkcjonowania lunaparku i jego dochodów uzyskanych od tłumnie go odwiedzającej gawiedzi. Nie wiadomo jak długo Stanton by tam został, gdyby nie dwa ważne wydarzenia. Pierwszym z nich jest to, że już niedługo po przybyciu poznaje pracującą w lunaparku niejaką Molly (jak zawsze cudowna Rooney Mara), której wdzięk i łagodność szybko go oczarowują. Zrazu dziewczyna jednak zdaje się nim kompletnie nie zainteresowana. 

Bradley Cooper and Rooney Mara in the film NIGHTMARE ALLEY. Courtesy of Searchlight Pictures. © 2021 20th Century Studios All Rights Reserved

Ale to inna kobieta: Zeena (niezawodna – moja ukochana Toni Collette) będzie tą, która dla Stantona stanie się kimś szczególnie ważnym dla jego dalszych losów. Zeena w lunaparku pracuje jako jasnonowidzka. Jest też bardzo uzdolnioną tarocistką. Razem ze swoim mężem  Pete’em (David Strathairn) stanowili kiedyś duet sceniczny, który był znany w szerokim świecie. I jak możemy się domyślać – wiedli znacznie bardziej atrakcyjne i zamożne życie. Bo też jak się szybko dowiemy małżeństwo opracowało „niezawodny system”, w którym za pomocą precyzyjnych kodów i przekazywanych sobie znaków – mamili publiczność doskonale, jako ci, którzy potrafią „czytać w myślach”… Niestety Pete popadł w alkoholizm. I (prawdopodobnie dlatego) wylądowali tu gdzie Stanton, w podrzędnym, tanim lunaparku gdzie pobierają za swoje „sztuki” żałosne grosze, które pozwalają im jako tako funkcjonować i wiązać koniec z końcem. Zeena kreowana przez Collette to wyjątkowa postać Zaułku Koszmarów. Kobieta tak samo inteligentna, mądra, silna, mocno stąpająca po ziemii jak i wrażliwa. A także – posiadająca kręgosłup moralny. Wie gdzie istnieje granica, której przekraczać nie należy – tak w zawodzie, jak i w życiu. Ale jest żoną alkoholika, który jej prace w zasadzie utrudnia. Stanton – młody, hoży, bystry i ambitny szybko wpada jej w oko. 

Bradley Cooper and Toni Collette in the film NIGHTMARE ALLEY. Photo by Kerry Hayes. © 2021 20th Century Studios All Rights Reserved

Del Toro ich romans rozpisuje bardzo delikatną i niejednoznaczną kreską. Nie poznamy pobudek, dla których Zeena świadomie się weń wdała. Ale Zaułek Koszmarów sugeruje mocno, że wiedziała, iż od pewnego momentu Stanton wykorzystuje zarówno ją jak i jej męża, aby nauczyć się w jak najszybszym czasie tego wszystkiego, nad czym oni – pracowali latami. 

Wątek ten fenomenalnie dobrze ogrywa klimat opowieści, która choć umiejętności ludzi pracujących w lunparku przedstawia jako stricte oszukańcze – nie odbiera im jednak powabu „niejednoznaczności”. Tak jak by tym samym del Toro trochę sam się wahał co do jednoznacznego zdania w tej kwestii, zadając nam pytanie o to, czy może jednak nie wszystko w tym świecie to „mędrca szkiełko i oko”? A może jednak są rzeczy, które nauce i rozumowi się wymykają?  Możliwa jest też i taka interpretacja, że kiedy oszust trafi na godnego siebie przeciwnika – „wygrywa” ten, który jest bardziej bezwzględny…

Tak, czy siak. Stanton się uczy. Szybko. Jest bardzo pojętnym uczniem. Pete, wiecznie zamroczony alkoholem dość łatwo zaczyna widzieć w nim godnego siebie następcę. I tak Stanton poznaje sekretny sposób na to jak stać się doskonałym „jasnowidzem”… 

 

 

Jak tylko odniesie pierwszy sukces – porzuca bez skrupułów Zeenę, wdaje się w romans z Molly, którą próbował oczarować od dawna, ale dopiero kiedy młodziutka i naiwna dziewczyna zobaczy, że Stanton potrafi sam zarobić na życie już za pomocą własnych „umięjętności” i w dodatku ma wielkie ambicje i plan aby je wykorzystać w znacznie lepszych finansowo i atrakcyjnych bytowo miejscach niż obwoźny, prowincjonalny lunapark – porzuca pracę u Clema i rusza wraz z nim na podbój Nowego Jorku…

Rooney Mara and Bradley Cooper in the film NIGHTMARE ALLEY. Photo by Kerry Hayes. © 2021 20th Century Studios All Rights Reserved

Bradley Cooper in the film NIGHTMARE ALLEY. Photo by Kerry Hayes. © 2021 20th Century Studios All Rights Reserved

Zaułek Koszmarów wkracza w tym miejscu na drugi poziom opowieści o swym głównym bohaterze: Stantonie. Bo udaje się mu odnieść sukces. I to duży – w świecie, do którego aspirował, w którym chciał się za wszelka cenę znaleźć. Po dwóch latach para Stanton i Molly żyje luksusowo. W najdroższych hotelach, w szytych na miarę ubraniach i żywiąc się wyszukanymi smakołykami. Z dawania występów dla znudzonej, zepsutej i przeraźliwie bogatej elity Nowego Jorku, która jest gotowa płacić krocie aby obejrzeć występ Stantona – jako słynnego jasnowidza o reputacji „nieomylnego”, z towarzyszącą mu Molly w roli jego pięknej asystentki…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Do czasu, kiedy to na jednym z takich wieczorów, w których Stanton czaruje publiczność swoimi „zdolnościami jasnowidztwa” nie napotka niejakiej dr. Lilith Ritter (w –  jak zawsze doskonałej –  kreacji samej Cate Blanchett) – psychiatry i psychonalityczki pracującej w nurcie freudowskim, która publicznie zarzuca mu oszustwo. Fartownie uda się Stantonowi nie doprowadzić do jego publicznego skompromitowania. A nawet uzyskać aplauz zgromadzonych tłumnie gości. Ale kosztem publicznego upokorzenia dr. Ritter…A to doprowadzi do konfrontacji tych dwóch indywiduów, w myśl zasady „trafiła kosa na kamień”. Bo też Lilith nie tylko że szybko rozszyfruje Stantona jako oszusta, pod którego gładką „fasadą” kryje się człowiek o złamanej psychice, człowiek do cna amoralny, ale także pojmie w mig, że ma do czynienia z kimś bardzo niebezpiecznym. Którego postanawia przechytrzyć. Dr. Ritter doskonale wyczuje, że Stanton dla pieniędzy i poczucia, że ma „prawdziwą władzę”, i kontrolę nad swoimi „ofiarami” –  jest w stanie zrobić dosłownie wszystko…

I tak Zaułek Koszmarów wejdzie na trzeci poziom swej opowieści, w której rozegra się swego rodzaju „starcie tytanów”. Bo też i Lilith i Stanton są zarówno sprytni, jak i przebiegli. I ją i jego łączy pewien wspólny mianownik: doskonale wiedzą jak manipulować ludźmi. Ale zarówno metody jak i pobudki ich działań są zupełnie inne. A zatem cel jaki każdemu z nich przyświeca. Jedno z nich napędza motyw zemsty za doznane krzywdy, a drugie zaślepia – prostacka i pusta – żądza władzy i bogactwa…

*   *   *

Pora na konkluzje. Pada w Zaułku Koszmarów w pewnej bardzo znamiennej scenie, która zwiastuje nieuchronne z ust głównego bohatera takie oto (niby banalne) zdanie: „To te same sztuczki, tylko w nowych ubraniach”. To bardzo ważny dla tego filmu moment i metafora.  Bo obraz ten w swojej istocie opowiada o tym właśnie, że kiedy człowiek postanawia czynić zło, kiedy wie, że karmi swoje ego czystym złem, ale nie wycofuje się, wiedziony pychą, próżnością, i świadomie zdusza w sobie wątpliwości moralne i opory – jeżeli kiedykolwiek je miał – jedynie dla realizacji żądzy władzy, prestiżu i kasy – prędzej czy później – upadnie…

I tak w zasadzie mogłabym podsumować ten obraz. Ale jednak dodam od siebie jeszcze kilka refleksji. Nie znam książki Greshama, na której del Toro oparł scenariusz swego najnowszego filmu. Powieść wydano w dwa lata po II wojnie światowej. I wtedy wzbudziła zainteresowanie zarówno czytelników, jak i krytyków. A tym samym „fabryki snów”. Ale cywilizacja zaczęła pędzić naprzód i wnet to co stanowiło jej sedno się niby to „zdezaktualizowało”. Popadła w zapomnienie. Dopiero w pierwszej dekadzie XXI wieku ponownie wyciągnięto ją „na światło dzienne”. Amerykańscy krytycy literaccy zaczęli w niej nagle znowu dostrzegać nie tylko wielkie osiągnięcie gatunku „noir”, ale także jakiś rodzaj wartościowej refleksji na temat całkiem współczesnego społeczeństwa. Nie tylko kronikę upadku w przepaść, ale przede wszystkim portret kondycji ludzkiej. I jeżeli miałabym być szczera – to z pewną przykrością muszę stwierdzić, że Zaułek Koszmarów, które filmowo del Toro z przynależnym sobie rozmachem inscenizacyjnym przedstawia jako swego rodzaju panoptikum – w swym sednie – jawi mi się jako całkowicie adekwatne do czasów i świata, w którym żyjemy…

Zmieniły się jedynie dekoracje i kostiumy. Żyjemy w XXI wiecznym, cyfrowym lunaparku. Jednych stać jedynie na bilet na pokaz atrakcji w małomiasteczkowej „cyrkowej budzie”, innych na anturaż blichtru i bogactwa w wielkich aglomeracjach. Ale dalej dajemy się wodzić za nos takim, którzy potrafią nam wmówić, że posiadają wiedzę i umiejętności, które jedynie markują, że znają nas lepiej niż my sami siebie, że chcą nam „bezinteresownie” pomóc w życiowych tarapatach, etc. 

A świat niczym małomiasteczkowy lunapark sprzed bez mała wieku kręci się na tych samych zasadach: „money makes the world go round”…Czy ktoś zatrzyma kiedyś te karuzelę? Nie mam dla Was pociechy. Bo też Zaułek Koszmarów niestety widzom jej nie daje… Czasami złe postępki są ukarane. A źli ludzie kończą źle. Ale karuzela chciwości bezustannie kręci się dalej. Bo człowiek potrafi być najstraszniejszym z monstrów jakie chodzą po tym świecie…

 

 

*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście oraz przytoczony cytat pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu ZAUŁEK KOSZMARÓW na rynku polskim: Disney Polska

You may also like

PARYŻ, 13. DZIELNICA
WINONA RYDER: mistrzyni, outsiderka
MIĘDZY DWOMA ŚWIATAMI
MEN

Skomentuj