29
Mar
2021
12

DRUGA MŁODOŚĆ, cóż z tego, że DRUGA

DRUGA MŁODOŚĆ, cóż z tego, że DRUGA (Older, but Better, but Older), Caroline de Maigret, Sophie Mas (we współpracy z Anne Berest i Audrey Diwan), w przekładzie Adriany Celińskiej, wydawnictwo Muza, 2021

Uważnym czytelnikom powinna wpaść w oko ta “inna” od zazwyczaj stosowanej rytmika pisowni tytułu książki… Duże litery (pisownia oryginalna – jak na okładce) przeplatają się w nim z małymi. A szczególnie uwydatnione zostało słowo “druga”…I gdybym miała streścić w jednym zdaniu za co darzę szczególną sympatią książkę DRUGA MŁODOŚĆ, cóż z tego, że DRUGA oraz jej główną autorkę: Caroline de Maigret – to właśnie za to. Za inteligencję, kpiarski cynizm, poczucie humoru, bezpretensjonalność, a przede wszystkim za brak hipokryzji – choć po francusku skrytymi elegancko i czarująco “między wierszami”…

Moja nieżyjąca już mama urodziła się kilka lat przed wybuchem II wojny światowej. Pochodziła z tzw. dobrego domu. Gdyby nie była Polką, śmiało mogłaby by być Francuzką. A nawet może i paryżanką 🙂  Czemu o tym piszę? Bo dopiero dziś, kiedy sama jestem kobietą “drugiej młodości” (hehe) widzę wyraźnie jak bardzo pokolenie inteligencji przedwojennej było duchowo zespolone z wartościami, jakie reprezentują do dziś francuskie kobiety. Nie powinno to dziwić wcale. Wszyscy z tego pokolenia, którzy wojnę przeżyli, byli we Francję, a szczególnie Paryż na swój sposób zapatrzeni. To tam miał miejsce Maj 1968 (rewolucja obyczajowa, którą zapoczątkowały protesty studenckie, ich bezpośrednią przyczyną było usunięcie przez policję demonstrantów z okupowanego wydziału paryskiej Sorbony).

To tam “zwykli ludzie” siedzący w zwykłych bistrach czy w mini ogródkach, małych kawiarenek przy okrągłych stoliczkach rozstawionych na chodnikach uosabiali sami sobą i swoimi “zwykłymi ubraniami” wcielenie szyku i szarmu. To tam była moda i to wielka. Której niekwestionowaną cesarzową była Coco Chanel. I kultura. Przez duże K. I filozofia przez duże F (Jean Paul Sartre) zamiast m & l (marksizm & leninizm). I feminizm przez duże F, który reprezentowała Simone de Beauvoir. Co do życia smaku? Też tam był. Bagiety, sery, sałaty i wino – jak twierdzą wtajemniczeni robiły ludziom na głowę znacznie lepiej niż zasmażana kapusta, pyzy i schabowe podlewane wódką…

W kinie była „nowa fala”. A do popkultury wdzierały się szturmem gwiazdy, rozwalające swoimi emploi wszystko, co mieszczańskie, konserwatywne. Wsteczne. I wtórne:  Bardot, Deneuve, Rampling i Schneider. Belmondo i Delon. I muzyka też inna była. François Hardy i Serge Gainsbourg. Było świeckie państwo, w którym nikt nie próbował mieszać religii z polityką. Tam był też wspaniały Jerzy Giedroyć wraz ze swoją “Kulturą paryską”. Jednym słowem było tam wszystko to, czego w PRL nie było…

Ten długaśny wstęp poczyniłam specjalnie. Bo kiedy czytałam Druga młodość, cóż z tego, że druga dotarło do mnie, że to co niej wyziera, a co jest perspektywą Francuzek obecnie w wieku 45 + to jest właśnie poniekąd to samo, co wkładała mi do głowy (choć trzeba przyznać nie tak dowcipnie i umiejętnie) moja własna matka całe swoje życie. Lektura tej książki miała dla mnie zatem wymiar tym bardziej urokliwie-sentymentalny.

Caroline de Maigret to “francuski głos” pokolenia kobiet w moim wieku (+ / -). Ode mnie jest młodsza dokładnie o 5 lat. Ale przede wszystkim pokolenia kobiet, którego Polska au mass w zasadzie nigdy nie miała.

“Ani to poradnik, ani podręcznik” Druga młodość, cóż z tego, że druga reprezentuje nurt wydawniczy, który w Polsce także jest w zasadzie niszowy. Bo ani z Maigret żadna “coucherka”, ani “opium dla mas” co to ma jedynie słuszne zdanie na każdy temat i wie jak żyć (mam w tym miejscu na myśli jedną panią “blondynkę”, której organicznie nie znoszę, ale wydała już w naszym kraju z sukcesem chyba ze sto poradników na temat tego jak być szczęśliwym, a jej “złote myśli” plasują ją w moim odczuciu bardzo niedaleko od niejakiego Paulo Coelho)…

Druga młodość, cóż z tego, że druga to raczej urokliwie zabawne, czasami wrednawe i cyniczne obserwacje na temat tego jak to jest być kobietą dojrzałą, która konstatuje, że jej młodość – ykhm – jak by to powiedzieć? – no właśnie – już nie jest pierwsza. Ino druga (hehe).

A przede wszystkim bezpretensjonalne i inteligentne zbiory felietonów odsłaniające to, co Caroline de Maigret jako reprezentantka pewnego rodzaju kobiecości (o tym, że jest on dla wielu kobiet ważny czy aspiracyjny dowodzi jej konto na Instagramie. Prawie milion followersów!) myśli na temat tego wszystkiego, co kobiet “w pewnym wieku” dotyczy uniwersalnie, wszędzie, na całym globie. Niemniej każda kultura inaczej te kwestie “postrzega”. I inaczej się z tymi zagadnieniami “obchodzi”…

Kobiecość we Francji ma wielowiekową tradycję wybijania się na niepodległość. Ja osobiście szczerze podziwiam poczucie wolności osobistej Francuzek! Ich wewnętrzny bunt przeciw próbom ich “musztrowania” czy to przez system, politykę czy też panujące obyczaje. A szczególnie ich sprzeciw przed tym, aby to, co dla kobiet (tak jednostkowo, jak i zbiorowo) jest najlepsze i najwłaściwsze miało być im dyktowane przez mężczyzn. Pielęgnowany zdrowy egoizm, umiejętność żonglowania rzeczywistością na taki sposób, aby stale “wychodzić na swoje”.

Francuski wypracowały sobie swój własny kod, sposób podchodzenia do świata i siebie samych. Bardzo elastyczny (och jakie to zdrowe podejście!). W tym do kwestii i spraw nieodwracalnych. A jest nim dystans i nie darcie szat. To nie jest kwestia jakiś magicznych umiejętności. To kwestia (jak zawsze) nastawienia. Proporcji. I priorytetów. I w zasadzie to właśnie stanowi clue. Programu bycia Francuzką. W każdym wieku. Bo to słynne “je ne sais quoi”, które od dekad mantrowane jest jak świat długi i szeroki – jest (o francuska ironio!) dokładnie o swoim przeciwieństwie (hehe). Francuzki to nie “urocze cielątka”, które nie wiedzą co robią, ale “jakoś tak im samo wyszło”. Bardzo dobrze wiedzą co robią. I dlaczego. Oraz jakim (ich) celom ma to służyć. Po prostu udają, że ich to za bardzo nie obchodzi. I nie wkładają w to całej energii życiowej, a napewno się nie dadzą w tym celu upupić ani złożyć na żadnym ołtarzu…

Podczas gdy Polki wciąż uczy się od dziecka, że najpierw mają ich obchodzić potrzeby wszystkich dookoła. A potem, ewentualnie, jak już je zaspokoją – może ich dopiero zacząć obchodzić ich własna osoba…

I osobiście wku*** mnie do imentu ten jakże dalej hołubiony w kraju nad Wisłą model kobiecości. Model czyniący z kobiet – nazywając rzecz po imieniu – zewnątrzsterowne marionetki. Rodziny, społeczeństwa, kościoła, mediów. To dlatego mamy tak pod górkę z feminizmem, że właśnie tego typu postawa / model funkcjonowania “w roli kobiety” ma u nas tak długą tradycję. Wciąż jest powielany. I wciąż cieszy się wzięciem. Wieki katopatriarchatu zrobiły z polskich kobiet (uogólniając) reprezentantki “syndromu sztokholmskiego”. Mąż i rodzina to rzecz święta. I oczywiście to, żeby się natyrać jak wół na jej ołtarzu. Byłabym niesprawiedliwa i ślepa gdybym nie wspomniała, że nie widzę zmian pokoleniowych. Że obecne dwudziestoparolatki często znacząco się różnią mentalnie od swoich matek. I świetnie. Ale ja tu piszę o pokoleniu tychże matek właśnie. I nikt mi nie wmówi, że pod tym względem między Polkami a Francuzkami nie istnieje przepaść. Bo istnieje.

Kobiecość kobiet “ drugiej młodości” w Polsce konstytuują od wieków te same składowe i “modus operandi”, które wspaniale ufundowała im / nam kultura patriarchalna oraz kościelne dogmaty. Nieświadomość siebie i nieumiejętność nazwania swoich potrzeb. I pragnień. I stały lęk o to, co “inni powiedzą” na ich własne, z nikim nie konsultowane sposoby na życie – nawet jak wystają centymetr ponad powszechnie akceptowane “normy” wyznawane przez ogół. Zaprzeczanie sobie i swojemu ja – ze strachu przed odrzuceniem i negatywną opinią. Zakłamywanie siebie i rzeczywistości w której się żyje. Wyparcie. Wieczne poczucie winy.

Nic dziwnego, że znamienita większość kobiet dorosłych, od dekad funkcjonujących w takim “cyklu” nie będzie władna osiągnąć poziomu o s o b i s t e j satysfakcji. Nie związanej ciasnym węzłem z aprobatą innych. Umiejętności w miarę gładkiego przechodzenia nad tym co każdą kobietę w końcu dopada – z poczuciem, że istnieje możliwość, aby umieć czerpać z tego własny rodzaj przyjemności (co z tego, że drugiej) 😉

Druga młodość, cóż z tego, że druga to książeczka dobra. I fajna. Ze świetnie dobraną oprawą graficzną. Nie dorabiam do niej większych filozofii. Kupiłam ją bo jak pisałam lubię i na swój sposób podziwiam jej autorkę. Czemu dałam wyraz już kilka lat temu recenzując poprzedni jej zbiór nienachalnych inspiracjo-felietonów pt. “Bądź paryżanka, gdziekolwiek jesteś”. Przeczytałam ją w dwa wieczory. A to tylko dlatego, że nie mogłam jej poświęcić całego dłuższego.

W drugiej młodości, cóż z tego, że drugiej lubię właśnie to jak traktuje ten specyficzny wiek kobiety, w którym zaczyna docierać do naszej płci, że nie jesteśmy już “pierwszej młodości”. I zadaje pytania o kobiecość w tym czasie i kwestie z nią związane. Że wykłada kawę na ławę: lęki, zawiści, czasami poczucie rozżalenia, frustracje, które się pojawiają – z tej perspektywy. I tu wracam do sedna. Pisałam we wstępie, że słowa “druga” jest w jej tytule najważniejsze. I że podejścia do „drugiej młodości” uczyła mnie moja mama. Będąca przedstawicielką pokolenia, które doskonale wiedziało, że młodość nie trwa wiecznie. I że udawanie na siłę, że jest inaczej czyni kobiety śmiesznymi. I de facto odziera je zarówno z atrakcyjności, jak i powabu (ach jakże ja lubię to określenie) kobiecości dojrzałej. Czyli takiej, która owszem, nie zapewnia tego co ta pierwsza. Ale za to zapewnia co innego. Inny rodzaj przyjemności, atrakcji i satysfakcji. Inny – nie znaczy gorszy. Inny – znaczy – inny. I tyle… I myślę, że ta różnica w podejściu jest kluczowa!

Jest takie francuskie porzekadło. Którego autora niestety nie pamiętam. A mówi ono: “Nie przestajemy się śmiać dlatego, że się starzejemy. Starzejemy się, dlatego, że przestajemy się śmiać”.

Caroline de Maigret, a szerzej Francuzki – to wiedzą. Nie ma nic bardziej postarzającego niż zatracenie umiejętności śmiania się (a szczególnie z siebie samego). Śmianie się jest w Druga młodość, cóż z tego, że druga bardziej jednak metaforyczne. To raczej umiejętność podejścia z poczuciem humoru i dystansem do tego co się zmienia. Co przynosi czas. Co nieodwracalne. Nikt nie ma na to patentu ani magicznej różdżki. W pewnym wieku można być jedynie “młodym duchem”. I nic się nie da na to poradzić. W pewnym wieku (zresztą dotyczy to także mężczyzn, ale to inna opowieść) życie staje się “drugim razem”. Z zasady. I Francuzki to wiedzą. Jak i to, że ten drugi raz od pierwszego razu dzieli coś, co zależy od nich samych. Ich podmiotowych decyzji. I wyborów. Francuzki wydają się być bardziej od Polek spontaniczne w najważniejszych życiowych decyzjach i w związku z tym mogą zdawać się znacznie bardziej niefrasobliwe niż Polki. Ale To ich „fasada”. Bo twardo stąpają po ziemi. Niczego nie cenią sobie tak bardzo jak autonomii. W życiu zawodowym, rodzinnym, towarzyskim i erotycznym. I od wczesnej młodości ją ćwiczą. Uważnie studiując swoje mocne i słabe strony.

Osobiście sądzę, że właśnie samoświadomość i poczucie własnej wartości – hołubione – jako wyjątkowe cenne wartości są kluczowym czynnikiem dla tego, czemu całemu światu wydają się takie urocze, szykowne i magnetyczne. Francuzki po prostu dążą do tego, by być we własnych oczach najlepszą, możliwą wersją siebie samych. A nie najlepszą wersją kogoś kim chciano by były – w oczach innych.

To zawsze są decyzje. I ich konsekwencje. I najbardziej w Druga młodość, cóż z tego, że druga lubię właśnie to, że o tym w zasadzie mówi. O tym, że każda kobieta ma możliwość bycia młodą w sobie i dla siebie. Tylko trzeba chcieć i być ze sobą szczerą. I swoje pragnienia i potrzeby uważać za kompas. Nie cudze. Stale zaglądać sobie w oczy. Tam szukać dla siebie czułości i wsparcia. I wyrozumiałości dla błędów i pomyłek. I za żadne skarby świata nie uważać, że wszystko co nas dotyczy ma być perfekcyjne. Bo perfekcja nie daje szczęścia. Gdyż zawsze może być jeszcze lepiej… I zawsze będzie ktoś, kto będzie ładniejszy, młodszy, zdolniejszy, bogatszy, etc. To w sobie trzeba szukać odpowiedzi (a nie w innych) na pytanie jak być zadowoloną z tego kim się jest i co się ma kiedy pierwsza młodość już poszła. I nie wróci…

Bo jak stoi napisane we wstępie do tej urokliwej książeczki, która sprawiła mi dużo przyjemności, a i też dała nieco inspiracji do pewnych przemyśleń:

Wiek nie ma znaczenia, chyba że jest się serem – Luis Buñuel

You may also like

MANK
ODA DO okularów przeciwsłonecznych – czyli o marce RAY BAN…
MIES – czyli wszystko co trzeba wiedzieć o van der Rohe…
HELMUT NEWTON. PIĘKNO I BESTIA

Skomentuj