20
Paź
2018
21

PIERWSZY CZŁOWIEK

PIERWSZY CZŁOWIEK (First Man). Reż. Damien Chazelle, Scen. Josh Singer na podstawie biograficznej książki autorstwa Jamesa R. Hansena, Wyk. Ryan Gosling, Claire Foy, Pablo Schreiber, Jason Clarke, Kyle Chandler, USA, 2018

Wyjątkowość i piękno filmu PIERWSZY CZŁOWIEK polega na tym, że Damien Chazelle postawił na coś, czego nikt by się nie spodziewał w przypadku opowieści o jednej z największych ikon zeszłego wieku – Argonaucie kosmosu – Neilu Armstrongu. To kameralny, cudownie kadrowany, niemalże liryczny portret kogoś, kto na co dzień był zwykłym i skromnym facetem – tak bardzo odległym od tego, co kojarzy się nam ze słowami “wielki” oraz “bohater” – jak ziemia od księżyca.

Kiedy Neil Armstrong wylądował na księżycu w lipcu 1969 roku z misją Apollo 11, której transmisję TV oglądało miliony ludzi jak świat długi i szeroki, a następnie wypowiedział słynne zdanie: “to jest mały krok dla człowieka, ale wielki dla ludzkości”– nie było mnie jeszcze na świecie. A tym bardziej autora tego obrazu Damien’a Chazelle’a, który jest najmłodszym wśród nagrodzonych Oscarem za reżyserię twórców filmowych. Ma obecnie jedynie 33 lata.

*    *    *

Wszystko ma swoje początki. Moja miłość do Chazelle’a też. Nigdy nie zapomnę tego dnia, w którym obejrzałam jego fabularny debiut reżyserski pt. “Whiplash”. O żesz! – pomyślałam sobie – ten facet ma obecnie jedynie 29 lat i zrobił TAKI film, to co to będzie dalej? Bo był to debiut olśniewający! Obraz z gatunku takich, że człowiekowi spadają kapcie z wrażenia i nie wie gdzie się ma podziać z zachwytu i podziwu nad jego kunsztem…

Ale każda miłość ma – jak wszyscy wiemy – swoje “up’s and down’s” 😉

“La La Land”, co z tego, że nagrodzony sześcioma Oscarami – mnie rozczarował. Nie moja bajka. Tak jak zdecydowanie nie moją bajką jest od zawsze Ryan Gosling w rolach pierwszoplanowych. Z niewielkimi wyjątkami (“Lars and the real girl”; “Blue Valentine” oraz “Drive”) – reprezentuje dla mnie raczej aktorskie drewno połączone z bardzo banalną urodą. Nigdy nie zrozumiałam obsesji, jakiej na jego punkcie dostało zylion dziewczyn i kobiet na świecie…

A jednak, tak się stało, że Chazelle znalazł na Goslinga sposób. I ewidentnie potrafi z nim pracować. Neil Armstrong w jego wykonaniu jest więcej niż świetny!!!

W przypadku Pierwszego człowieka Chazelle wykazał się też nie lada intuicją i talentem do komponowania obsady. Żonę najsłynniejszego astronauty świata kreuje kochana, ba! – uwielbiana przeze mnie – absolutnie wybitna aktorka – Claire Foy (serial “The crown”). Tak solo, jak i w duecie  z Goslingiem – wypada na ekranie genialnie. Chapeu bas!

*    *    *

Pierwszy człowiek (nominowany do Złotego Lwa w Wenecji) powstał na podstawie biografii Neila Armstronga, autorstwa Jamesa R. Hansena. A trzeba Wam wiedzieć, że pisarz do astronauty docierał latami. I bardzo długo zdobywał jego zaufanie. Armstrong zmarł dopiero w 2012 roku. I całe swoje długie życie nienawidził rozgłosu, nie znosił udzielać wywiadów, a ponad wszystko nie cierpiał być “osobą publiczną”!

Jest zatem Pierwszy Człowiek opowieścią o kimś, kogo poznajemy “jego oczyma”. Obrazem, w którym jego wybitne osiągniecia zawodowe, triumf i sława to niejako prawie że poboczne wątki życia rodzinnego, miłosnego, rodzicielskiego. W którym Armstrong przedstawiany jest nam tak, jakby był naszym sąsiadem. W dodatku takim, któremu ani nie powodzi się szaleńczo finansowo, ani życie jako takie nie szczędzi mu traumatycznych doświadczeń i problemów natury psychicznej.

Pierwszy człowiek opowiada o czasach, które obecnie są mocno eksploatowane w kinematografii amerykańskiej, a mam na myśli wczesne lata 60-te, czyli czasy tzw. zimnej wojny. To niezwykle istotny czas w kulturze tego kraju, który po II-giej wojnie światowej, w kontraście do kontynentu europejskiego podzielonego na “wschód” i “zachód” zaczął rozgrywać karty na międzynarodowej arenie politycznej, ekonomicznej i gospodarczej, biorąc udział w wyścigu o “palmę pierwszeństwa” w świecie, w którym głównym rywalem było ZSRR.

Neil Armstrong byl nieodrodnym synem Ameryki tamtych czasów oraz przedstawicielem pokolenia, które weszło w dorosłe życie zaraz po wojnie. Wierzył w amerykańskie wartości, w ciężką pracę u podstaw, w konsekwentne dążenie do obranego celu i w rolę mężczyzny jako tego, który zapewnia dobrobyt i bezpieczeństwo rodzinie. Sam rzecz jasna wychował się w domu, gdzie matka nie pracowała. Już jako chłopiec interesował się lotnictwem. Uprawnienia pilota zdobył w wieku lat 16-tu. Przerwał studia bo został zwerbowany do armii, do marynarki wojennej. Brał udział jako pilot bojowy w wojnie w Korei. Licencjat z inżynierii lotniczej zrobił dopiero w 1955 roku. A następnie zaczął prace w Air Force. Dalsze studia podjął dopiero po przenosinach do Californii. Tam też poznał swoją pierwsza żonę: Janet Shearon, którą poślubił w roku 1956. By ostatecznie zostać zwerbowanym do NASA, jako niezwykle obiecujący (z racji swych “żelaznych nerwów” i perfekcyjnego podejścia do powierzanych zadań) członek przyszłych załóg kosmicznych. On i jemu podobni mężczyźni tworzyli Amerykę jako kraj sukcesu. Budowali jej siłę i potęgę. Byli głęboko przekonani o tym, że mają misję do wykonania i podejmowali się ryzyka, na które z dzisiejszej perspektywy mogli się porywać jedynie ludzie “niespełna rozumu”…

Jak wiele to wszystko kosztowało, jak ogromną cenę psychiczną trzeba było za to zapłacić i ostatecznie – pytaniem o to czy było warto – zajmuje się przejmująco, niezwykle prawdziwie, wiarygodnie i moim zdaniem także wzruszająco pięknie Damien Chazelle w swym najnowszym filmie Pierwszy człowiek. Trzeba także dodać w tym miejscu, że jest to obraz, który ma doskonały scenariusz. Bardzo klarownie poprowadzony, jasny w przekazie, oszczędny w słowach, a jednak oddający sedno swego przesłania. Jego autorem jest uznany fachowiec w tej materii Josh Singer (nagrodzony Oscarem za “Spotlight”, a także autor scenariusza do filmu “Czwarta władza”).

*    *   *

Neila Armstronga poznajemy w bardzo znamiennym i ekstremalnie trudnym psychicznie momencie jego życia. Jakim nie zdradzę – ale powiem tyle, że takim, który w objętej przez Chazelle’a narracji miał dla faktu, że w kilka lat później został mianowany dowódcą załogi w misji Apollo 11 i jako pierwszy człowiek postawił stopę na księżycu – znaczenie kluczowe.

Pierwszy człowiek to zarówno niezwykle intymnie i do głębi humanistycznie zbudowana opowieść o astronaucie, jak i o świecie, w którym żył zawodowo. Od strony stricte kinematograficznej – obraz porażająco doskonały! Genialnie kadrowany w zdjęciach, stylizowanych na lata 60-te, które sprawiają wrażenie jakby wziętych żywcem z dokumentów z tamtych czasów. Ich autorem jest operator Linus Sandgren (zdobywca Oscara oraz Bafta za “La La Land”). Cudownie budują atmosferę pracy Armstronga, w tym także kluczową dla opowieści klaustrofobiczność bycia zamkniętym na pokładzie statku kosmicznego z tamtych czasów. Otwierałam buzię szeroko ze zdumienia, podczas projekcji Pierwszego człowieka, niczym mała dziewczynka, nad tym jak “prymitywnie” i “nędznie” (z dzisiejszej perspektywy) wyglądało od strony technologii i techniki to wszystko, co wtedy (no, było nie było prawie 50 lat temu!) stanowiło jej szczyt – czyli “sprzęt” i siedziba NASA!

Zapomnijcie o wszystkich wypasionych technologicznie, turbo luksusowych promach kosmicznych z produkcji Sci-fi jakie widzieliście w swoim życiu, wraz z “Marsjaninem” na czele… To w czym poleciała w kosmos załoga Apollo 11 – pardon za porównanie – przypominało bowiem bardziej ciasną, spartańsko urządzoną i bardzo niewygodną latającą metalową trumnę…

W zasadzie uznaję ten pomysł realizacyjny na zobrazowanie tego, czym był wyczyn Armstronga za najbardziej powalający emocjonalnie w obrazie Pierwszy człowiek!

Dopiero podczas oglądania Pierwszego człowieka dotarło do mnie z całą mocą jak niebywałe było to, czego astronaucie udało się dokonać. Choć to kim był wiedziałam już jako mała dziewczynka.

Misja Apollo 11 to była misja, której wcześniejsze próby kończyły się niepowodzeniami. I była – z czego Armstrong doskonale zdawał sobie sprawę – igraniem z gigantycznym niebezpieczeństwem! Astronauta poleciał na księżyc wiedząc, że może nie wrócić na ziemię to raz, a dwa – nie umiejąc nawet oszacować jak duże jest tego ryzyko!

*    *    *

Damien Chazelle przedstawia nam Pierwszego człowieka na księżycu jako kogoś, kto był tak samo przyziemny, jak i niejednoznacznie wspaniały. Wielki, jak i zwyczajny. Z godnym podziwu wyczuciem, jak i delikatnością maluje portret postaci, która wymyka się zaszufladkowaniu. Perfekcjonizm zawodowy Armstronga, nieugiętą wiarę w powodzenie sprawy, w którą głęboko wierzył konfrontuje z opowieścią o nim jako mężczyźnie, który miał także rodzinę, zwykłe życie faceta, kochającego swoich najbliższych, lubiącego spotkania towarzyskie z przyjaciółmi. Jak i marzyciela i romantyka zarazem. A także kogoś, kto był zewnętrznie “twardy”, emocjonalnie niedostępny, zamknięty. Traktującego swoją pracę (a może i całe życie?) nie tylko najpoważniej na świecie ale też bardzo zadaniowo. Nie umiejącego ani odpuszczać, ani ponosić porażek. I kto choć umiał być czułym i kochającym mężem dla swej żony – nie za bardzo potrafił to na co dzień pokazać.

Pokazuje poświęcenie i gigantyczny stres jaki dzieliła z nim Janet (podkreślam jeszcze raz – rewelacyjna Claire Foy w roli żony astronauty!). Wnikliwie przygląda się jej niestrudzonemu staniu przy jego boku w sytuacjach, które dzisiaj nie spotkałyby się ze zrozumieniem. Pierwszy człowiek w delikatny ale wyraźny sposób zaznacza coś niezwykle istotnego, a co w dyskursie feministycznym jest traktowane raczej jako jadowity żarcik. “There is always a woman behind the powerful man” mówi amerykańskie porzekadło. I niewątpliwie jest w nim zawarta wielka socjologiczna prawdziwość. Żona Armstronga (tak jak i on sam) żyła „uwięziona” w rolach społecznych, które wtedy były powszechne. Kochała go, dbała o domowe ognisko, była jego podporą, znosiła wszystko to, czego znoszenie jest prawdziwie nieznośne w imię ich małżeństwa i dla dobra sprawy. Ale także dlatego, że była prawdziwie z niego dumna. Film Chazelle’a rzuca właśnie takie światło na ich związek, myślę że z rozmysłem i bardzo wiarygodnie oddając epokę, w której przyszło im żyć. Jednocześnie wyraźnie zaznaczając, że los kobiety związanej z typem mężczyzny, jakim był Neil Armstrong był obciążony bagażem psychicznym, na którego dźwiganie porywają się obecnie jedynie największe “siłaczki”…

*    *    *

Pierwszy człowiek oddaje najważniejsze lata zawodowych sukcesów Armstronga w tuzinach detali. Dotyczących zarówno poddawaniu się decyzjom ciężką ręką podejmowanych przez twardzieli tamtej epoki (bardzo dobry Kyle Chandler w roli dyrektora programu lotów kosmicznych NASA), jak i tych najbardziej prozaicznych jak kładzenie dzieci spać, zabawa z nimi, grillowanie i piwo z kolegami z pracy, czy rozmowy z żoną przy kuchennym stole. Codzienność małżeńską konfrontuje z ówczesnymi dokonaniami technologicznymi najwyższych lotów, polityką państwa, kontekstem społecznym i kulturowym Ameryki tamtych lat. Ale skupia się na tym, co zazwyczaj nam wszystkim umyka. A jest tym czymś fakt, że bohaterstwo Armstronga, jego wyczyn, brawura, niemożliwa do wyobrażenia chęć dokonania niemożliwego – wszystko to – dosłownie wszystko było dziełem faceta, który w całej swej codzienności mógłby być sąsiadem każdego z nas. I który “porwał się z motyką na księżyc” nie dlatego, że uważał się za kogoś wyjątkowego, a wręcz przeciwnie – uważał się za kogoś, kto jest najzwyklejszym człowiekiem na świecie, po prostu miał szansę zrobić coś wyjątkowego! Który jedynie znalazł się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, by przy łucie szczęścia zostać tym, kto na zawsze przeszedł do historii. Gdybyśmy mogli znaleźć się tak jak on na księżycu – tak jak on zrozumielibyśmy – że najpiękniejsze, najbardziej wzniosłe i emocjonujące chwile to te z naszego ziemskiego bytowania. I to one mają w sobie więcej magii i poezji niż ten cały kosmos, o którym tak marzymy, a w którym nic na nas nie czeka, prócz martwej ciszy i poczucia bezkresu obojętnego mu ludzkiego cierpienia i samotności…

*** Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z materiałów prasowych dystrybutora filmu PIERWSZY CZŁOWIEK na rynku polskim: UIP Polska.

You may also like

GENTLEMAN Z REWOLWEREM
Warsaw Surf Film Festival – edycja pierwsza. Sooo cool! :-)
WINNI
SUSPIRIA

Skomentuj